Reklama

Mieszkanie samemu to trochę jak dorosłość na próbę. Masz ciszę, masz wolność, możesz zjeść płatki z mlekiem na kolację i nikt ci nie powie, że to głupie. Tylko że ta cisza czasem ciąży, a wolność bywa przereklamowana, zwłaszcza gdy kończy się hajsem dziesięć dni przed wypłatą. Studiuję, dorabiam w knajpie, robię zlecenia jako copywriterka, ale wciąż uczę się, jak ogarniać życie. Mama mówi, że radzę sobie dobrze, choć tak naprawdę niewiele wie o moim życiu. Nasze rozmowy są szybkie, konkretne, trochę jak wymiana wiadomości służbowych.

Mam silną więź z babcią

Z babcią Haliną to co innego. Babcia to babcia – od dziecka była moją bezpieczną przystanią. Zawsze miała dla mnie czas, naleśniki i chłodną ocenę rzeczywistości. Mówiła prosto z mostu, ale z troską. W Dzień Babci od lat chodzę do niej z kwiatkiem i czekoladkami – rytuał nie do pominięcia. I choć czasem nie mam na to siły, zawsze wychodzę stamtąd z cieplejszym sercem. I... zazwyczaj z jakąś kopertą w torbie.

Telefon zadzwonił, gdy zawiązywałam buty.

– Zadzwoniłaś już do babci? – zapytała mama bez przywitania.

– Zaraz jadę – odpowiedziałam.

– Dobrze. Ona bardzo na to czeka.

Nie dodała nic więcej, a ja się rozłączyłam. Mama nie mówi „kocham cię”, nie pyta, czy mam co jeść. Ale babcia – ona wie. Nawet jak nic nie mówię.

To była wymiana

Autobus był przepełniony, jak zwykle o tej porze. Siedziałam z głową opartą o szybę, patrząc na znajome osiedla i sklepy, które mijaliśmy. Wszystko takie samo, ale ja inna niż rok temu. Dorosłość to moment, gdy zrobisz budżet w Excelu i stwierdzisz, że jednak musisz zjeść makaron z serem trzeci dzień z rzędu.

Wysiadłam kilka przystanków wcześniej – chciałam się przespacerować. Blok babci wyglądał tak samo, jak zawsze. Jasna elewacja, ta sama poręcz z odpadającą farbą. Kiedyś się jej bałam, teraz drażni mnie sentymentalnie.

Drzwi otworzyły się, zanim zdążyłam zapukać.

– No, jesteś. Myślałam, że zapomniałaś – mruknęła babcia, ale w kąciku jej ust czaił się uśmiech.

– A mogłam? Z okazji twojego święta?

– Phi, Dzień Babci to dla mnie nie jest święto. Święto to ja mam, jak prześpię noc bez pobudki.

Weszłam do środka. Zapach herbaty z maliną, płynu do podłóg i czegoś jeszcze – może wspomnień? Babcia wstawiła wodę, usiadłyśmy przy stole. Narzekała trochę na kolana, trochę na pogodę, trochę na sąsiadkę z góry, co za głośno chodzi. Wszystko było na swoim miejscu.

– Masz tu – powiedziała nagle i wsunęła mi kopertę do ręki. – Nie odmawiaj, tylko weź. Lepiej jak masz, niż jak ci brakuje.

– Babciu, naprawdę nie trzeba...

– A kto cię ma wesprzeć, jak nie ja? Państwo? Matka? Bierz i już.

Zacisnęłam dłoń na kopercie. W środku coś we mnie zadrżało.

Mogłam zawsze liczyć na babcię

Wróciłam do siebie późnym popołudniem. Cicho zamknęłam drzwi, rzuciłam plecak na krzesło i od razu zrobiłam herbatę – ten sam malinowy aromat, co u babci, tylko że w mojej kuchni smakował bardziej samotnie. Koperta leżała na blacie. Nawet jej nie otworzyłam. Wiedziałam, że tam są pieniądze. Wiedziałam też, że się przydadzą. I właśnie to bolało najbardziej.

Bo czy o to chodzi w tej naszej relacji? Że przychodzę z życzeniami, a wychodzę jak z banku? Czy ta koperta to wyraz troski, czy... wygodna forma miłości?

Usiadłam i gapiłam się na białą kopertę, jakby miała mi coś powiedzieć. Ale nic nie mówiła. Przypomniały mi się wszystkie te razy, kiedy babcia pomagała – po cichu, bez gadania. Gdy miałam grypę i mama nie mogła przyjechać – to babcia siedziała przy mnie z termoforem. Gdy oblałam egzamin na prawo jazdy – to ona powiedziała: „Trudno, przynajmniej nie przejedziesz nikogo, póki się nie nauczysz”.

Wyciągnęłam telefon i zaczęłam pisać:

„Babciu, dziękuję za wszystko. Za te pieniądze też, ale najbardziej za to, że zawsze jesteś. Kocham Cię.”

Zawahałam się tylko przez sekundę, zanim kliknęłam „wyślij”. A potem otworzyłam laptopa i zaczęłam szukać. Pensjonaty, sanatoria, morze zimą – coś prostego, nic wielkiego. Niech to nie będzie tylko relacja z kopertą. Chciałam dać jej coś więcej. Choć raz to ja miałam być tą dającą.

Chciałam się odwdzięczyć

– Znowu dzwonisz? – babcia odebrała jak zwykle po drugim sygnale, z lekkim rozdrażnieniem w głosie.

– A co, przeszkadzam?

– Nie, tylko ziemniaki mi wykipiały, ale kto by się tym przejmował – mruknęła. – No, mów.

– Mam pomysł – zaczęłam powoli. – Pomyślałam, że mogłybyśmy gdzieś razem pojechać. Na weekend albo nawet do sanatorium. Albo nad morze, choćby na kilka dni. Co ty na to?

W słuchawce zapadła cisza. Już myślałam, że rozłączyła się specjalnie.

– A po co ja ci tam potrzebna? – padło w końcu. – Co ja ci będę robić? Parawan ci trzymać?

– Nie świruj, babciu. Po prostu… chciałabym spędzić z tobą trochę czasu. I odpocząć. Ty też możesz.

– Dziewczyno, ja mam 74 lata, a nie 24. Ja to odpoczywam, jak się położę po serialu. Po co mnie ciągać po jakichś hotelach?

– Tylko nie mów, że ty nigdy nie marzyłaś, żeby pojechać gdzieś z kimś dla przyjemności.

– Kiedyś może… – jej głos złagodniał. – Ale wtedy miałam dziecko, męża i pracę. Teraz mam tylko wnuczkę z pomysłami z kosmosu.

– Czyli się zgadzasz?

– Pod jednym warunkiem. Nie ciągniesz mnie do tych waszych hipsterskich knajp.

– Babciu, tylko weź coś na ciśnienie, bo będzie drożej niż myślisz – zaśmiałam się.

– Phi, za moich czasów za tę cenę to się całe wesele robiło. Ale dobrze, skoro się uparłaś, to może i pojadę. Tylko muszę sobie kupić nową piżamę.

Uśmiechnęłam się. Było w tym coś krzepiącego – to, że się zgodziła. A jeszcze bardziej – że naprawdę się ucieszyła, choć jak zwykle nie chciała tego po sobie pokazać.

Miałyśmy plan

Tym razem pojechałam do babci z pustą torbą. Bez czekoladek, bez kwiatów. Tylko z zeszytem, długopisem i planem podróży w głowie. Babcia otworzyła drzwi w fartuchu, którego nie nosiła od lat.

– Przecież ja nie gotuję, tylko sprzątam – rzuciła na powitanie. – A ty po co z tym kajetem? Do szkoły idziemy?

Nad morze jedziemy – uśmiechnęłam się. – Ale najpierw trzeba coś wybrać. Pokaż mi te zdjęcia z Kołobrzegu, które tak lubisz.

Usiadłyśmy przy kuchennym stole. Babcia wyciągnęła z szuflady album z pordzewiałym zatrzaskiem. Papier szeleszczał jak liście w październiku. Na zdjęciach była ona – młoda, opalona, z chustką na głowie. A obok niej dziadek – wysoki, z lekko skrzywionym uśmiechem, jakby nie do końca wiedział, co robi.

– On nigdy nie umiał trzymać dzieci – powiedziała z czułością, gładząc zdjęcie. – Ale ciebie kochał. Tylko nie umiał tego pokazać. Tak jak ja nie umiałam z twoją matką. Wszystko między nami było jakieś... szorstkie. A z tobą – jakoś łatwiej.

– Bo się nie spodziewałaś, że znowu ktoś będzie cię potrzebował – powiedziałam cicho.

Spojrzała na mnie zaskoczona. A potem tylko wzruszyła ramionami.

– Może. Ale jak już przyszłaś na świat, to pomyślałam: dobra, jeszcze raz. I może tym razem nie zawalę.

Patrzyła chwilę na zdjęcia, potem sięgnęła po moje notatki.

To pokaż mi ten hotel i atrakcje. Ale jak mają mieć disco polo w programie, to nie jadę.

– Dobrze, babciu. Znajdziemy taki z jazdą konną i lekcjami medytacji.

– Medytować to ja mogę tylko, jak mnie wreszcie ktoś zostawi w spokoju.

Parsknęłam śmiechem. Tak właśnie miało być.

Dobrze, że mamy siebie

Wieczorem siedziałam w kuchni z kubkiem herbaty. Koperta od babci już była prawie pusta. Najpierw z lekkim oporem, potem z ulgą. Zapłaciłam rachunki, zrobiłam zakupy, trochę odłożyłam. Ale to nie pieniądze zostały mi w pamięci. Tylko ten błysk w oku babci, kiedy powiedziała „Jeszcze raz” i jej ciche: „Może tym razem nie zawalę”.

Zrozumiałam, że ona nie daje mi tych kopert tylko dlatego, że mi brakuje. Daje, bo może. Bo chce być potrzebna. Bo w jakiś sposób to jest jej sposób na mówienie „kocham cię” – nawet jeśli nie używa tych słów. I może ja też nigdy nie powiedziałam jej tego tak, jak powinnam.

Wzięłam telefon. Otworzyłam wiadomości. „Dziękuję, że jesteś. Zawsze. Cieszę się, że pojedziemy razem. To dla mnie ważne.” Kliknęłam „wyślij” i dopiłam herbatę.

Spojrzałam na kuchnię – ciasną, trochę chaotyczną, z niedomykającą się szafką. To moje miejsce. Ale gdy pomyślałam o tym, że niedługo zamieszkamy przez chwilę razem – ja i babcia – w jakimś pensjonacie pachnącym lawendą, poczułam coś ciepłego w klatce piersiowej.

Może za rok znowu przyniosę jej czekoladki i kwiaty. Może znowu dostanę kopertę. Ale jedno wiem na pewno – nie będę już czekać do Dnia Babci, żeby powiedzieć „dziękuję”. I nie będę mierzyć miłości w banknotach. Tylko w uśmiechach, w herbacie malinowej, w rozmowach przy zdjęciach. I w tym, że obie się staramy – po swojemu, ale z serca.

Julia, 23 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama