„W Dzień Babci tylko najadłam się wstydu. Liczyłam na laurkę od wnusi, a zostałam publicznie upokorzona”
„Czekałam na ten dzień. W tym roku miałam się zjawić w przedszkolu wnuczki. Byłam pewna, że czeka mnie miła uroczystość, że usłyszę jakiś wierszyk, dostanę laurkę z koślawym serduszkiem i zjem kawałek przesuszonego sernika. No cóż. Bardzo się pomyliłam”.

- Redakcja
Nigdy nie byłam babcią, która siedzi cicho w kącie, robi na drutach i tylko wzdycha na widok wnucząt. Zawsze miałam cięty język, swoje zdanie i więcej energii niż połowa moich sąsiadek razem wzięta. Nie pchałam się na siłę w życie moich dzieci, ale skoro już miałam wnuczkę, to chciałam, żeby mnie znała, lubiła i – nie ukrywajmy – trochę podziwiała. Bo przecież nie każda babcia była nauczycielką historii, nie każda znała się na malarstwie i potrafiła zrobić domowy pasztet, który nawet weganie chcieli jeść.
Co roku 21 stycznia był dla mnie wyjątkowy. Dzień Babci – święto, które jakoś dawało mi poczucie, że moja rola w rodzinie jest ważna. Że nie jestem tylko dodatkiem do niedzielnych obiadów. Czekałam na ten dzień. W tym roku miałam się zjawić w przedszkolu wnuczki. Byłam pewna, że czeka mnie miła uroczystość, że usłyszę jakiś wierszyk, dostanę laurkę z koślawym serduszkiem i zjem kawałek przesuszonego sernika. No cóż. Bardzo się pomyliłam.
Serce mi zmiękło
Do sali weszłam punktualnie. Usiadłam obok innych babć, które też się odświętnie wystroiły. Jedna pachniała tak intensywnie jaśminem, że aż łzy stanęły mi w oczach. Uśmiechałyśmy się do siebie, wymieniając uprzejmości, choć każda z nas miała wzrok wbity w drzwi, z których miały wyjść wnuki.
– Ma pani wnuczkę w „Żabkach”? – zagadnęła mnie sąsiadka po lewej.
– Tak, Zosię – odpowiedziałam z dumą. – A pani?
– Jagódkę, z drugiego małżeństwa mojej córki.
Skinęłam głową, udając zainteresowanie, ale zerkając nerwowo na drzwi. Wreszcie się otworzyły. Dzieciaki weszły, niektóre ciągnąc laurki, inne z kwiatkami z bibuły. Zosia szła gdzieś na końcu, w czerwonym sweterku, który sama jej kupiłam. Serce mi zmiękło. Zaczęło się. Najpierw piosenka, potem wierszyki, wszystko pięknie, choć niektóre maluchy gubiły tekst. Czekałam na moment, kiedy Zosia podejdzie do mnie z laurką. Czekałam… aż wszystkie dzieci podeszły już do swoich babć. Wszystkie oprócz niej. Zosia stała z boku, rozglądała się, po czym podeszła do… tej samej kobiety, z którą rozmawiałam przed chwilą.
– Babciu! To dla ciebie! – zawołała radośnie i wręczyła jej laurkę z wielkim sercem i napisem „Dla mojej najukochańszej”.
Zamarłam. Spojrzałam na nie z niedowierzaniem, po czym zaśmiałam się nerwowo.
– To jakaś pomyłka… – szepnęłam, ale sąsiadka tylko uśmiechnęła się uprzejmie, jakby nie wiedziała, co się dzieje.
Zaczynało do mnie docierać, że coś tu bardzo nie gra.
Nie mogłam się ruszyć
Stałam jak słup soli, próbując się uśmiechnąć, chociaż miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Widziałam, jak inne babcie wycierają oczy chusteczkami, śmieją się, ściskają wnuki. Obok mnie – puste krzesło. Na kolanach trzymałam torebkę, a w niej czekoladę, którą kupiłam specjalnie dla Zosi. Zawiniętą w złotko, z misiem na opakowaniu.
– Przepraszam, a pani to...? – zapytałam, z trudem łapiąc oddech.
Kobieta, która jeszcze przed chwilą rozmawiała ze mną uprzejmie, spojrzała na mnie nieco speszona.
– Ja... Zosia mówi na mnie „babciu”, ale... Czasem się nią zajmuję albo odbieram dziewczynki z przedszkola... – urwała, wyraźnie nie wiedząc, co powiedzieć dalej.
– Ach – odparłam sucho. – No, ciekawe.
Zosia stała obok, uśmiechnięta od ucha do ucha. Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.
– Cześć – rzuciła cicho.
– Cześć, Zosiu – odpowiedziałam. – Ładny wierszyk. I laurka bardzo... kolorowa.
– Dziękuję – odpowiedziała grzecznie, ale bez cienia entuzjazmu. Po czym odwróciła się z powrotem do obcej kobiety.
Chciałam coś powiedzieć. Zapytać, czy chociaż mnie narysowała, czy wspomniała. Nie mogłam. W sali już krzątali się rodzice, pakowali dzieci, odbierali kurtki. A ja wciąż siedziałam na krześle. Nie mogłam się ruszyć.
– Wszystko w porządku? – zapytała cicho jedna z nauczycielek, pochylając się do mnie.
Czułam się jak idiotka
Szybko wyszłam z przedszkola. Kurtkę założyłam na korytarzu. Ręce mi się trzęsły, a jednocześnie ogarniała mnie fala gorąca. Czułam się jak idiotka. Tyle przygotowań, tyle emocji. A Zosia… nawet na mnie nie spojrzała. Jakbym była jakąś dalszą ciotką, której wypada powiedzieć „cześć”, ale nic więcej. Na chodniku dopadł mnie mój zięć. Zawsze elegancki, z tym swoim uśmiechem, który nic nie znaczył.
– Mamo! Już wychodzisz?
– Wychodzę. Bo co miałabym jeszcze robić?
– No nie wiem… Może jeszcze chwilkę porozmawiać z Zosią?
– Z tą samą Zosią, która podarowała laurkę obcej kobiecie?
Zaskoczenie na jego twarzy było krótkie, ale zauważalne.
– No tak… – mruknął. – To... głupia sytuacja. Nie wiedziałem, że...
– Że mnie zaproszono czy że mnie olano?
– No przestań… Dzieci w tym wieku robią, co chcą. Zosia czasem mówi na panią Karolinę „babciu”, bo nam pomaga. Ma z nią kontakt na co dzień. Nie ma w tym złej woli...
– Nie ma? To świetnie. W takim razie następnym razem nie musicie mnie zapraszać – rzuciłam, zacinając się na chwilę przy słowie „następnym”.
– No nie przesadzaj – westchnął. – Przecież Zosia cię lubi.
– Tak jak lubi panią z warzywniaka. Powie „dzień dobry”, ale laurki nie zrobi.
Powiedziałam i ruszyłam przed siebie.
Głos mi się łamał
Do domu wróciłam jak zbity pies. Rzuciłam torebkę na komodę, czekoladę wyciągnęłam i od razu wsadziłam na najwyższą półkę w szafce. Żeby nie kusiła. Żeby nie przypominała. Usiadłam w fotelu i patrzyłam w okno, jakby tam miała się znaleźć odpowiedź. Nic tam nie było. Tylko szare bloki, śnieg roztapiający się na chodniku i matka z dzieckiem, które wyło, że nie chce wracać do domu. Telefon zadzwonił po godzinie. Na ekranie – numer mojej córki.
– Mamo? Wszystko w porządku?
– Tak, oczywiście – odpowiedziałam z taką ironią, że aż mnie samej zgrzytnęło w uszach.
– Filip powiedział, że coś się stało w przedszkolu. Że byłaś smutna?
– Smutna? Raczej… zbędna.
– Co? O co chodzi?
– O to, że twoja córka, moja wnuczka, w Dzień Babci wręczyła laurkę jakiejś pani Karolinie, a mnie nawet nie uściskała. Chociaż byłam. Chociaż przyszłam.
– Mamo, proszę cię… – westchnęła. – Zosia spędza z panią Karoliną dużo czasu, to naturalne, że ma z nią bliską relację.
– A ze mną nie?
– Nie dramatyzuj. To tylko laurka.
– Dla ciebie może. Dla mnie to był jedyny dzień w roku, kiedy mogłam poczuć, że coś jeszcze znaczę. A wyszłam stamtąd jak idiotka.
Po drugiej stronie było cicho. Zbyt długo.
– Przepraszam, mamo. Naprawdę.
– Chociaż tyle – odparłam, choć głos mi się łamał.
Zrobiło mi się ciepło
Następnego dnia Zosia zadzwoniła. Pewnie córka jej kazała.
– Babciu? – zapytała nieśmiało.
– Tak, Zosieńko?
– Tylko chciałam… no… powiedzieć, że to nie tak, że cię nie lubię.
– Mhm – odpowiedziałam chłodno, bo wciąż bolało, choć głos Zosi lekko mnie rozbroił.
– Pani Karolina mi powiedziała, że było ci przykro, i mama też. Tylko że pani Karolina mi pomogła zrobić tę laurkę. I tak jakoś... wyszło.
– Rozumiem. Czyli nie było drugiej dla mnie?
– Była... ale się zgubiła. Nie wiem, jak. A potem już było późno. I pani kazała oddać tę, co mamy. A ja się zestresowałam.
Westchnęłam. Typowe. Trochę chaosu, trochę dziecięcej logiki, trochę zrzucania winy na okoliczności. Znane mi to było aż za dobrze.
– Wiesz, Zosiu… Babcia nie potrzebuje laurki, żeby cię kochać. Jednak jak się ją zaprasza na święto, to warto ją uwzględnić.
– Przepraszam.
– Dobrze, że zadzwoniłaś.
– Mogę ci narysować nową? I przynieść w sobotę?
Zrobiło mi się ciepło.
– Dobrze, możemy ją zrobić razem. Tylko bez bibuły, błagam. Mam alergię na te paskudztwa.
Zosia zachichotała. I tylko wtedy poczułam, że jeszcze coś znaczę.
Wzruszyłam się
W sobotę córka przywiozła Zosię. Wnuczka weszła do mieszkania z zapałem, jakiego nie widziałam u niej od dawna.
– Babciu, już zrobiłam szkic! – oznajmiła i rozłożyła kartkę na stole, jakby prezentowała dzieło sztuki. – Tu jesteś ty, tu ja, a tu ciasto. To twoje ciasto, to, co zawsze robisz z kruszonką.
– No nie wiem, czy aż tak ładnie wyglądam w rzeczywistości – mruknęłam, patrząc na dość pokraczne, ale urocze rysunki.
Przez następne pół godziny siedziałyśmy razem nad papierem. Ja wycinałam serduszka, ona kolorowała napisy. Czasem rozmawiałyśmy, czasem tylko chichotałyśmy, a ja co chwila poprawiałam okulary, bo coś mi się zbierało w oczach.
– Babciu? – zagadnęła nagle, z lekko pochyloną głową. – A ty jesteś na mnie zła?
– Nie. Już nie. Byłam, ale przeszło mi.
– Bo pani Karolina mówiła, że babcie czasem są smutne, jak się je pominie.
– Pani Karolina dobrze mówi. Tylko zapomniała dodać, że babcie też mają uczucia. I że potrafią się wstydzić.
– Wstydzić? Ty?
– Oj tak. Kiedy wszyscy dookoła dostają laurki, a ty nie – to człowiek czuje się... pominięty. Nawet jeśli wie, że to nie specjalnie.
Zosia przytuliła się do mnie, tak bez słów.
– Babciu, ja cię naprawdę kocham. I będę robić ci laurki co roku. Obiecuję.
Uśmiechnęłam się, gładząc ją po głowie.
– Tylko nie zapomnij mi ich dawać, dobrze?
Barbara, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Od świtu do nocy biegam z mopem w rękach, a mąż tylko siedzi na kanapie. Nie widzi, że cały dom jest na mojej głowie”
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”

