Reklama

Jestem emerytowaną nauczycielką matematyki. Kobietą, która całe życie starała się być oparciem dla innych, nawet kosztem siebie. Zawsze „ta dobra”, „ta pomocna”, „ta, co ma serce”. A dziś? Czasem mam wrażenie, że bardziej przypominam bankomat niż człowieka. Mówię to bez goryczy – po prostu zaczynam widzieć rzeczy takimi, jakie są.

Pięć lat temu zmarł mój mąż, Zbyszek. Mówił mi często: – Basia, za dobra jesteś. Kiedyś ci to bokiem wyjdzie. Odsuwałam te słowa, bo wydawały mi się zbyt gorzkie. Ale coraz częściej wracają. Zbyszek wiedział, co mówi.

Moja córka Beata nie ma łatwego życia – sama wychowywała Kingę, moją wnuczkę. Pomagam, jak mogę. Raty za samochód, Kingi studia, czasem opłaty, czasem zakupy. Tylko że im więcej daję, tym mniej jestem dla nich „mamą” czy „babcią”. A coraz bardziej – portfelem. W Dzień Babci postanowiłam to zmienić. Upiekłam ciasto drożdżowe, zrobiłam ulubioną kawę Kingi, nakryłam do stołu. Czekałam. Chciałam, żeby chociaż raz ten dzień był dlamnie. Tylko że znowu się przeliczyłam…

Wnuczka nie miała hamulców

– No cześć, babciu! – Kinga wpadła do mieszkania jak burza, rzucając kurtkę na krzesło i pakunek na stół. – Wszystkiego najlepszego! Zobacz, coś ci przyniosłam – dodała z miną, jakby wręczała mi przynajmniej złoty zegarek, a nie opakowanie taniego mydła z dyskontu.

– O, dziękuję, kochanie… – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć, choć w środku zrobiło mi się zimno. Pachniało intensywnie, aż za bardzo. „Limitowana edycja – róża i jaśmin”.

– Fajne, co nie? – Kinga zachichotała, zerkając na mnie, a potem dodała: – No dobra, nie owijając w bawełnę… Babciu, a nie miałabyś może paru stówek? Bo serio, mam pustkę na koncie, a do stypendium jeszcze tydzień…

Zawahałam się. Nie pierwszy raz słyszałam podobne słowa, ale pierwszy raz w Dzień Babci. Spojrzałam na ciasto drożdżowe, które właśnie wyjęłam z piekarnika, na dwa kubki ulubionej kawy Kingi, które pachniały w kuchni. Chciałam, żeby to było spotkanie, nie interes.

– Kochanie… To jest mój dzień – powiedziałam spokojnie. – Chciałam po prostu, żebyśmy posiedziały razem, pogadały…

Kinga wzruszyła ramionami.

– No spoko. Ale jakbyś jednak miała… – mruknęła, wyciągając telefon.

Patrzyłam na nią i w głowie usłyszałam Zbyszka: „Przestaną cię szanować, jak tylko zaczniesz dawać za często.” Może miał rację. Może wcale nie byłam tą kochaną babcią, tylko frajerką z emeryturą.

Córka nie widziała problemu

Kinga obiecała, że zostanie, ale kiedy wyszła do sklepu, nie wiedziałam, czy wróci. Usiadłam przy kuchennym stole, dopiłam zimną już kawę i wyjęłam telefon. Nie chciałam dzwonić. Ale nie mogłam też milczeć. Wybrałam numer Beaty.

– No cześć, mamo. Co tam? – odezwała się po chwili, jakby nic się nie stało.

– Beato, twoja córka właśnie przyszła do mnie w Dzień Babci z mydłem i… prośbą o pieniądze – powiedziałam ostrożnie, ale głos zadrżał mi ze złości. – Tak się teraz świętuje?

– Oj, mamo, nie przesadzaj. Mydło jak mydło, ładne, nie? I co z tego, że poprosiła? Przecież wiesz, że ma ciężki czas. Każdemu się może zdarzyć…

– Beato… Ja mam 67 lat. Pracowałam całe życie. Odkładałam, pomagałam wam wszystkim. Czy naprawdę to jest wszystko, na co mnie dziś stać? Tanie mydło?

– Mamo, nie dramatyzuj. Ty zawsze jesteś taka... przewrażliwiona. To tylko parę stówek.

– Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o szacunek. O to, że coraz częściej czuję się jak bankomat – powiedziałam, ściskając w dłoni serwetkę.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Dobrze już, dobrze – mruknęła Beata po chwili. – Pogadam z nią, okej?

– Nie chcę, żebyś pogadała. Chcę, żebyście zaczęły widzieć we mnie człowieka.

Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły. Może przesadziłam. Może faktycznie robię z igły widły. A może… wreszcie powiedziałam na głos to, co od dawna we mnie rosło?

Tego było za wiele

Tej nocy nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się rozmowy, obrazy, urwane słowa. Kinga siedząca przy stole i prosząca „tylko na chwilkę”, Beata mówiąca, że „to tylko parę groszy”. A ja? Jak zwykle zbyt cicha, zbyt grzeczna. Za dobra.

Zaparzyłam melisę. W radiu cicho sączył się jakiś jazz. Wreszcie zaczęłam przysypiać, kiedy usłyszałam dźwięk dochodzący z pokoju obok. Kinga, która – mimo wszystkiego – postanowiła zostać na noc, rozmawiała przez telefon. Drzwi były uchylone. Może nie powinnam słuchać. Ale słyszałam każde słowo.

– Serio, myślałam, że chociaż dwie stówy mi rzuci. Zgrywa świętą babcię, ale nie chce się dzielić.

– Mówiłam ci – usłyszałam głos Beaty. – Ona teraz na punkcie pieniędzy ma jakiegoś bzika. Pewnie boi się, że nie wystarczy jej do końca życia.

– A nie przyszło jej do głowy, że ja nie mam na życie TERAZ? Żeby mi dać chociaż tyle, żebym nie musiała błagać chłopaka o przelew?

Poczułam, jak krew mi pulsuje w uszach. Z wściekłości. Z bólu. Z rozczarowania. Weszłam bez pukania.

– Skoro już o mnie mówicie, to może pogadamy szczerze, co?

Kinga zbladła. Telefon wypadł jej z ręki.

– Babciu, ja tylko…

– Nie. Teraz ja mówię. Mam dosyć tych gierek. Mam dosyć udawania, że wszystko jest dobrze. Albo jesteśmy rodziną, albo… biznesem, w którym ja płacę, a wy bierzecie.

Patrzyłyśmy na siebie przez dłuższą chwilę.

– Chcę usłyszeć jedno: czy wy mnie w ogóle jeszcze szanujecie?

Zdenerwowałam się

Kinga nie odpowiedziała. Siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę. W końcu w słuchawce odezwała się Beata:

– Mamo… Daj spokój, nie rozkręcaj dramatu. Ona tylko…

– Ona tylko co? – przerwałam ostro. – Ma dwadzieścia dwa lata i potrafi tylko brać? A ty, Beato? Ty też tylko dzwonisz, kiedy coś potrzeba?

– Mamo, to niesprawiedliwe.

– Niesprawiedliwe? Wiesz, co jest niesprawiedliwe? Że całe życie harowałam, żebyście wy mogły mieć lepiej. Z miłości. Ale gdzie była ta miłość w drugą stronę?

– Nie wiedziałam, że tak to odbierasz… – Beata mówiła już ciszej.

– Zbyszek mnie ostrzegał – kontynuowałam. – Mówił, że jak będę dawała za dużo, to wychowam sobie roszczeniowców. Że przestaną mnie szanować. I chyba miał rację. Wakacje? Ja. Raty? Ja. Studia? Ja. Nawet twoją korektę magisterki robiłam, Beato. A ty mi potem powiedziałaś: „nie musiałaś”.

– Bo… wtedy byłam młoda – broniła się cicho.

Kinga wstała. Wzięła telefon i spojrzała na mnie z nieskrywaną złością.

– Dobra, babciu. Wiem, że jestem rozczarowaniem. Że jesteś teraz królową dramatu. Może faktycznie powinnam zacząć inaczej żyć, skoro ci przeszkadzam.

– Nigdzie nie idź – powiedziałam, ale już było za późno.

Zatrzasnęła drzwi, nawet nie czekając na reakcję. Nie zatrzymałam jej. Po raz pierwszy – nie czułam, że muszę.

Postawię granice

Następnego dnia wzięłam płaszcz, kwiaty i poszłam na cmentarz. Lubiłam to miejsce. Cisza, żadnych telefonów, nikt nie pukał do drzwi z kolejną prośbą. Stałam nad grobem Zbyszka i pierwszy raz od dawna porządnie się wygadałam.

– Miałeś rację. Chciałam być dobra. Za dobra. Myślałam, że jak dam wszystko, to mnie pokochają bardziej. Przepraszam, że cię wtedy nie słuchałam.

Zrobiło mi się lekko. Może dlatego, że wreszcie nie musiałam udawać, że wszystko jest okej. Przez całe życie byłam „ogarnięta”, „spokojna”, „cierpliwa”. Dzisiaj byłam… zmęczona. Ale też gotowa coś zmienić.

Wróciłam do domu i usiadłam przy biurku. Z drżącą ręką napisałam długiegi SMS-a do Beaty i Kingi. Bez wyrzutów. Bez pretensji. Po prostu szczerze.

„Nie jestem bankiem. Nie jestem telefonem ratunkowym. Jestem matką i babcią. I chciałabym być tak traktowana. Pomagałam z miłości, nie z obowiązku. Ale miłość to też granice. Od teraz będę mówić 'nie', kiedy czuję, że trzeba. Wciąż was kocham. Ale muszę też zacząć kochać siebie.”

Wieczorem usiadłam z książką i filiżanką herbaty. Sama. Bez telefonów, bez hałasu, bez czekania. I po raz pierwszy od dawna – poczułam spokój.

Barbara, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama