Reklama

W tym roku postanowiliśmy z mężem nie otwierać drzwi nikomu. Zwłaszcza wnukom. Dzień Babci i Dziadka przestał mieć dla nas sens, odkąd zauważyliśmy, że jesteśmy im potrzebni tylko od czasu do czasu – najczęściej wtedy, gdy kończą im się pieniądze albo potrzebują pomocy. Zawsze znajdą chwilę, żeby wpaść po coś, ale nigdy, żeby po prostu być z nami. Te wizyty są wymuszone, nienaturalne, jakby ktoś kazał im nas odwiedzać. Pamiętam, jak inaczej to sobie wyobrażałam. Marzyłam, że na starość będzie w domu ciepło, gwarno, a nie cicho i chłodno. Czy mam pisać dalej – rozdział pierwszy?

Dni pełne nadziei

Zawsze byłam kobietą rodzinną. Kochałam zapach rosołu unoszący się w niedzielne popołudnie, dźwięk kroków dzieci wbiegających do kuchni i to ciepłe zamieszanie, kiedy wszyscy mówili naraz. Gdy dzieci się usamodzielniły, a wnuki pojawiły się na świecie, miałam nadzieję, że ten dom znów ożyje. Przygotowywałam ciasteczka, obrusy wyprasowane leżały na stole, a w lodówce czekały ich ulubione soki. Czekałam. Czasem dzwonili, rzadko przyjeżdżali.

– Mamo, nie mamy teraz jak, może za tydzień – mówiła córka.

A tydzień zamieniał się w miesiąc. Potem w trzy. Kiedy już przychodzili, wszystko było sztywne, sztuczne. Siadali na kanapie, zerkanie w telefony, grzecznościowe pytania. Żadnych spontanicznych uścisków, żadnego „co u was?”, które brzmiałoby szczerze. Tylko:

– A jak tam zdrowie, babciu? – rzucane mimochodem.

Odpowiadałam krótko. Nie chciałam się narzucać. Udawałam, że się cieszę. Potem patrzyłam, jak wychodzą i wracałam do kuchni, gdzie herbata już dawno wystygła. Każda ich nieobecność bolała, każda wizyta – rozczarowywała.

Widzę w tym przymus

Pamiętam dokładnie tę ostatnią wizytę. Był styczeń, dzień po moich imieninach. Telefon zadzwonił wieczorem.

– Mamo, przyjedziemy jutro z dziećmi. Wpadniemy na chwilę, dobrze?

Zaskoczyło mnie to. Nie było wcześniej mowy o spotkaniu, nikt nie wspominał. Pomyślałam naiwnie, że może coś się zmieniło, może naprawdę zatęsknili. Ugotowałam ich ulubiony barszcz, upiekłam ciasto z jabłkami, którego moja wnuczka zawsze nakładała sobie dwie porcje. Przyjechali. Spóźnieni, zmęczeni, bez uśmiechu. W drzwiach córka rzuciła:

– Mamo, tylko na chwilę, dobrze? Tyle rzeczy na głowie.

Wnuki od razu usiadły przy stole, sięgnęły po telefony. Mąż spojrzał na mnie z bólem w oczach, ale nie powiedział ani słowa. Podałam talerze, rozlałam barszcz. Córka zaczęła mówić o rachunkach, że teraz tak ciężko, że zbliża się koniec miesiąca.

– Czy moglibyśmy pożyczyć coś... może z emerytury? Oddamy, jak tylko...

Zrobiło mi się zimno. Nawet nie spojrzała mi w oczy. Jakby ta wizyta miała tylko jeden cel. Nie przyszli z potrzeby serca. Przyszli po coś.

Tylko przelew się liczy

Poszłam do sypialni pod pretekstem przyniesienia swetra. Usiadłam na łóżku, chwilę bez ruchu, ręce drżały. W torebce miałam kartę do konta. Wiedziałam, ile nam zostało do emerytury. Wiedziałam też, że jak im powiem „nie”, przestaną się odzywać na kolejne miesiące. Wróciłam do kuchni z wymuszonym uśmiechem.

– Dobrze. Przelejemy wam jutro. Tylko przypomnij mi, proszę, numer konta – powiedziałam cicho.

– Och, mamo, jesteś cudowna! – rzuciła córka, jakby właśnie spadł jej z pleców ciężar. – Wiedziałam, że mogę na was liczyć.

Wnuki nie oderwały wzroku od ekranów. Zjedli, wypili, nawet nie zapytali, jak się czujemy, czy czegoś potrzebujemy. Nawet nie zaproponowali, żeby zostać chwilę dłużej.

– Musimy lecieć – powiedziała córka, całując mnie szybko w policzek. – Dam znać w tygodniu, dobrze?

Zamknęłam za nimi drzwi. Mąż siedział przy stole, trzymał w dłoniach niedopitą herbatę.

– Czy ty wiesz, że ona nawet nie zapytała, jak się czuję po tej operacji? – wyszeptał.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam przez okno. Śnieg zaczął padać gęsto. Czułam się jak głupia staruszka, która myli potrzeby z uczuciami.

Nie tak miała wyglądać starość

Nigdy nie baliśmy się starości. Wychowaliśmy dzieci, pracowaliśmy całe życie, odkładaliśmy każdy grosz, by na emeryturze mieć spokój. Myśleliśmy, że to czas, gdy w końcu świat zwolni. Będziemy siedzieć na tarasie, pić kawę, słuchać śmiechu wnuków w ogrodzie. Chcieliśmy dawać siebie, ale nie być wykorzystywani.

Z biegiem lat okazało się, że nie jesteśmy dla nich punktem odniesienia, tylko punktem zasilania. Finansowego.

– Może za bardzo ich rozpieszczaliśmy – mruknął mąż któregoś dnia, kiedy siedzieliśmy razem w ciszy.

– Może za mało wymagaliśmy. Za dużo dawaliśmy bez pytania – odpowiedziałam. – Zawsze mówiliśmy: „Byle im było lepiej niż nam”. Tylko że oni nawet nie pytają, jak nam jest.

Zaczęliśmy coraz częściej odmawiać spotkań. Mąż miał problemy z sercem, ja ze stawami. Czasem czuliśmy się bardziej samotni po ich wizycie niż przed nią. Zostawiali po sobie pustkę i ciszę, która bolała bardziej niż nieobecność. Zbliżał się styczeń. Zrozumieliśmy wtedy, że w tym roku nie chcemy kolejnego teatru.

Kartka z kalendarza

Dzień Babci i Dziadka. W poprzednich latach wstawaliśmy wcześnie, piekliśmy ciasto, ustawialiśmy krzesła przy stole, odświętnie się ubieraliśmy. Tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że coś się zmieni. Tym razem było inaczej. Ustaliliśmy z mężem, że nie odbieramy telefonów, nie otwieramy drzwi. Żadnych gości, żadnych prezentów, żadnych pustych słów. Rano zaparzyliśmy sobie kawy i usiedliśmy przy oknie. Śnieg sypał drobno, cicho, jakby nie chciał nikogo obudzić.

Telefon zadzwonił pierwszy raz o dziesiątej. Potem drugi, trzeci. Wiadomości: „Dziadku, wszystkiego najlepszego!”, „Babciu, sto lat!”. Nawet nagrane filmiki, jak dzieci śpiewają piosenki. I choć to powinno było nas ucieszyć, było tylko bolesnym przypomnieniem, że pamiętają o nas tylko wtedy, gdy kalendarz im o tym przypomni.

O czternastej ktoś zapukał do drzwi. Mąż nawet nie ruszył się z miejsca.

– Nie otwieraj. Powiedzieliśmy sobie, że dziś to my decydujemy.

Skinęłam głową. Patrzyłam na swoje dłonie – zniszczone, poplamione czasem i nadzieją. I wiedziałam, że robię to nie z złości. Robię to, żeby się ochronić. Przed nimi. Przed sobą.

Coś więcej niż życzenia

Wieczorem usiedliśmy przy kolacji. Dwie miski z zupą, kromki chleba, cisza. Mąż w końcu odezwał się, głosem spokojnym, ale stanowczym:

– Wiesz... nie chcę już się łudzić. Wolę, żeby nie przychodzili wcale, niż żeby przychodzili tylko po coś.

Skinęłam głową. Wiedziałam, że myśli dokładnie to, co ja. Tęsknota za rodziną była we mnie głęboka, ale jeszcze głębiej leżało zmęczenie tym udawaniem. Tym wszystkim „jak się trzymacie?” mówionym na odczepne, tymi życzeniami rzucanymi na filmikach nagranych jednym tchem.

Nie chcemy już prezentów. Nie chcemy pieniędzy wydawanych na kwiaty, które zwiędną po trzech dniach. Chcemy być częścią ich życia, nie tylko dodatkiem w dniu zaznaczonym w kalendarzu. Chcemy rozmów bez pośpiechu, wspomnień budowanych powoli.

A jeśli to za dużo? To trudno. Przeżyliśmy razem tyle lat. Mamy siebie. I ten dom, który wciąż pachnie ciepłem – nawet jeśli nie ma w nim nikogo poza nami. Zgasiłam światło w kuchni. Śnieg padał dalej, a ja pierwszy raz od dawna poczułam, że zrobiliśmy coś dobrego. Dla siebie.

Zofia, 72

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama