Reklama

Kiedyś z moją córką Kasią byłyśmy naprawdę blisko. Nie tak, że dzwoniła raz na miesiąc i pytała tylko „co tam u ciebie”, tylko blisko w zwyczajny sposób, codzienny. Wiedziałam, co ją cieszy, co ją wkurza, jaką ma minę, kiedy udaje, że wszystko jest w porządku, a w środku ją nosi. Była moją jedyną córką, całym moim życiem.

Wyjechała za granicę

Z mężem Andrzejem bywało różnie, ale przy niej trzymałam się mocno. Kiedy miała gorszy dzień, przychodziła do kuchni, siadała przy stole i mówiła, co ją gryzie, a czasem tylko milczała. Potrafiłam ją uspokoić samym tym, że byłam obok. Wtedy wydawało mi się, że tak już zostanie.

Potem nagle zaczęły się wyjazdy za granicę, praca, lepsze pieniądze, „mamo, to tylko na rok, najwyżej dwa, zobaczysz, szybko zleci”. Kiedy odprowadzałam ją na samolot, próbowała udawać, że to normalne. Mówiła szybko, jakby chciała mnie zagadać, żeby nie było czasu na myślenie. Kiedy odleciała, wróciłam do domu i przez cały dzień chodziłam po mieszkaniu bez sensu. Została mi tylko cisza.

Po wyjeździe Kasia dzwoniła często, opowiadała o wszystkim: o pracy, o mieszkaniu, o tym, że tęskni za polskim chlebem, jak trudno się przyzwyczaić do obcych ludzi i obcego języka. Czułam, że mnie potrzebuje, że jestem jej kotwicą, a potem zaczęła się budować jej nowa codzienność, w której ja byłam coraz mniej potrzebna.

Nie potrzebowała mnie

Z czasem dzwoniła rzadziej, a jak dzwoniła, to mówiła głównie o tym, co u nich, a mnie zostawało tylko potakiwanie i krótkie odpowiedzi. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia, tylko dlatego, że nie chciałam psuć jej nastroju. Łatwo było zostać tą, której się nie opłaca słuchać, bo u mnie jest zawsze to samo.

Wnuki urodziły się już tam, w Anglii. Michał i Basia byli dla mnie od początku bardziej obrazem niż ludźmi. Znałam ich z ekranu telefonu, ze zdjęć, z rozmów. Widziałam, jak rosną, ale nigdy nie miałam ich na kolanach, nigdy nie poprawiałam im czapek, nie brałam za rękę na przejściu dla pieszych, nie słyszałam ich śmiechu na żywo. Nigdy nie miałam okazji, żeby ich naprawdę poznać. Dzieci nie potrafią pokochać kogoś, kogo nie mogą dotknąć. One nie miały czego pamiętać. Dla nich byłam głosem, który pojawiał się czasem i znikał, a oni dla byli wszystkim, co mogłam sobie dopowiedzieć.

Czekanie było moją codziennością. Czekałam na telefon, na wiadomość, na znak, że ktoś o mnie pomyślał. Jeszcze potrafiłam sobie wmówić, że to normalne, że tak wygląda życie, kiedy dzieci dorastają. Tylko że to nie było zwykłe dorastanie, tylko oddalanie się, krok po kroku, aż w końcu zostaje sama pamięć, a w niej ja, młodsza, pewniejsza, przekonana, że zawsze będę potrzebna.

Nie mieli czasu

Kiedy zadzwonił telefon, przez chwilę patrzyłam tylko na ekran. Zdjęcie Kasi, to samo od lat – jeszcze z czasów, kiedy była tu, w Polsce, w moim świecie, a nie na tle jakiegoś zielonego pola w obcym kraju. Odebrałam od razu.

– Mamusiu, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci! – powiedziała szybko. – No, dzieci, chodźcie, powiedzcie babci coś ładnego – powiedziała. – Basia, Michał! No chodźcie, bo babcia czeka!

Na ekranie pojawiła się Basia, popatrzyła gdzieś obok kamery i powiedziała beznamiętnie:

– Wszystkiego najlepszego…

Chwilę potem przyszedł Michał, tylko na moment.

– Wszystkiego dobrego, to pa! – rzucił i już go nie było.

– No, widzisz, pokazali się, pamiętali – dodała Kasia i spojrzała gdzieś poza ekran, jakby czekała na znak, że trzeba kończyć. – Mamo, my tu właśnie rozpakowujemy zakupy, zaraz goście przyjdą, musimy już lecieć. Kochamy cię, całusy! Pa!

Żyli swoimi sprawami

Zostałam z telefonem w ręce i odbiciem własnej twarzy w czarnym ekranie. Nawet nie zapytali, co u mnie. Czułam się, jakby mi ktoś wrzucił do mieszkania odrębną rzeczywistość, której nie rozumiem i nie umiem w niej być.

Wyszłam z domu tylko po to, żeby wyrzucić śmieci. Tak naprawdę nie było potrzeby, kosz nie był jeszcze pełny, ale coś mnie pchało do wyjścia. Przed klatką stała sąsiadka Zosia, jak zwykle z papierosem,. Paliła tak, jakby to było jedyne, co jej jeszcze wolno – z namysłem, powoli, z pewną godnością.

– No i jak tam, babciu roku? – zapytała bez ceregieli, widząc mnie z siatką w ręce. – Wnuki się popisały?

– Było miło – odpowiedziałam z przesadną starannością. – Zadzwonili, pokazali się, powiedzieli, co trzeba.

Zosia spojrzała na mnie spod oka, zaciągnęła się i wypuściła dym w bok.

– I co dalej? Zniknęli jak zwykle?

Rozszyfrowała mnie

Złapałam się na tym, że próbuję wymyślić coś, co zabrzmi lepiej niż prawda, ale nie aż tak dobrze, żeby Zosia się zorientowała. W końcu westchnęłam.

– Powiedzieli, że mają gości.

– A ty? Masz coś dzisiaj?

– Śmieci – powiedziałam. – To mam.

Usiadła na ławce i poklepała miejsce obok siebie. Usiadłam, chociaż było zimno. Czasem człowiek woli przemarznąć, niż wracać tam, gdzie nic na niego nie czeka.

– Wiesz – zaczęła – ja też miałam nadzieję, że dziś coś się wydarzy. Może chociaż wnuczka napisze, ale gdzie tam. Młodzi są teraz w swoich światach. My jesteśmy jak stare meble, które stoją, bo szkoda wyrzucić, ale nikt już ich nie potrzebuje.

Zamilkła na chwilę, spojrzała na mnie uważnie.

– Ale ty miałaś więcej szczęścia. Przynajmniej masz córkę.

– Córkę mam, ale gdzieś tam.

– Albo się dba o ludzi, albo się od nich wypisuje – powiedziała twardo. – Ty chyba jesteś już wypisana.

Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Wróciłam do mieszkania i zamknęłam za sobą drzwi wolniej niż zwykle. Bo z czym tu się spieszyć.

Miałam ich dość

Wszystko zawsze zaczynało się ode mnie. To ja dzwoniłam, ja wysyłałam paczki na święta, robiłam przelewy na urodziny, przypominałam się. Wysyłałam zdjęcia, żeby pokazać, że pamiętam. Czekałam, aż ktoś zada choć jedno pytanie: „A co u ciebie?”. Nigdy się nie doczekałam.

Wstałam, podeszłam do kredensu i otworzyłam dolną szafkę. Popatrzyłam na wszystkie schowane tam rzeczy, które dostawałam z okazji urodzin, świąt czy Dnia Babci. Dosyć. Nie będę się dopraszać uwagi jak żebrak. Nie zadzwonię pierwsza, nie będę przypominać o swoim istnieniu.

Rano pierwsze, co zrobiłam, to wyłączyłam telefon i schowałam go do szuflady. Nie chciałam sprawdzać wiadomości, nie chciałam wiedzieć, czy ktoś napisał. Jeśli coś ważnego się stanie, znajdą sposób. Wreszcie poczułam, że to ja wybieram. Nie będę już czekać. Nie chcę być dodatkiem w czyimś życiu. Nie jestem dla nikogo ważna, ale mogę spróbować być ważna dla siebie.

Danuta, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama