„W Dzień Babci miał być rosół, sernik i laurki. Nie spodziewaliśmy się, że we własne święto babcia odstawi taką szopkę”
„Nikt nigdy nie pytał, co robi, gdy wychodzimy. Zakładaliśmy, że siada w oknie, bierze różaniec i czeka, aż znów zadzwonimy z prośbą o lepienie pierogów albo o pilnowanie dzieci, bo mamy ważne wyjście. Była przezroczysta”.

To miał być rytuał. Świętość. 21 stycznia, godzina 16. Rosół, sernik, laurki zrobione kredkami świecowymi i szerokie uśmiechy. Babcia Hela – instytucja, posąg, kobieta, której jedynym celem istnienia było karmienie nas i słuchanie o naszych sukcesach.
Przygotowaliśmy się
Życie babci składało się z szurania filcowymi kapciami o dębowy parkiet, zapachu pasty do podłóg i tykania starego zegara w przedpokoju. Od śmierci dziadka, czyli od dekady, jej egzystencja została zredukowana do funkcji usługowej. Wstawała o piątej, bo starym ludziom sen nie jest potrzebny, szła na targ, wybierała najładniejsze warzywa, a potem gotowała dla nas: dla mnie, dla mojej matki, dla wnuków.
Nikt nigdy nie pytał, co robi, gdy wychodzimy. Zakładaliśmy, że siada w oknie, bierze różaniec i czeka, aż znów zadzwonimy z prośbą o lepienie pierogów albo o pilnowanie dzieci, bo mamy ważne wyjście. Była przezroczysta. Jej pragnienia? Jakie pragnienia może mieć siedemdziesięciolatka poza zdrowiem wnuków? A przynajmniej tak nam się wydawało.
Tamtego dnia, w Dzień Babci, miałam dziwne przeczucie. Od rana czułam niepokój, taki świdrujący w żołądku, jak przed egzaminem, na który nic nie umiesz. Moja matka była w swoim żywiole. Terror perfekcyjności.
– Marta, wzięłaś to wino? Tylko nie to tanie, babcia lubi to słodkie z wiśnią – dyrygowała, pakując do samochodu mojego siostrzeńca Jasia, który w jednej ręce trzymał wymiętą laurkę, a w drugiej smartfona.
– Wzięłam, mamo. Wyluzuj. To tylko obiad – mruknęłam, wsiadając za kółko.
– Tylko obiad? To Dzień Babci! Ona na to czeka cały rok! Siedzi tam sama i patrzy na drzwi!
Ironia tych słów uderzyła mnie dopiero kilka godzin później, z siłą rozpędzonego pociągu towarowego.
Miało być uroczyście
Wspinaliśmy się na trzecie piętro w orszaku rodzinnym. Matka, ojciec, który marzył tylko o tym, by usiąść przed telewizorem, ja, mój młodszy brat Jaś, siostra matki z mężem i dwójka ich dzieciaków. Byliśmy głośni. Byliśmy pewni siebie. Byliśmy właścicielami czasu babci. Matka zadzwoniła dzwonkiem. Raz. Drugi. Cisza. Zazwyczaj drzwi otwierały się zanim zdążyliśmy nacisnąć guzik. Babcia zawsze czekała w przedpokoju, w wyjściowej garsonce, z uśmiechem, który obejmował nas wszystkich.
– Może jest w łazience? – zasugerowała siostra, poprawiając spódnicę.
Minęła minuta. Dwie. Matka zaczęła nerwowo naciskać dzwonek seriami.
– Mamo, przestań, bo spalisz instalację – warknęłam. – Może wyszła do sklepu?
– W Dzień Babci? O szesnastej? Kiedy wie, że przyjeżdżamy? Nie bądź śmieszna, Marta. Coś się stało.
W oczach matki zobaczyłam ten specyficzny błysk paniki zmieszanej z ekscytacją dramatem. „Coś się stało” oznaczało zawał, wylew, upadek. Oznaczało karetkę, szpital i nas w roli bohaterskich ratowników.
– Dzwonię do niej – matka wyciągnęła telefon.
Słyszeliśmy sygnał. Jeden, drugi, trzeci. A potem, ku naszemu zdziwieniu, usłyszeliśmy dzwonek jej starej Nokii. Dzwoniła wewnątrz mieszkania, tuż za drzwiami.
– Jest w środku! – krzyknęła matka. – Jezu, ona leży w przedpokoju! Wyważamy drzwi!
Dosłownie oniemieliśmy
Wtedy, jak na zawołanie, drzwi obok uchyliły się i wyjrzała zza nich pani Jadzia, sąsiadka. Naczelny monitoring osiedla, kobieta, która wiedziała, kto z kim śpi, zanim ci ludzie sami to wiedzieli.
– Czego się tak dobijacie? – zapytała, żując coś powoli. Miała na sobie podomkę w kwiaty i wałki na głowie, mimo że była godzina popołudniowa.
– Pani Jadziu! Moja mama nie otwiera! Telefon dzwoni w środku! Musimy wezwać straż! – matka była już w histerii.
Pani Jadzia parsknęła śmiechem. Suchym, szyderczym śmiechem.
– Żadna straż. Heleny nie ma.
– Jak to nie ma? Telefon dzwoni!
– Telefon zostawiła. Powiedziała, że nie chce, żeby jej brzęczał, jak będzie się relaksować.
– Relaksować? – powtórzyłam głupio. – Gdzie? W kościele?
Pani Jadzia wyszła na korytarz, opierając się o framugę. W jej oczach widziałam satysfakcję. Czekała na ten moment.
– Jaki tam kościół, dziecko. Wyjechała. Walizki znosił ten jej elegancki pan. Taksówka podjechała o czternastej. Wsiadła, pomachała mi i powiedziała: „Jadziu, jak przyjadą sępy, to powiedz im, że sernik jest w cukierni na rogu, opłacony”.
Babcia miała amanta
Słowo „sępy” zawisło w powietrzu, gęste i lepkie. Moja matka zbladła, a potem poczerwieniała.
– Jaki pan? Co pani plecie? Mama ma siedemdziesiąt cztery lata!
– No i co z tego? – Pani Jadzia wzruszyła ramionami. – Życie się kończy w trumnie, kochanieńka, a nie po siedemdziesiątce. Przystojny, wysoki. Taki siwy, w beżowym płaszczu. Witold, chyba. Przychodził tu od miesięcy, jak wy byliście zajęci swoimi sprawami.
Świat zawirował mi przed oczami. Witold. Beżowy płaszcz. Nagle, jak w filmie przewijanym do tyłu, zaczęłam dostrzegać klatki z ostatnich miesięcy. Obrazy, które mój mózg rejestrował, ale odrzucał, bo nie pasowały do schematu „babcia Hela”.
Przypomniałam sobie październik. Wpadłam do niej po pracy, bez zapowiedzi, pożyczyć duży garnek. Otworzyła mi w nowej bluzce. Jedwabnej, w kolorze głębokiego szmaragdu. Pachniała nie lawendą, jak zawsze, ale czymś cięższym, piżmowym. Zapytałam wtedy: „Babciu, co to za okazja?”. Odpowiedziała, że po prostu chciała się ładnie poczuć. Uwierzyłam. Boże, jaka byłam naiwna.
Przypomniałam sobie listopad. Dzwoniłam do niej wieczorem, żeby ponarzekać na szefa. Powiedziała, że nie może rozmawiać, bo ogląda film. W tle słyszałam muzykę. Jazz. Babcia nienawidziła jazzu. Uważała, że to kocia muzyka.
Zignorowałam to
I wreszcie grudzień. Święta. Była jakaś inna. Mniej zmęczona, mimo że ulepiła trzysta pierogów. Jej skóra promieniała. Kiedy mój ojciec rzucił jakiś chamski żart o starości, nie spuściła wzroku jak zwykle. Spojrzała na niego z politowaniem i lekkim uśmieszkiem, jakby wiedziała coś, czego my nie wiemy. Jakby miała sekret, który grzał ją od środka lepiej niż termofor.
– To niemożliwe – wydukała moja matka, opierając się o ścianę. – Ona ma demencję. To na pewno ktoś ją wykorzystuje „na wnuczka”, albo gorzej, „na kochanka”! Okradną ją! Zmusili ją!
Pani Jadzia prychnęła.
– Nikt jej nie zmuszał. Śmiała się. Miała usta pomalowane czerwoną szminką. I wiecie co? Wyglądała na szczęśliwszą niż przez ostatnie dziesięć lat, jak jej wnuki podrzucaliście.
Sytuacja w sekundę zmieniła się z dramatu obyczajowego w thriller akcji. Moja matka, odzyskawszy rezon, zarządziła śledztwo. Ponieważ nie mieliśmy kluczy, bo babcia zawsze nam otwierała i nigdy nie dała nam kompletu na wszelki wypadek, co teraz wydawało się genialnym posunięciem taktycznym, nie mogliśmy wejść do środka i sprawdzić, co zginęło.
Po prostu wyjechała
– Dokąd mogli pojechać? – krzyczała matka do Jadzi.
– A co ja, biuro podróży? – sąsiadka zaczynała się nudzić. – Słyszałam tylko coś o „wodach” i o tańcach.
„Wody”. Sanatorium. Ciechocinek? Kołobrzeg?
– Ciechocinek – powiedziałam nagle. – Była tam rok temu, z NFZ-u. Pamiętacie? Wróciła wtedy taka… ożywiona. Mówiła, że poznała ciekawych ludzi.
Wtedy też to zignorowaliśmy. „Ciekawi ludzie” w ustach babci to zazwyczaj pani Krysia, która ma dobre recepty na sernik. Ale teraz „ciekawi ludzie” mogli oznaczać Witolda w beżowym płaszczu. Wsiadłyśmy do samochodu – ja i matka. Reszta rodziny została odesłana do domu, oszołomiona. Matka uparła się, że musimy ją znaleźć i „uratować”.
– Ona nie wie, co robi! To hormony… to znaczy, brak hormonów! To starość! – matka prowadziła, łamiąc chyba wszystkie przepisy.
Ja siedziałam na miejscu pasażera i milczałam. W głowie układałam puzzle. Babcia, która zawsze była „do dyspozycji”, dzisiaj, w swoje święto, dokonała aktu najwyższej rebelii. Nie pojechała tydzień wcześniej, nie pojechała tydzień później. Wybrała Dzień Babci. Symbolicznie wypięła się na nasze laurki, nasze oczekiwania i nasz egoizm. Zaczynałam czuć do niej coś, czego nie czułam nigdy wcześniej. Nie wdzięczność za pierogi. Szacunek. Dziką, nieokiełznaną zazdrość i szacunek.
Chcieliśmy ją znaleźć
Nie pojechałyśmy do Ciechocinka. To było dwieście kilometrów. Matka przypomniała sobie, że babcia kiedyś wspomniała o Bristolu. Że zawsze marzyła, żeby wypić kawę w Bristolu w Warszawie, ale dziadek mówił, że to dla snobów i szkoda pieniędzy.
– Może tam są? Może on ją tam zabrał przed wyjazdem? To ten typ, co mami bogactwem! – matka chwyciła się tej myśli jak tonący brzytwy.
Warszawa była zakorkowana. Śnieg padał gęsto, zakrywając brudne ulice. Podjechałyśmy pod hotel Bristol. To było irracjonalne. Szansa jedna na milion, ale matka była w amoku. Wbiegła do kawiarni, ja za nią, czując się jak wariatka.
Rozglądałam się po sali pełnej eleganckich ludzi, cichego brzęku porcelany i zapachu drogich perfum. I wtedy ich zobaczyłam. Siedzieli przy stoliku w rogu, przy oknie. Moja babcia Helena, ale nie ta babcia w podomce. Miała na sobie szmaragdową bluzkę i elegancki żakiet, którego nigdy nie widziałam. Włosy miała ułożone u fryzjera, a usta… tak, pani Jadzia miała rację. Były pociągnięte krwistą czerwienią.
Naprzeciwko niej siedział siwy mężczyzna, przystojny w ten staroświecki sposób, wyprostowany. Trzymał ją za rękę. Nie tak, jak trzyma się babcię, żeby nie upadła. Gładził kciukiem wierzch jej dłoni, powoli, zmysłowo.
Nie wierzyłam oczom
Babcia śmiała się. Odchyliła głowę do tyłu i śmiała się w głos, odsłaniając szyję. Nigdy nie widziałam, żeby tak się śmiała przy nas. Przy nas była powściągliwa, cicha. Tutaj była kobietą, która flirtuje. Widziałam w jej oczach błysk, który znałam z lustra, gdy szykowałam się na randkę. Pożądanie. Radość. Życie. Matka ruszyła w ich stronę jak taran.
– Mamo! – jej głos przeciął kawiarnianą atmosferę jak nóż. – Co ty tu robisz?! Wszyscy od zmysłów odchodzą! Policję chcieliśmy wzywać!
Babcia zamarła. Powoli odwróciła głowę. Jej uśmiech zniknął, zastąpiony przez moment wyrazem irytacji, a potem… chłodnego spokoju. Witold nie puścił jej ręki. Wręcz przeciwnie, ścisnął ją mocniej i spojrzał na moją matkę wzrokiem, który mówił: „Odejdź, kobieto”.
– Nie krzycz, Beato – powiedziała babcia. Jej głos był inny. Niższy, pewniejszy. – Jesteśmy w miejscu publicznym.
– Nie krzycz?! Dziś jest Dzień Babci! Czekaliśmy pod drzwiami! Dzieci płaczą! Jasio laurkę zrobił! A ty tu siedzisz z… obcym facetem?! – matka wskazała na Witolda oskarżycielskim palcem.
Zrobiła awanturę
Witold wstał. Był wysoki.
– Witold. Bardzo mi miło – powiedział kulturalnie, choć chłodno. – Helena nie jest waszym więźniem, droga pani. Jest moją partnerką i właśnie wyjeżdżamy na urlop.
– Urlop? Jaki urlop?! Ona ma nadciśnienie! Ona musi brać leki! Kim pan jest?!
– Mam leki w torebce – przerwała babcia, wstając powoli. Podeszła do mojej matki, ale nie przytuliła jej. Stanęła naprzeciwko niej, wyprostowana jak struna.
Stałam krok z tyłu, obserwując tę scenę. Patrzyłam na moją matkę – kobietę w średnim wieku, zniszczoną przez własne nerwice, która traktowała własną matkę jak duże dziecko. I patrzyłam na babcię – kobietę u schyłku życia, która postanowiła wyrwać dla siebie jeszcze kawałek szczęścia.
– Beato – powiedziała babcia, patrząc jej prosto w oczy. – Przez czterdzieści lat byłam żoną. Przez pięćdziesiąt lat matką. Przez dwadzieścia babcią. Prałam, gotowałam, sprzątałam, niańczyłam. Kocham was, kocham wnuki, ale jestem zmęczona byciem tylko dla was.
– Ale Dzień Babci… – matka zająknęła się, tracąc rezon pod wpływem siły bijącej od tej starszej pani.
Miała dosyć
– Właśnie. Dzień Babci, święto roli, którą gram – uśmiechnęła się smutno. – A ja chcę mieć Dzień Heleny. Witold… – spojrzała na niego z czułością, która sprawiła, że poczułam ukłucie zazdrości – Witold widzi we mnie Helenę. Nie babcię, która zrobi pierogi, nie matkę, która pożyczy pieniądze. Widzi kobietę. Czy wy kiedykolwiek, choć raz przez ostatnie lata, zapytaliście mnie, czego ja chcę? Nie co chcę obejrzeć w telewizji, tylko czego pragnę?
Zapadła cisza. Ludzie przy stolikach udawali, że nie słuchają, ale słuchali wszyscy. Matka otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, pewnie coś o obowiązkach i przyzwoitości, ale słowa uwięzły jej w gardle. Wtedy ja podeszłam.
Spojrzałam na babcię. Na jej zmarszczki, które teraz wydawały się mapą przeżytego życia, a nie oznaką starości. Na czerwoną szminkę, która była jej flagą niepodległości. Na Witolda, który patrzył na nią tak, jak mój chłopak przestał na mnie patrzeć dwa lata temu.
– Dokąd jedziecie? – zapytałam.
Babcia spojrzała na mnie zaskoczona. Chyba spodziewała się ataku również z mojej strony.
– Do Paryża – powiedziała, a jej oczy błysnęły. – Zawsze chciałam zobaczyć Paryż. Witold zaprosił mnie… na miesiąc.
– Na miesiąc?! – matka pisnęła. – A kto odbierze Jasia ze szkoły w czwartki?
– Ty, Beato. Ty jesteś jego matką – odparła babcia twardo.
Nic nie rozumiała
To był ten moment. Punkt zwrotny. Moment, w którym patriarchat, matriarchat i wszelkie rodzinne układy runęły. Babcia właśnie zwolniła się z etatu darmowej siły roboczej. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jej ramienia. Materiał żakietu był szorstki, ale ciepły.
– Wyglądasz pięknie, babciu – powiedziałam. Głos mi drżał. – Naprawdę pięknie.
Oczy jej zwilgotniały. Witold uśmiechnął się do mnie z aprobatą.
– Dziękuję, dziecko.
– Jedź i baw się dobrze. Wyślij kartkę. Ale nie dzwoń do mamy, dopóki sama nie zechcesz.
Matka spojrzała na mnie jak na zdrajczynię narodu, ale ja już wiedziałam, po czyjej jestem stronie. Byłam po stronie życia.
– Chodźmy, mamo – pociągnęłam ją za rękę. – Dajmy im spokój.
– Ale… laurka… sernik… – mamrotała matka, gdy wyprowadzałam ją z kawiarni.
Ostatnie, co widziałam przed wyjściem, to Witold pomagający babci założyć płaszcz. Zrobił to z taką gracją, z takim szacunkiem, jakby zakładał gronostaje królowej. A ona oparła się lekko o niego, biodrem. Było w tym geście tyle intymności, że aż odwróciłam wzrok. To była pikantność, której się nie spodziewałam. Pikantność wynikająca nie z nagości, ale z faktu, że ci ludzie, mając siedemdziesiąt lat, mieli w sobie więcej ognia niż my wszyscy razem wzięci.
Byłam po jej stronie
Wróciliśmy do domu. Matka przepłakała całą drogę, na zmianę wyzywając babcię od egoistek i martwiąc się, czy Witold nie jest seryjnym mordercą polującym na emerytury. Kiedy dotarliśmy do mieszkania siostry, gdzie przeniosła się „impreza”, panowała grobowa atmosfera.
– I co? Gdzie jest? W szpitalu? – zapytał szwagier.
Rzuciłam na stół pudełko z sernikiem, które kupiłam w cukierni na rogu, tak jak kazała babcia przez panią Jadzię.
– Nie. W drodze do Paryża – powiedziałam, otwierając wino. To, które miało być dla niej.
– Co?! – rodzina zamarła.
– Babcia ma faceta. I ma nas dość. Zdrowie młodej pary – uniosłam kieliszek i wypiłam duszkiem.
To był najdziwniejszy Dzień Babci w historii. Jedliśmy kupny sernik – był suchy, babciny byłby sto razy lepszy – matka snuła teorie spiskowe, a ja siedziałam tam i myślałam o babci. Wyobrażałam ją sobie w samolocie, pierwszy raz w życiu, jak patrzy na chmury z góry, jak trzyma Witolda za rękę. Myślałam o tym, co będą robić w hotelu. I nie czułam obrzydzenia, tylko zazdrość.
Zrozumiałam, że my, młodzi, myślimy, że miłość i pasja są zarezerwowane dla nas. Że starość to tylko oczekiwanie na śmierć w wygodnych kapciach. Babcia Hela pokazała mi, że to nieprawda. Życie kończy się dopiero wtedy, gdy sama z niego rezygnujesz.
Zazdrościłam jej
Miesiąc później przyszła kartka. Nie było na niej Wieży Eiffla. Było zdjęcie małej kawiarenki na Montmartre. Treść była krótka, pisana jej charakterystycznym, pochyłym pismem: „Piję wino, jem sery i nie bolą mnie plecy. Witold uczy mnie tanga. Wracam za tydzień, ale nie będę już lepić pierogów na zamówienie. Kocham was, Helena. P.S. Marta, kup sobie tę czerwoną sukienkę, o której mówiłaś. Nie czekaj na okazję. Okazja jest teraz”. Moja matka wzięła tę kartkę, przeczytała ją i pierwszy raz od lat zobaczyłam, jak z jej ramion schodzi napięcie.
– Uczy się tanga… – szepnęła z niedowierzaniem, a potem kącik jej ust drgnął. – Wariatka. Moja matka to wariatka.
Tego dnia, zamiast jechać prosto do domu po pracy, poszłam do galerii handlowej. Kupiłam czerwoną sukienkę. Była obcisła, wyzywająca i zdecydowanie niepraktyczna. Wieczorem zadzwoniłam do faceta, który podobał mi się od pół roku, ale bałam się zagadać.
– Cześć, tu Marta. Masz ochotę na kawę? Nie, nie na kawę. Na wino.
Babcia Hela nie tylko uciekła z kochankiem. Ona tamtego dnia, zostawiając nas pod drzwiami z bukietem tulipanów, dała nam najlepszą lekcję życia, jaką mogliśmy otrzymać. Nauczyła nas, że egoizm bywa cnotą i że nigdy, absolutnie nigdy, nie jest za późno, żeby zacząć żyć na własnych zasadach. Nawet jeśli oznacza to, że w Dzień Babci wnuki pocałują klamkę.
Marta, 21 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie było nas stać na studniówkę, ale córka i tak poszła. Załamałam się, gdy wyznała, skąd wzięła na to pieniądze”
- „W Dniu Dziadka zamiast z laurką przyszłam z kwiatami na pogrzeb. Już nad trumną zaczęła się awantura o ziemię”
- „Gdy wyszło na jaw, że mój ukochany ma żonę, załamałam się. Za 9 miesięcy znów spojrzę w jego oczy”

