Reklama

Zawsze miałam miękkie serce. Tak mnie nauczyli – pomagać, wspierać, nie odwracać się plecami. Nawet jak ktoś podpadnie, to warto dać mu drugą szansę. Tyle że w życiu, jak się człowiek za bardzo nagina, to później ciężko się wyprostować.

Mam siedemdziesiąt dwa lata, wdową jestem od pięciu. Emerytura jest taka sobie, ale wystarcza. Pracowałam przez czterdzieści lat jako księgowa w szkole – potrafię liczyć nie tylko pieniądze, ale też ludzi. Po śmierci mojego Romana skupiłam się na rodzinie. Głównie na wnuku, Igorze. Anka, moja córka, żyje ciągle w biegu. Praca, dom, jeszcze ten jej nieszczęsny rozwód… Chłopak trochę się jej wymknął spod kontroli. Wpadł w te smartfony, granie, a z książką to jak z wrogiem.

Mimo wszystko – kochałam go nad życie. Mój jedyny wnuk. Mówiłam sobie: „No dobra, trochę rozpuszczony, ale to jeszcze dzieciak”. Chciałam mu dać coś, czego sama nie miałam w młodości – poczucie bezpieczeństwa. Dlatego dałam mu kartę do konta, z limitem oczywiście.

Tylko na czarną godzinę – powiedziałam mu. – Masz tu, Igor. Tylko nie przepuść na pizzę ani inne głupoty. Rozumiesz?

– Jasne, babciu, spokojnie – uśmiechnął się i schował ją do portfela. Wtedy jeszcze myślałam, że mogę mu ufać.

Coś mi tu nie grało

Na początku wszystko wyglądało w porządku. Igor raz na jakiś czas rzucił:

– Babciu, dzięki, że wtedy dałaś mi tę kartę, uratowałaś mnie przed głodem po szkole.

Uśmiechałam się wtedy pod nosem. Myślałam – dobrze, niech ma ten komfort, skoro matka nie nadąża z obiadem. Tyle że im dalej w las, tym bardziej zaczynało mi coś śmierdzieć. Chłopak niby miał limit 500 zł miesięcznie, a już po dwóch tygodniach stycznia znowu coś marudził, że mu się kończy. Zapytałam mimochodem, co takiego się stało, że pieniądze znikają jak kamfora.

– No wiesz, babciu, drogo teraz. Wszystko poszło w górę – mruknął z nosem w telefonie.

Przez chwilę miałam ochotę to puścić mimo uszu, ale coś mnie tknęło. Księgowa we mnie nie zasnęła – tylko cicho drzemała. Zalogowałam się na swoje konto. Przejrzałam historię transakcji z ostatnich dwóch miesięcy. Gdybym nie siedziała, to bym chyba usiadła.

Zakupy w jakimś sklepie z grami, przelewy na jakieś dziwne konta, jedzenie z dostawą co drugi dzień – pizza, burgery, sushi… Sushi! Mój wnuk, który kiedyś krzywił się na śledzia! Patrzyłam w ekran, a w środku czułam, jak narasta we mnie coś ciężkiego. Zawód. Rozczarowanie. Może nawet wstyd. Nie o pieniądze chodziło. Tylko o to, że zrobił mnie w konia. Zamknęłam laptopa i długo siedziałam w ciszy. Wiedziałam już, że muszę działać. Tylko jeszcze nie wiedziałam jak.

Skończyły się laurki, zaczęły się żądania

Dzień Babci zawsze był dla mnie szczególny. Kiedyś, gdy Igor był mały, przynosił mi laurki z przedszkola, recytował wierszyki i tulił się tak mocno, jakby chciał zatrzymać czas. Nawet jeśli robił to, bo kazali mu w szkole, to ja czułam się wtedy potrzebna, ważna, kochana.

W tym roku postanowiłam nie oczekiwać cudów. Nastolatek, wiadomo – już nie te klimaty. Ale choćby SMS, może kwiatek z kiosku, choćby uśmiech z nutą wdzięczności... A tu nic. Cała rodzina przyszła na obiad – Anka, Igor, nawet ten jej nowy kolega z pracy. Stół się uginał od jedzenia. Pierogi ruskie, schab w sosie śliwkowym, sernik na zimno – szykowałam się kilka dni.

Siedzieliśmy przy stole, rozmawialiśmy o byle czym. W końcu spojrzałam na Igora i zapytałam:

A prezent dla babci gdzie? Kartka? Cokolwiek?

– Eee… zapomniałem w tym roku – rzucił bez cienia wstydu. – Ale wiesz, babciu… może byś coś jeszcze przelała? Bo się kończy limit.

Tylko tyle z tego dnia zostało. Nawet nie udawał, że mu przykro. W jego oczach było tylko jedno – oczekiwanie na pieniądze. Zamarłam. Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Nie chciałam robić sceny przy stole. Tylko skinęłam głową i nalałam sobie kompotu. Ale w środku mnie gotowało się już na dobre.

Tamtego wieczoru, kiedy wszyscy poszli, usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty i pomyślałam: „Koniec, Halina. Wystarczy”.

Nie będę bankomatem

Nie spałam dobrze tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdy szczegół z konta, każde słowo Igora. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że mnie wykorzystał. Jakby cały mój trud, cała ta dobroć, były dla niego jak aplikacja – klikasz i działa. Bezrefleksyjnie.

Dwa dni później zadzwoniłam do niego.

Wpadnij do mnie, muszę z tobą pogadać – powiedziałam chłodno.

Przyszedł bez oporu. Myślał pewnie, że dostanie kolejną „ratę”. Usiadł przy stole, sięgnął po ciasteczko. Ja już miałam przygotowany wydruk operacji z konta. Podałam mu go bez słowa.

– Co to? – zapytał z pełną buzią.

Twoje zakupy. Gry, fast foody, przelewy na jakiegoś dziwaka z internetu. To miała być pomoc na awaryjne sytuacje. A ty wydałeś na głupoty.

Igor zaczerwienił się, potem wzruszył ramionami.

– Babciu, przecież cię stać. Po co robisz z tego aferę?

– Nie chodzi o pieniądze, tylko o to, że mnie oszukałeś – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Karta zostaje zablokowana. Od teraz.

Zamilkł. Spojrzał na mnie jak na obcą.

– Serio? Przez takie coś?

Problemem jesteś teraz ty, nie pieniądze – powiedziałam i wstałam od stołu.

Nie płakałam. Przynajmniej nie wtedy. Stałam prosto, jak kiedyś przed dyrektorem, gdy trzeba było walczyć o podwyżki dla nauczycieli. Wnuk wyszedł bez słowa. A ja siedziałam jeszcze długo w kuchni, patrząc na pusty talerz po ciasteczkach.

Przestał się odzywać

Minął tydzień. Potem drugi. Telefon milczał jak zaklęty. Żadnego „cześć babciu”, żadnego „przepraszam”, nawet głupiego obrazka na komunikatorze. Igor zniknął z mojego życia tak szybko, jak wyparowały te pieniądze z konta.

Na początku próbowałam się oszukiwać – że może jest zajęty szkołą, może Anka coś mu kazała. Ale dobrze wiedziałam, co to za cisza. To była kara, bo nie dałam mu tego, czego chciał. Nie złamałam się, więc się obraził jak dziecko pozbawione cukierka.

Dni ciągnęły się powoli. Herbata smakowała gorzko, a seriale w telewizji tylko pogłębiały samotność. Miałam ochotę zadzwonić, zapytać, co u niego, czy zjadł coś ciepłego. Palce kilka razy zawisły nad słuchawką. Nie zrobiłam tego. Nie chodziło o dumę. Chodziło o to, że gdybym teraz zmiękła, to wszystko byłoby na marne. Znów by pomyślał, że można robić, co się chce, a babcia i tak w końcu ustąpi.

Siedziałam wieczorami przy stole i wracały do mnie wspomnienia. Jak uczyłam go robić kanapki z ogórkiem, jak razem sadziliśmy pelargonie na balkonie. Mały Igor, z czapką przekrzywioną na bok, krzyczał: „Babciu, a robaki to też się podlewa?”. Śmiałam się wtedy do łez.

Teraz płakałam po cichu, żeby nikt nie słyszał. Nawet sąsiadka nie widziała, że przestałam podlewać kwiaty. Nie miałam serca. „Może kiedyś wróci”, myślałam. Może zrozumie. Tylko... jeśli nie przeprosi, nie chcę słyszeć ani słowa.

Nawet nie przeprosił

Był poniedziałek, padał śnieg. Taki mokry, klejący się do szyb. Usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i gapiłam się na chodnik. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Serce mi zabiło szybciej. Znałam ten sposób dzwonienia. Dwa krótkie, jeden dłuższy.

Otworzyłam. Igor stał z rękami w kieszeniach, bez czapki, z miną, jakby przyszedł odebrać przesyłkę, a nie odwiedzić babcię.

– No hej, babciu – mruknął. – Masz może stówkę? Ostatni raz, przysięgam.

Nie przyniósł kwiatka. Nie przyniósł kartki. Nie przyniósł nawet przeprosin. Tylko kolejną prośbę. Jakby nic się nie wydarzyło. Patrzyłam na niego długo, zanim odpowiedziałam.

– Ostatni raz to było wtedy, gdy dałam ci tę kartę – powiedziałam cicho. – Wtedy też mówiłeś, że to ostatni raz.

Wzruszył ramionami.

– No to nie… – rzucił i już chciał się odwrócić.

– Igor – zatrzymałam go. – Wróć, jak naprawdę zrozumiesz, co zrobiłeś.

Spojrzał na mnie jak na kogoś, kogo nie rozumie. Jakbym mówiła innym językiem. Nie odpowiedział. Wyszedł i tyle go widziałam. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Czułam w sercu ciężar. Nie ze złości. Z żalu. On wciąż nie widział problemu. Dla niego byłam tylko opcją „zasil konto”. Usiadłam przy stole. Już nawet nie płakałam. Po prostu – zamilkłam.

Może kiedyś zrozumie

Od tamtej wizyty minęły trzy tygodnie. Cisza. Zero wiadomości, zero telefonu, zero śladu. Przestałam zaglądać do telefonu co godzinę. Przestałam udawać, że nie słyszę tej pustki. W pustce czasem można lepiej usłyszeć siebie.

Wieczorami siadam w fotelu, przykrywam się kocem i patrzę na zdjęcie sprzed lat. Mały Igor ma może pięć lat, wtula się we mnie z laurką w dłoniach. Krzywa czcionka, literki pisane dużymi kulfonami: „Dla najlepszej babci na świecie”. Trzymam tę laurkę w szufladzie do dziś. Czasem ją wyciągam. Czasem tylko patrzę. Nie po to, żeby coś rozdrapywać. Żeby pamiętać, że kiedyś było inaczej.

Czy go kocham? Oczywiście, że tak. Nawet teraz. Miłość nie znika tylko dlatego, że ktoś ją nadwyrężył. Tylko że miłość nie może być wymuszona. Nie może być bez granic. Wtedy nie jest już miłością, tylko nawykiem do poświęceń.

Może Igor kiedyś wróci. Może zrozumie. Może przyniesie coś więcej niż kolejną prośbę. Nie kartkę, nie prezent – tylko przeprosiny. Prawdziwe. Na razie czekam. Nie z portfelem. Z sercem. Nie dam już ani grosza, dopóki nie zobaczę w jego oczach, że znowu jestem „najlepszą babcią na świecie”. Nie bankomatem. Babcią.

Halina, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama