Reklama

W Dzień Babci obudziłam się rano i przez chwilę leżałam bez ruchu, nasłuchując. W domu panowała cisza. Nie dlatego, że było spokojnie, tylko dlatego, że nikogo nie było. Każdy poranek wyglądał podobnie. Wstawałam, ubierałam się bez pośpiechu i szłam do kuchni. Czasem zajrzał sąsiad, spytał, czy czegoś mi nie trzeba, ale najczęściej tylko kot kręcił się pod nogami. Nie lubił obcych, za to za mną łaził krok w krok. Był uparty i nieprzyjazny, ale to mi nie przeszkadzało. Miał prawo do charakteru.

Czekałam na nią

Dzień Babci jest dla mnie jak każda inna data – zapisana w kalendarzu, bez znaczenia. Przynajmniej próbowałam tak to sobie tłumaczyć. A jednak tego dnia czekałam od rana, bo może moja wnuczka Basia przyjedzie? Zresztą nie chodziło tylko o nią. Ten dzień był dla mnie przypomnieniem, że kiedyś miałam rodzinę, pełny dom, dzieci, męża, hałas, rozmowy i krzyki, a teraz zostałam ja, kot i moje myśli.

Najczęściej wspominałam czasy, kiedy Basia była mała. Przyjeżdżała tu na wakacje, taplała się w błocie po kolana, jadła porzeczki prosto z krzaka, spała do południa i nie nosiła się jak modelka z jakiegoś czasopisma. Miała czas i ochotę pogadać. Teraz żyje w biegu, niby jest dorosła, niby zapracowana, a tak naprawdę wiecznie nieobecna, ale tego dnia – mimo że się do tego nie przyznawałam – nasłuchiwałam samochodu na podjeździe. W każdej chwili mogła się pojawić.

I przyjechała. Zajechała jak burza. Zostawiła auto na środku podjazdu, nawet nie spojrzała, czy stoi prosto. Wysiadła w różowej kurtce, włosy miała pofarbowane, jakby się farba skończyła w połowie. W jednej ręce trzymała torebkę, w drugiej pudełko. Weszła bez pukania.

– Jezu, wszędzie błoto. Masz tu jakiś Wi-Fi? Bo mam jedną kreskę zasięgu – rzuciła w wejściu, nawet nie patrząc w moją stronę.

Wpadła jak burza

Stałam w kuchni, nie powiedziałam nic. Patrzyłam, jak stawia to pudełko na stole, wyjmuje z niego tort, potem rozgląda się po pomieszczeniu, jakby pierwszy raz tu była. Podeszła do okna, odwróciła się, spojrzała na mnie przez aparat telefonu.

– Babciu, uśmiechnij się. Zrobię relkę na Insta.

Nie ruszyłam się. Wbiła wzrok w ekran i próbowała ustawić tort pod światło. Już miała pstryknąć, kiedy zapytałam:

– Jak się masz?

Uniosła brwi, jakby się zdziwiła, że w ogóle mówię.

– No wiesz, zalatana jestem, ale wszystko okej – odpowiedziała.

Nie dopytywałam. Stałam przy stole, czekając, aż odłoży ten swój telefon. Nie odłożyła. Zastanawiałam się, po co właściwie przyjechała. Przywiozła tort z cukierni w Warszawie i aparat. Ta chwila nie była dla mnie. To był występ, dekoracja. Po prostu zrozumiałam, że jestem tu dodatkiem do obrazka.

Już chciała uciekać

Basia usiadła przy stole, rozpięła kurtkę, ale tortu nie ruszyła. Przez chwilę coś tam klikała w telefonie, po czym westchnęła głośno, teatralnie, jakby świat ją wyjątkowo zmęczył.

– Nawet tu nie ma gdzie usiąść z normalnym światłem. Wszystko takie ciemne – rzuciła, patrząc w sufit.

Zignorowałam to. Postawiłam przed nią filiżankę z herbatą.

– Zielona? – spytałam.

– Może być – odpowiedziała, ale tylko dotknęła filiżanki, nie napiła się.

Usiadłam naprzeciwko. Kot wskoczył na parapet i obserwował ją, jakby wyczuł, że jest tu nieproszonym gościem. Basia zerkała co chwilę na ekran. W końcu powiedziała:

– Lecę już, jeszcze muszę wrzucić to story, zanim minie prime time.

– A tort? Nie zjesz ze mną?

– Nie mogę teraz, mam post przerywany – powiedziała, jakby to było coś, co każdy powinien rozumieć bez tłumaczenia.

Skinęłam głową. Nie było sensu ciągnąć tematu.

Zirytowałam się

Kiedyś siedziałyśmy przy tym stole całymi godzinami. Lepiłyśmy pierogi, śmiałyśmy się z byle czego. Teraz siedziała tu, ale myślami była gdzie indziej. Nie byłam dla niej nikim ważnym, co najwyżej punktem do odhaczenia, miejscem, które trzeba odwiedzić, żeby mieć czyste sumienie. Pomyślałam, że nie chodzi o ten tort i nie o herbatę. Chodziło o to, że byłam przezroczysta, niezauważona.

Wstała od stołu i zaczęła się zbierać, jakby była tu już za długo. Zapięła kurtkę, zarzuciła torebkę na ramię i sięgnęła po telefon, który przez cały czas trzymała w zasięgu wzroku. Gdy była już przy drzwiach, zadźwięczało powiadomienie. Zerknęła na ekran, ale zanim zdążyła odpisać, powiedziałam:

– Jak masz przyjeżdżać z łaski i tylko po zdjęcia, to lepiej nie przyjeżdżaj wcale. Dzień Babci to nie jest teatr.

Zamarła. Trzymała rękę na klamce, ale nie nacisnęła. Odwróciła się powoli, pierwszy raz patrząc na mnie naprawdę, nie przez ekran.

– Babciu… ja tylko… chciałam…

– Nie musisz nic mówić – przerwałam. – Wiem, że świat się zmienia, ale serca ludzi nie powinny.

Powiedziałam jej

Milczała. W oczach miała złość, wstyd i zaskoczenie, że potrafię mówić ostrzej niż ona. Patrzyła na mnie długo. Potem schowała telefon do kieszeni i wyszła bez słowa. Drzwi zamknęły się cicho. Zostałam sama. Usiadłam przy stole. Kot zeskoczył z parapetu i położył się na krześle obok, jakby nic się nie stało.

Nie byłam zła. Złość minęła, zanim zdążyła się rozwinąć. Zostało coś cięższego, ale to nie była uraza do Basi, to był ten sam ból, co zawsze, tylko dziś przypomniał o sobie głośniej. Taki, który nie bierze się z jednego gestu czy słowa, ale z lat niezauważania, z obojętności, która narasta, aż staje się naturalna.

Nie oczekiwałam już prezentów, laurki też mnie nie ruszały, ale oczekiwałam, że jak już ktoś tu przyjeżdża, to nie po to, żeby coś udowodnić obcym ludziom w telefonie. Chciałam tylko, żeby była tu naprawdę, bez pozy, bez tego naciąganego tonu, którym mówiła, że jest „zalatana”. Przecież ja nie potrzebuję poklasku, potrzebuję kogoś, kto spojrzy mi w oczy i zapyta: „A ty jak się masz, babciu?”.

Nie potrzebuję jej

Zadumałam się nad tym, kiedy to się właściwie zmieniło, kiedy przestałam być dla niej osobą, a stałam się tylko wspomnieniem. Pewnie wtedy, gdy pierwszy raz nie przyjechała na wakacje, albo gdy jeszcze przyjeżdżała, ale już nie prosiła, żebym zrobiła naleśniki. Zamiast tego leżała w pokoju z telefonem i mówiła, że nie jest głodna. Miałam nadzieję, że to tylko wiek, że minie. Nie minęło.

Nie było przeprosin, nie było wiadomości. Niczego nie oczekiwałam: ani słów, ani gestów. Nie dlatego, że przestałam się przejmować, po prostu wiedziałam już swoje. Jeśli ktoś cię nie widzi, to nie wystarczy krzyczeć. Trzeba przestać stać w miejscu, które tak długo czekało. Może Basia zrozumie, może kiedyś przypomni sobie ten dzień i poczuje wyrzuty sumienia, że potraktowała mnie jak obowiązek do odhaczenia. Ale to już nie moja sprawa.

Wanda, 75 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama