„W Dzień Babci dowiedziałam się, że wnuki się mnie wstydzą, bo nie udaję nastolatki. Obejdę się bez ich łaski i badyli”
„Usiadłam w kącie sali przy stoliku. Nagle ciasto marchewkowe i nowa sukienka wydały mi się żałosne. Patrzyłam, jak inne dzieci przytulają się do swoich babć. A moje wnuki? Zachowywały się, jakby mnie tam nie było”.

Nie wiem, kiedy wszystko się tak bardzo pozmieniało. Jeszcze niedawno Zuzia i Tomek wbiegali do mojego mieszkania z rozwianymi włosami, wołając: „Babciu! Babciu, patrz, co narysowałem!”. Ich laurki do dziś mam w szufladzie, schowane razem z koralikowym serduszkiem i medalem z plasteliny z napisem „Najlepsza babcia na świecie”.
Od śmierci Władka minęło siedem lat. Czas niby leczy rany, ale w domu zrobiło się cicho, aż zatykało w piersiach. Nie miałam już komu robić porannej jajecznicy ani z kim przegadywać wieczorów. Zostałam ja, herbata z sokiem malinowym i radio, które często gra tylko po to, żeby coś grało. Najgorsze są niedziele. No, chyba że przyjeżdża Agnieszka z rodziną – wtedy wszystko znowu nabiera sensu. Gotuję rosół, piekę sernik, wkładam kolczyki, choć i tak nikt nie zwraca na nie uwagi.
Zbliżał się Dzień Babci, a ja szykowałam się jak na wesele. W szkole Zuzi miał być występ, Tomek miał śpiewać. Kupiłam nową sukienkę, upiekłam ciasto marchewkowe, przygotowałam torbę pełną cukierków dla dzieci z klasy. Wierzyłam, że to będzie piękny dzień, taki jak dawniej. Zapamiętam go do końca życia. Tylko nie tak, jak myślałam.
Dzieci jakoś dziwnie zareagowały
Wyszłam z domu wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. Na dworze chwytał lekki mróz, ale byłam tak podekscytowana, że nawet tego nie czułam. Szłam szybko, choć z torbą pełną cukierków i ciastem w pudełku nie było to łatwe. Przed szkołą już kręcili się dziadkowie – jedni rozmawiali z wnukami, inni czekali w kolejce do sali. Uśmiechałam się do wszystkich, jakbyśmy wszyscy byli jedną, wielką rodziną.
Weszłam do klasy. Zuzia siedziała przy stoliku z koleżanką, Tomek kręcił się obok nauczycielki. Pomachałam im radośnie.
– Zuziu! Tomeczku! – zawołałam, ale tylko Tomek odwrócił się na chwilę, skinął głową i zaraz wrócił do rozmowy z kolegą.
Zuzia zrobiła coś dziwnego. Nachyliła się do koleżanki i szepnęła coś do niej. Usłyszałam, jak dziewczynka spytała:
– Kto to?
Zuzia odpowiedziała cicho, niby od niechcenia:
– Aaa, to tylko taka znajoma…
Stałam jak wryta. „Taka znajoma”? Poczułam, jak czerwienią mi się policzki. Może źle usłyszałam? Może nie o mnie mówiła?
– Zuzia, kochanie, to ja, przyniosłam dla was cukierki – podeszłam, uśmiechając się.
Dziewczynka spojrzała na mnie z lekkim skrępowaniem.
– Yyy… super… dzięki, babciu – powiedziała szybko i odwróciła się z powrotem do koleżanki.
Usiadłam w kącie sali, przy stoliku nakrytym papierowym obrusem. Nagle ciasto marchewkowe i nowa sukienka wydały mi się żałosne. Patrzyłam, jak inne dzieci przytulają się do swoich babć. A moje wnuki? Zachowywały się, jakby mnie tam nie było.
Nie rozumiałam tego ni w ząb
Po powrocie do domu zdjęłam sukienkę i powiesiłam ją z powrotem w szafie. Nawet nie chciało mi się zmywać makijażu. Czułam się, jakby ktoś mnie uderzył w brzuch. Westchnęłam ciężko i sięgnęłam po telefon. Tylko mojej koleżance, Eli mogłam to opowiedzieć.
– Halo, Basia? – odebrała niemal od razu. – I jak występ? Pewnie się wzruszyłaś?
– Wzruszyłam się, Ela. Tylko nie tak, jak myślisz…
Opowiedziałam jej wszystko, nie pomijając ani słowa. Ani tego, jak Zuzia udawała, że mnie nie zna, ani tego, jak Tomek mnie zbył. W słuchawce długo było cicho.
– Basia… – zaczęła w końcu cicho. – A… może oni po prostu się wstydzą? Wiesz, teraz dzieci są inne. Mają jakieś różne fazy. Boją się, że ich koledzy będą się śmiać.
– Ale z czego, Elu? Ze mnie? Że jestem babcią w sukience z kołnierzykiem? Że mam szminkę i cukierki w torbie?
– No właśnie... może tego. Może to dla nich obciach?
Zaparzyłam herbatę, ale nie wypiłam ani łyka. Patrzyłam w parującą filiżankę i przypominałam sobie, jak Agnieszka kiedyś powiedziała:
– Mamo, mogłabyś się trochę inaczej ubierać? No wiesz… nie jak staruszka. Jesteś jeszcze młoda, a wyglądasz, jakbyś z muzeum wyszła.
Wtedy się roześmiałam. Dzisiaj już mi nie było do śmiechu.
– Myślisz, że naprawdę się mnie wstydzą? – wyszeptałam.
– Nie wiem, kochana… Ale nie pozwól, żeby cię to zniszczyło – powiedziała Elżbieta, choć w jej głosie też nie było już pewności.
Potem długo siedziałam, tuląc obracając kubek w rękach, i pierwszy raz od dawna poczułam się naprawdę… niepotrzebna.
Dla nich byłam staromodna
Zadzwoniłam do Agnieszki następnego dnia. Nie odbierała. Spróbowałam znowu po południu. Odebrała po trzech sygnałach.
– Mamo, co się dzieje? Jestem w pracy – powiedziała zirytowanym tonem.
– Muszę z tobą porozmawiać. Chodzi o wczoraj. O Dzień Babci.
– Och, znowu? Mamo, dzieci były zmęczone, naprawdę. Nie doszukuj się problemów.
– Agnieszka, Zuzia powiedziała swojej koleżance, że jestem „tylko znajomą”. Tomek nawet nie chciał na mnie spojrzeć. Co się z nimi dzieje?
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Potem westchnęła.
– Mamo, naprawdę chcesz wiedzieć?
– Tak – odpowiedziałam twardo.
– Dobrze. Dzieci... no wiesz, one się trochę wstydzą. Masz swój styl, jesteś taka... tradycyjna. Wiesz, kołnierzyki, szminka, torebka jak z PRL-u. No i czasem zachowujesz się zbyt... ekspresyjnie. W klasie jest teraz moda na luz, na młodzieżowych dziadków. A ty jesteś... no cóż, trochę inna.
– Inna? – zapytałam chłodno. – Czyli niewystarczająca?
– Nie, nie o to chodzi! Mamo, po prostu świat się zmienił. Dzieci nie lubią, jak ktoś robi „wiochę”.
– Wiochę?! – aż podniosłam głos. – Czyli ja robię wiochę, tak?
– Mamo, proszę cię… Nie krzycz. Nie o to chodzi. Po prostu… czasem przesadzasz. Może warto trochę się dostosować?
Nie odpowiedziałam. Wbiłam wzrok w ścianę. Czułam się jak eksponat w muzeum, którego nikt nie chce już oglądać.
– Muszę kończyć – rzuciła i się rozłączyła.
A ja siedziałam z telefonem w dłoni, zdrętwiała. Moja własna córka właśnie potwierdziła, że jestem… staromodnym wstydem.
Doprowadzili mnie do łez
Nie mogłam z tym tak po prostu zostać. Musiałam zapytać dzieci wprost. Poszłam na autobus i pojechałam do nich bez zapowiedzi. Marcin otworzył drzwi zaskoczony, ale wpuścił mnie do środka.
– Agnieszka jeszcze w pracy – powiedział, przeczesując ręką włosy. – Dzieci w pokoju. Chcesz herbaty?
– Nie. Chcę z nimi pogadać.
Zastałam ich na kanapie. Zuzia przewijała coś w telefonie, Tomek grał na konsoli.
– Witajcie, dzieci, możemy porozmawiać? – spytałam, siadając na brzegu fotela. Postanowiłam potraktować ich jak dorosłych.
– Teraz? – jęknęła Zuzia. – Właśnie oglądam coś ważnego…
– Tak, teraz, tylko chwilę.
Tomek zamilkł, spuścił głowę. Wiedział.
– W szkole... – zaczęłam. – Zuzia, usłyszałam, jak mówiłaś do koleżanki, że jestem tylko „znajomą”. Czy naprawdę tak o mnie myślisz?
Dziewczynka zbladła. Tomek zakasłał cicho.
– Babciu, ja… ja nie chciałam, żeby tak wyszło. Po prostu... no, ty jesteś trochę inna niż inne babcie.
– Inna?
– No... masz te stare sukienki, mówisz tak jakoś... no wiesz... poważnie. Dzieci się czasem z tego śmieją. Nie chcieliśmy, żeby ktoś nas wytykał palcami…
– Wstydzicie się mnie?
Zuzia zamilkła. Tomek spojrzał na mnie i cicho powiedział:
– Przepraszam.
Poczułam, że coś we mnie się łamie. Łzy same napłynęły mi do oczu. Marcin stanął w drzwiach, chyba słyszał wszystko.
– Mamo, dzieci nie chciały cię zranić – powiedział łagodnie. – One po prostu jeszcze nie rozumieją…
– No właśnie – odparłam. – Nikt tu chyba już mnie nie rozumie.
Nie wytrzymałam i wyszłam. Bałam się, że zaraz się rozpłaczę. Nie chciałam tego robić przy nich. Nie dam im tej satysfakcji.
Pocieszyła mnie obca kobieta
Wyszłam z ich mieszkania i zamiast iść na przystanek, ruszyłam pieszo przed siebie. Nie patrzyłam, gdzie idę. Nogi same mnie niosły. Minęłam osiedlowy sklep, piekarnię, park. W końcu usiadłam na ławce przy stawie. Ręce miałam zaciśnięte w kieszeniach płaszcza, policzki wilgotne. Obok usiadła starsza kobieta z siwym warkoczem. Miała na sobie gruby płaszcz i trzymała termos.
– Herbatki? – zapytała.
Skinęłam głową bez słowa. Podała mi kubek, a potem spojrzała uważnie.
– Dlaczego pani płacze?
– Tak jakoś… – wymamrotałam.
– Przez wnuki?
Popatrzyłam na nią zdziwiona.
– Po oczach widzę. Moje też mnie ostatnio unikają. Mówią, że jestem „dziwna”, „z innej epoki”. Jeden się za mnie wstydzi, bo mam siateczkę na zakupy, drugi się chowa, jak przychodzę po niego do szkoły. Myślą, że jak jestem stara, to nie mam uczuć.
– Moje właśnie powiedziały mi, że jestem inna. I nie chcą, żebym się z nimi pokazywała.
– I co? Chciała pani ich poklasku?
– Nie. Chciałam być ich babcią. Taką, co się pamięta, jak już jej nie będzie.
Starsza kobieta skinęła głową.
– To ich problem, nie pani. Czasem trzeba się pogodzić z tym, że nie każdy umie kochać tak samo. Ale wie pani co? Nie jesteśmy same.
Siedziałyśmy chwilę w ciszy. Wśród liści krakały wrony. Po raz pierwszy poczułam, że ten ból, ta pustka – nie należą tylko do mnie.
Koniec z czekaniem na cud
Dni mijały powoli. W kuchni nadal pachniało herbatą z malinami, a serwetki na stole wciąż układałam równo, choć już nikt na to nie zwracał uwagi. Przestałam dzwonić do córki. Nie z żalu. Po prostu zrozumiałam, że jeśli mam czekać na ich miłość z wyciągniętą ręką, to się nigdy nie doczekam. Miłość nie powinna boleć. A mnie od nich bolało wszystko – serce, głowa, wspomnienia.
Nie chcę się unosić dumą. Nadal ich kocham. Nadal myślę o nich ciepło, szczególnie o Tomku, który chociaż próbował coś wyszeptać, próbował spojrzeć. Wciąż trzymam w szufladzie jego laurkę sprzed kilku lat – „Babciu, jesteś moim promykiem dnia”. Dziś już chyba nie potrzebują promyków. Teraz są czasy ekranów i filtrów.
Zgłosiłam się na zajęcia w domu kultury. Pani w okienku zapytała, czy chciałabym coś dla seniorów. Odpowiedziałam, że chciałabym coś dla siebie. Może jeszcze kiedyś ktoś mnie nazwie „babcią” z uśmiechem. Może jakieś inne dziecko przybiegnie po cukierka, nie patrząc na mój kołnierzyk ani starą torbę. A jeśli nie – nauczę się być dobra… także dla siebie. Już nie czekam na laurki. Już nie muszę niczego udowadniać. Kochałam. Starałam się. Poczekam, aż to zrozumieją
Barbara, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci dowiedziałam się od wnuków ponurej prawdy. Myślałam, że to ich humory, ale wina była po mojej stronie”
- „W Dzień Babci wnuki wpadają do mnie jak do baru szybkiej obsługi. Jedzą sernik w pośpiechu i tyle je widziałam”
- „W Dzień Dziadka moje wnuki nie znalazły dla mnie czasu. Samotność wynagrodziła mi wizyta sąsiadki z naprzeciwka”

