„W Dzień Babci poczułam się jak bankomat. Wnuki wyciągały ze mnie kasę, więc do końca miesiąca zostało mi 37 złotych”
„Zjedli w niecałe czterdzieści minut. Czułam, że się śpieszą. W spojrzeniach miałam tylko odbicie zegarka. Zaczęło się po cichu jak zawsze. Najpierw Kasia. Usiadła obok mnie na kanapie, ujęła moją dłoń teatralnym gestem”.

Od rana pachniało rosołem. Gotowałam go tak, jak zawsze – na dwóch rodzajach mięsa, z dużą ilością warzyw, z liściem laurowym, zielem angielskim i tą jedną przyprawą, której nazwy nikt z mojej rodziny nie potrafi zapamiętać. Dzień Babci. Mój dzień. Przez cały rok nikt się nie interesuje, czy mam co jeść, czy boli mnie kręgosłup, czy czuję się samotna. Ale dzisiaj – dzisiaj będę ważna.
Wyciągnęłam biały obrus z szuflady, ten haftowany przez moją mamę. Używałam go tylko na szczególne okazje. Dziś była właśnie taka. Ubrałam się w swoją najlepszą bluzkę – bordową, z delikatnym kołnierzykiem. Przed lustrem poprawiłam włosy, pomalowałam lekko usta. Spojrzałam na zegarek.
– Jeszcze godzina – powiedziałam do siebie, choć w mieszkaniu nie było nikogo.
Telefon zadzwonił krótko, tylko raz.
– Mamo, będziemy o trzynastej. Nie martw się o ciasto, my tylko na chwilkę – usłyszałam w słuchawce głos mojego syna. Zdawkowy, pospieszny, jakby był w drodze do kogoś innego.
Odłożyłam telefon. Spojrzałam na zastawiony stół – rosół już parował, schabowe na patelni skwierczały, kompot z jabłek chłodził się na balkonie. „Kiedyś robili mi laurki z błędem ortograficznym, ale od serca. Teraz…?” – pomyślałam. Czekałam z bijącym sercem i z tym głupim, naiwnym uśmiechem.
Przyszli się najeść
Dzwonek zadzwonił o 13:05. Punktualnie, jak w rozkładzie jazdy. Po chwili drzwi otworzyły się z rozmachem, a do środka wpadła Kasia – z szerokim uśmiechem, w modnym płaszczu i z telefonem w ręku.
– Babciu! Sto lat! – zawołała głośno i cmoknęła mnie w policzek, nie odkładając torebki. – Ale pachnie! Normalnie jak w dzieciństwie!
Za nią wlókł się Olek z kapturem naciągniętym na głowę i z rękami w kieszeniach.
– Cześć, babciu – mruknął i wszedł prosto do salonu.
Ala podeszła najbliżej, przytuliła mnie na chwilkę. Przyniosła laurkę – kolorową, błyszczącą, jak z reklamy.
– Sama robiłaś? – zapytałam, próbując odczytać krzywe literki.
– Yyy… tak, z szablonu – odpowiedziała i szybko pobiegła do kuchni.
Syn i jego żona pojawili się na końcu. On podał mi rękę, ona dała całusa w policzek, jakbyśmy się widzieli wczoraj, a nie trzy miesiące temu.
– Jak się czujesz, mamo? – zapytał automatycznie, patrząc na zegarek.
Usiedli. Zrobili miejsce na stole, nie pytając, czy pomóc. Kasia robiła zdjęcia potrawom, Olek coś pisał w telefonie, Ala wcinała ogórka z miski.
– Babciu, ale sałatka pyszna jak zawsze! Musisz mi dać przepis! Chociaż... może lepiej nie, za dużo kalorii – zaśmiała się Kasia.
– Masz internet, babciu? Potrzebuję na chwilę – rzucił Olek.
Podawałam kolejne dania. Stawiałam zupę, chleb, mięso, ziemniaki, ogórki kiszone. Siedzieli, jedli, mówili... a ja? Czułam się jak kelnerka w barze mlecznym. Nikt nie zapytał, czy mnie coś boli. Czy mam z kim pogadać. Czy nie tęsknię. Tylko jedzenie znikało ze stołu w zawrotnym tempie.
Każdy miał do mnie „interes”
Zjedli w niecałe czterdzieści minut. Po rosole nikt nie poprosił o dokładkę, schabowe zniknęły w milczeniu, a kompot wypili jednym łykiem. Czułam, że się śpieszą. W spojrzeniach miałam tylko odbicie zegarka. Zaczęło się po cichu jak zawsze. Najpierw Kasia. Usiadła obok mnie na kanapie, ujęła moją dłoń teatralnym gestem.
– Babciu, wiesz, mama się ostatnio bardzo źle czuje... Nie mówi nikomu, ale bierze leki, takie drogie. Wiesz, jak to jest... – pochyliła się i westchnęła. – Głupio mi prosić, ale jakbyś miała... może choć z sześćdziesiąt złotych?
Sięgnęłam do portfela. Miałam dwie stówki, jedną pięćdziesiątkę, kilka drobnych. Dałam jej stówkę.
– Ale nikomu nie mów, dobrze? Mama by się wstydziła – dodała, chowając banknot jak skarb.
Kilka minut później podszedł Olek. Stał przy lodówce, udając, że czegoś szuka.
– Babciu... – zaczął z zakłopotaniem. – Ja tylko na chwilkę. Muszę wracać do internatu, a nie mam na bilet. Dostałem wprawdzie wypłatę, ale konto mi zablokowali. Oddam ci za dwa tygodnie. Przysięgam.
Westchnęłam. Znów portfel. Pięćdziesiątka. Podałam mu bez słowa. Cmoknął mnie w czubek głowy i już go nie było przy stole. Na koniec przyszła Ala. Usiadła po turecku przy moich nogach.
– Babciu... tylko nie mów tacie, dobrze? Ja z matmy nie daję rady, a pani od korepetycji powiedziała, że jak nie zacznę chodzić regularnie, to nie przejdę... A rodzice powiedzieli, że nie mają już kasy.
Spojrzałam jej w oczy. Były jeszcze dziecięce, szczere.
– Ile potrzeba? – zapytałam cicho.
– No… z siedemdziesiąt?
Dałam jej bez liczenia. Serce mi pękało, ale portfel wyglądał gorzej. A może głupia jestem?
Zostało mi niewiele w portfelu
Pojechali przed piętnastą. Ledwo zdążyłam postawić herbatę na stole, już się zbierali. Całusy w biegu, kurtki na wpół założone, „dziękujemy babciu, było pysznie” – to jedno zdanie, wypowiedziane przez Kasię jak automat. Drzwi się zamknęły, a w mieszkaniu znów zapadła ta znajoma cisza.
Usiadłam przy kuchennym stole. Światło zimowe wpadało przez okno, kładąc się chłodnym cieniem na talerzach. Zmywać? Nie chciało mi się. Zrobiłam sobie herbatę – malinową, z ostatniej torebki. Otworzyłam portfel. Trzydzieści siedem złotych. Tyle mi zostało. Przeliczyłam jeszcze raz, jakby coś mogło się zmienić. Nie zmieniło się nic. Westchnęłam.
Wstałam i otworzyłam szufladę w komodzie. Leżały tam rachunki. Prąd, gaz, telefon. I recepty – na ciśnienie, na serce, na sen. Jedna z nich już przeterminowana, ale może jeszcze w aptece przyjmą. Wzięłam długopis i kartkę. Napisałam listę zakupów: masło, chleb, mleko, margaryna. Spojrzałam na to i skreśliłam „mleko”. Będzie bez.
Nawet się nie ukrywali
Wieczorem usiadłam przy starym laptopie. Nie był już pierwszej młodości – jak i ja – ale działał. Otworzyłam media społecznościowe, bo chciałam zobaczyć, co u nich. Taka głupia nadzieja, że może ktoś wrzuci wspólne zdjęcie, może napisze: „Kocham cię, babciu”. Może to wszystko nie było tylko na pokaz.
Pierwsza była Kasia. Jej profil publiczny był pełen zdjęć. Nowy telefon w ręku, paznokcie zrobione, uśmiech jak z reklamy. Podpis pod zdjęciem: „Najlepszy dzień ever z moimi kochanymi!”. Na zdjęciu: ona, dwie koleżanki, zakupy w galerii. Torebki z logo znanych sklepów na pierwszym planie. Żadnej wzmianki o babci. Nawet zdjęcia kawałka ciasta.
Zajrzałam do Olka. Zdjęcia: pizzeria, kino, jakieś napoje. Komentarze: „w końcu weekend jak się należy”, „młodzi muszą mieć życie”. Uśmiechnięty, rozparty na kanapie, pizza w jednej ręce, telefon w drugiej. Ala nie miała konta. Jeszcze.
Zamknęłam laptopa. W głowie miałam szum, jakby ktoś puścił wiatr w mojej pamięci. Czy to ja jestem głupia, czy oni już nawet nie próbują udawać? Czułam, jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na głowę. Nie o pieniądze chodziło. Tylko o to, że nawet nie próbowali się postarać. Kłamali z taką łatwością, jakby robili to od zawsze.
– Może to tylko młodość… – powiedziałam sama do siebie. Głos zadrżał mi w gardle. Nawet ja już w to nie wierzyłam.
Za rok coś się zmieni
Siedziałam przy kuchennym stole, bo nie mogłam zasnąć. W mieszkaniu było cicho. Tylko zegar wciąż tykał złośliwie, jakby chciał mi przypomnieć, że czas leci, a ja dalej czekam nie wiadomo na co. Spojrzałam w lustro. Zmarszczki jeszcze głębsze niż wczoraj. Oczy zmęczone. Coś w spojrzeniu było nowego. Coś, co przypominało... gniew? Nie, nie taki wściekły, młodzieńczy gniew. Raczej rozczarowanie. Tego dnia doświadczyłam go do samego dna. A razem z nim – przebudzenia.
– Dość – powiedziałam półgłosem, jakbym miała świadka. – Nie chcę już tak żyć.
Naprawdę nie jestem tylko bankomatem z siwą głową. Nie jestem schabowym na talerzu i zupą z pięciu warzyw. Mam serce. Mam wspomnienia. Mam swoją cenę – nie w złotówkach, tylko w szacunku.
– Może nic nie ugotuję za rok. Może zamknę drzwi. Może ich nie wpuszczę. Albo... może po prostu nie dam ani grosza – powiedziałam do siebie, dziwiąc się własnym słowom.
Pierwszy raz od dawna czułam się silna. Samotna, rozczarowana, ale nie naiwna i nie głupia. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię. Na pewno nie będę siedzieć przy tym stole z portfelem w dłoni i łzami w oczach.
Wolę samotność niż sztuczność
Poranek był jasny, zimny. Na parapecie leżała cienka warstwa szronu, a w kuchni pachniało jeszcze wczorajszym rosołem. W radiu cicho grała piosenka, której słuchałam, gdy byłam młoda – zanim zostałam matką, babcią, kucharką, pożyczkodawcą. Byłam po prostu sobą.
Zaparzyłam sobie herbatę i usiadłam przy stole. Tym samym, przy którym dzień wcześniej siedzieli oni – najedzeni, zadowoleni, głośni. Dziś był pusty. Na środku stał tylko biały kubek z napisem „Najlepsza babcia na świecie”. Prezent sprzed trzech lat. Jeszcze z czasów, gdy Kasia naprawdę wierzyła, że tak jest.
Otworzyłam stary album. Zdjęcia dzieci, potem wnuków. Kasia w fartuszku, z laurką pełną błędów. Olek z zupą na nosie. Ala z warkoczykami i uśmiechem bez zębów. Gdzie się to wszystko pogubiło? Zamknęłam album. Nie chciałam płakać. Tyle razy już to robiłam. Teraz czułam coś innego. Spokój. Może samotność boli, ale bycie potrzebną tylko raz w roku boli jeszcze bardziej.
Wzięłam kartkę i długopis. Chwile nad tym myślałam. Napisałam jedno zdanie: „W przyszłym roku spędzę Dzień Babci inaczej”. Nie wiem jeszcze jak. Może z sąsiadką, może sama. Może z radiem i herbatą. Już nie z pustymi gestami. Jeśli kiedyś oni zapukają do drzwi – nie wiem, czy otworzę. Czasem lepiej być samotną niż oszukiwaną.
Zofia, lat 67
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mam mnóstwo pieniędzy, ale nie dzielę się nimi z dziećmi. Są dorośli, więc niech się uczą, że życie to nie bajka”
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”
- „Teściowie chcieliby świętować Dzień Babci i Dziadka. Dawali nam złote rady, byśmy jak najszybciej podarowali im wnuka”

