„W Dzień Babci i Dziadka nie wpuszczę wnuków do domu. Nie dbają o mnie cały rok, więc dziś też nie chcę ich łaski”
„Usiedli na schodkach. Przez drzwi słyszałam, jak córka tłumaczy dzieciom, że może wyszłam na zakupy, może śpię, może nie słyszę. Sama nie do końca wierzyła w to, co mówiła. Mówiła to bardziej dla nich niż dla siebie. Po chwili zaczęli się zbierać”.

Dzień Babci i Dziadka spędzam sama. Świadomie. Nie otwieram drzwi, nie odbieram telefonu. Przez cały rok jestem dla nich niewidzialna – bez telefonu, bez wiadomości, bez odwiedzin. Dziś nagle sobie przypomnieli. Pewnie przyjdą z bombonierką i sztucznym uśmiechem, jakby to miało zmazać miesiące ciszy. Nie chcę tej łaski. Mam swoje uczucia i godność. Nie jestem atrakcją na jedno popołudnie w styczniu. Byłam babcią przez cały rok. Skoro wtedy im nie pasowałam, to dziś oni nie pasują do mojego domu.
Kiedyś było inaczej
Pamiętam ten dzień sprzed sześciu lat. Wnuki wbiegły do mieszkania jak huragan – buty porozrzucane w korytarzu, szalik zaplątany w klamkę. Najmłodszy rzucił mi się na szyję, aż zabolało, ale to było dobre uczucie. Żywe, ciepłe. Wszyscy mówili, że mam szczęście, bo mam taką rodzinę. A ja wierzyłam, że tak już będzie zawsze. Gotowałam wtedy dla nich rosół, piekłam ciasto z jabłkami. Opowiadali mi o szkole, śmiali się z byle czego, a ja w tym śmiechu odnajdywałam sens.
Potem to zaczęło się rozmywać. Najpierw dzwonili, że przyjadą tydzień później. Później tylko wysyłali zdjęcie laurki przez telefon. Mówili, że dużo pracy, że dzieci mają zajęcia, że zima, że śnieg. Rozumiałam. Próbowałam nie robić problemu, nie narzekać, nie robić wyrzutów. Czekałam cierpliwie. Przecież każdy ma swoje życie. Tylko że moje życie czekało właśnie na nich. Dom bez dziecięcych głosów jest pusty. Kwiaty zwiędną, ciasto obeschnie, a filiżanki wrócą na półkę. I nikt nie zapyta, co u mnie.
Z każdym rokiem było trudniej. Coraz więcej ciszy, coraz mniej odwiedzin. I coraz więcej przykrości. A ja ciągle się łudziłam. Że może w tym roku znowu będzie jak kiedyś.
Cisza, która trwa
Cisza w domu potrafi być przytulna tylko wtedy, gdy wiadomo, że w każdej chwili może przerwać ją głos kogoś bliskiego. Ja już od dawna tego nie mam. Cisza przestała być spokojem. Stała się codziennością. Rano włączam radio, nie żeby słuchać – żeby coś mówiło, choćby w tle. Otwieram okno, żeby usłyszeć sąsiadkę, jak krzyczy na kota. Prawdziwe słowa, prawdziwi ludzie. Cokolwiek.
Córka dzwoni może raz w miesiącu. Zawsze w biegu, zawsze z westchnieniem na końcu zdania. Mówi, że nie zapomniała, że mnie kocha, tylko nie ma czasu. Wnuki chyba już nie pamiętają mojego numeru. Nie pytają, czy potrzebuję zakupów, nie interesują się, co robię całymi dniami. A przecież nie chcę dużo. Nie oczekuję prezentów ani wielkich gestów. Wystarczyłoby, żeby ktoś zapytał, jak się dziś czuję.
Zimą jest najgorzej. Krótkie dni, ciemność za oknem, bolące stawy i brak powodu, żeby się ubrać. Czasem myślę, że gdyby nie kot, nie miałabym do kogo się odezwać. Tyle że kot nie odpowie. Patrzy tylko tymi swoimi oczami, jakby rozumiał, ale nic nie może zrobić. A potem przychodzi styczeń. I przypominają sobie, że istnieję.
Niezapowiedziani goście
O dziesiątej ktoś zadzwonił domofonem. Nie odebrałam. Siedziałam na fotelu z herbatą w dłoniach, w szlafroku, z zasłoniętymi firankami. Drugi sygnał – dłuższy. Potem pukanie do drzwi. Cicho podeszłam do wizjera. Stała tam córka z wnukami. W rękach mieli kwiaty i torbę z prezentami. Wiedziałam, że przyjdą. Tak jak co roku. Bez wcześniejszego uprzedzenia, jakby wystarczyło, że pojawią się z uśmiechem i bombonierką, a wszystko inne się nie liczyło.
Stali tak kilka minut. Widziałam, jak córka dzwoni do mnie na telefon, który leżał wyciszony na stole. Potem zaczęła się niecierpliwić. Młodszy wnuk kopnął lekko w drzwi i zapytał:
– Babcia nie żyje?
Zabolało. Nawet nie słowa, tylko to, że powiedział to takim tonem, jakby to była jedna z możliwości, całkiem prawdopodobna. Córka uciszyła go, uśmiechnęła się nerwowo i zapukała raz jeszcze. Tym razem głośniej.
Stałam po drugiej stronie. Milczałam. Serce mi waliło, dłonie się pociły. Nie byłam pewna, czy wytrzymam. Chciałam otworzyć, przytulić ich, zaprosić do środka. Ale zostałam w miejscu. Bo przecież to nie pierwszy raz, gdy sobie o mnie przypomnieli. Tylko ten jeden dzień. Zawsze tylko ten jeden.
Nie otworzyłam drzwi
Nie otworzyłam. Stałam z ręką na klamce, ale jej nie nacisnęłam. Nie potrafiłam. W głowie kłębiły mi się wszystkie tamte lata, kiedy czekałam. Kiedy gotowałam obiad na wszelki wypadek. Kiedy co chwilę spoglądałam na telefon, sprawdzając, czy może się rozładował. Kiedy wystarczyło kilka minut rozmowy, bym poczuła się mniej samotna. Nikt wtedy nie przyszedł. Nikt nie zadzwonił. I jakoś musiałam się z tym pogodzić. Więc teraz przyszła moja kolej, by ich nie wpuścić.
Usiedli na schodkach. Przez drzwi słyszałam, jak córka tłumaczy dzieciom, że może wyszłam na zakupy, może śpię, może nie słyszę. Sama nie do końca wierzyła w to, co mówiła. Mówiła to bardziej dla nich niż dla siebie. Po chwili zaczęli się zbierać. Jeszcze raz zadzwonili domofonem. Raz, drugi. Potem już tylko cisza. Zza firanki zobaczyłam, jak odchodzą. Kwiaty zostawili na wycieraczce.
Usiadłam z powrotem w fotelu. Kot wskoczył mi na kolana, jakby wiedział, że właśnie zrobiłam coś trudnego. Nie czułam satysfakcji. Nie poczułam ulgi. Było mi po prostu ciężko. Ale w tym ciężarze było też coś prawdziwego. Moja decyzja. Moje „nie”. Nie mam już siły udawać.
Życie za szybą
Popołudnie minęło powoli. W ciszy, jak zwykle. Przestawiłam kwiaty z wycieraczki do wazonu. Nie dlatego, że zmieniłam zdanie. Po prostu nie lubię, gdy coś ładnego więdnie bez sensu. Patrzyłam na nie, jak stoją na stole – świeże, pachnące, jakby nic się nie stało. Jakby nie były częścią tej farsy.
Zaparzyłam nową herbatę. Przez chwilę siedziałam przy oknie, obserwując, jak sąsiedzi przyjmują gości, dzieci, wnuki. Śmiechy dochodziły z klatek obok, ktoś niósł ciasto na półmisku, ktoś inny prowadził babcię pod ramię. Patrzyłam na to wszystko zza szyby. Jakby to był inny świat. Może i był.
Zastanawiałam się, czy będą dzwonić jutro. Czy pojawi się wiadomość, czy będą tłumaczenia, pretensje, cokolwiek. Nie byłam na nie gotowa. Choć chciałabym wierzyć, że moje milczenie coś zmieni. Że nie przejdą nad tym do porządku dziennego. Że zrozumieją. Tylko że ja też kiedyś coś zrozumiałam. Że nie wystarczy kochać. Trzeba jeszcze umieć to pokazać. I trzeba to robić wtedy, kiedy nie ma bombonierki, kwiatów ani okazji. Inaczej zostaje tylko rola – babcia od święta. A ja już nie chcę tej roli grać.
Nie żałuję tego, co zrobiłam
Wieczorem włączyłam lampkę i usiadłam w ciszy. Telefon leżał na stole, ani razu nie zawibrował. Nie było wiadomości, nie było próby rozmowy. Tylko ta zwykła, dobrze mi znana pustka. Tym razem jednak nie czułam się zaskoczona. Raczej pogodzona. Jakby coś się domknęło. Zrozumiałam, że to, co zrobiłam, nie było karą. Było granicą. Spóźnioną, ale potrzebną.
Przez lata uczyłam się cierpliwości. Uczyłam się czekać, wybaczać, tłumaczyć ich nieobecność. Tłumaczyłam ich szybkie życie, zmęczenie, brak czasu. Tylko nikt nie tłumaczył mojej samotności. Nikt nie zastanawiał się, jak wygląda dzień osoby, o której przypomina się raz w roku. Dziś przestałam się zgadzać na taką rolę.
Nie wiem, czy ta decyzja coś zmieni. Może jutro znów zapadnie cisza. Może obrażą się i przestaną dzwonić całkiem. A może w końcu zrozumieją, że babcia to nie święto w kalendarzu. To człowiek. Ja już nie mam siły walczyć o uwagę. Wolę spokój, nawet jeśli bywa bolesny. Ten ból jest uczciwszy. I lżejszy niż ciągłe czekanie.
Helena, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa wtrącała się w wychowanie mojej córki. Nie chciałam robić afery w Dzień Babci, ale nie dała mi wyboru”
- „Lubiłem samotne życie, dlatego się na nie zdecydowałem. Teraz myślę, kto zadba o mnie po śmierci”
- „Marzyłam, by stanąć na ślubnym kobiercu, ale mój luby wystawił mnie do wiatru. W końcu odpłaciłam się pięknym za nadobne”

