„W Dzień Babci czekałam na telefon od wnuczki. Przyszedł SMS, który doprowadził mnie do płaczu”
„– Mamo… – znów to westchnienie. – Ona się czuła od dawna przytłoczona. Mówiła, że każde spotkanie kończy się twoimi uwagami. Że mówisz tylko o problemach, o tym, że jesteś samotna, że nikt cię nie odwiedza… – Bo tak się czuję! – wyrwało mi się. – Nie mogę mówić, jak się czuję?”.

Wstałam wcześnie, jak co roku w Dzień Babci. Wsunęłam na nogi kapcie, zaparzyłam kawę i zaczęłam się szykować, jakbym naprawdę na kogoś czekała. Ubrałam bordową sukienkę w kwiaty i lekko musnęłam usta błyszczykiem. Kiedyś Marta śmiała się, że wyglądam wtedy jakbym oczekiwała prezydenta, a nie telefonu od wnuczki. Ale dla mnie to był ważny dzień.
Pamiętałam, jak Kasia, jeszcze mała, tuliła się do mnie i mówiła: „Babciu, kocham cię jak krem czekoladowy”. Zawsze w jej głosie było tyle ciepła. Zostawiłam kawałek sernika – na potem. Tak na wszelki wypadek. Może wpadną. Może zadzwonią.
Usiadłam w fotelu przy oknie. Z tej strony miałam najlepszy widok na ulicę. W radiu leciały piosenki o rodzinie, a ja, jak głupia, co chwilę zerkałam na telefon. Marta może zadzwoni, jak skończy pacjentów. Kasia… pewnie zapomniała. Albo jest zajęta. Młodzi tacy są.
– Jadzia, znowu czekasz na cud? – rzuciła Teresa, sąsiadka z naprzeciwka.
– Na telefon – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niej. Ale w środku coś już mi mówiło, że nie będzie jak kiedyś.
Czekałam na życzenia
Wieczór przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Zegar na ścianie tykał tak głośno, jakby robił mi na złość. Sernik stał na stole, już lekko przyschnięty na brzegach. Przez cały dzień mówiłam sobie, że to nic, że Kasia pewnie zadzwoni później, że młodzi mają swoje sprawy. Tyle razy tłumaczyłam ich w myślach, aż sama zaczęłam w to wierzyć.
Siedziałam w fotelu i udawałam, że oglądam telewizję, ale nie słyszałam ani słowa. Patrzyłam tylko na telefon. Leżał obok talerzyka, na którym zostawiłam ten „specjalny” kawałek sernika. Jakby miał być dla niej. Jakby miała zaraz wejść, zdjąć kurtkę i powiedzieć: „Babciu, no przecież pamiętam”.
Gdy ekran nagle się podświetlił, serce podskoczyło mi aż do gardła. SMS. Palce zaczęły mi się trząść, kiedy odblokowywałam telefon. Uśmiechnęłam się automatycznie, jeszcze zanim przeczytałam. Bo przecież to musiały być życzenia. Spóźnione, ale jednak.
Kliknęłam.
„Mam dość twojego wiecznego biadolenia. Każdy kontakt z tobą jest dla mnie ciężarem. Nie zasłużyłaś dziś na życzenia.”
Nie zrozumiałam od razu. Przeczytałam drugi raz. Potem trzeci. Litery zaczęły mi się rozmazywać, jakby telefon nagle zrobił się mokry. A to moje łzy kapały prosto na niego. Zrobiło mi się zimno, mimo że grzejnik grzał. Otworzyłam usta, jakbym chciała powiedzieć „Kasiu…”, ale w mieszkaniu było tylko echo i tykanie zegara. Telefon wypadł mi na kolana. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że to nie był zły dzień. To był koniec czegoś.
Próbowałam zrozumieć
Po tamtym SMS-ie nie spałam. Siedziałam w kuchni do rana, trzymając filiżankę z zimną herbatą, której nawet nie upiłam. W głowie kłębiły się myśli: czy naprawdę jestem aż taka? Czy aż tak jej przeszkadzam? Tyle lat ją wychowywałam, tuliłam do snu, odbierałam z przedszkola… I teraz mam być ciężarem?
Rano zadzwoniłam do Marty. Odebrała zmęczonym głosem.
– Cześć, mamo. Coś się stało?
– Marta… – zaczęłam cicho. – Powiedz mi szczerze. Czy ja naprawdę jestem taka okropna?
Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem usłyszałam tylko westchnienie.
– Mamo, nie zaczynaj… Kasia ci coś napisała, prawda?
– Napisała. Że ma dość. Że jestem dla niej ciężarem. Że mam już do niej nie pisać.
– Mamo… – znów to westchnienie. – Ona się czuła od dawna przytłoczona. Mówiła, że każde spotkanie kończy się twoimi uwagami. Że mówisz tylko o problemach, o tym, że jesteś samotna, że nikt cię nie odwiedza…
– Bo tak się czuję! – wyrwało mi się. – Nie mogę mówić, jak się czuję?
– Możesz – odpowiedziała cicho. – Ale z czasem to zaczęło męczyć nie tylko Kasię. Zawsze musiałaś mieć ostatnie słowo. Nawet jeśli nie miałaś racji.
Zamilkłam. Bolało. Bo może miała rację. Może za dużo mówiłam, za mało słuchałam. Ale przecież to z troski. Z miłości.
– Nie wiedziałam, że mnie tak odbieracie – wyszeptałam. – Ja tylko chciałam być blisko.
– Wiem, mamo. Ale czasem… blisko to dla drugiej osoby za blisko.
Rozłączyła się. A ja zostałam sama – ze słowami, które miały być wyjaśnieniem, a zostawiły jeszcze większy ból.
Wysłałam wnuczce odpowiedź
Napisałam do niej. Palce drżały mi nad klawiaturą, ale w końcu udało się sklecić jedno krótkie zdanie. Nie chciałam się tłumaczyć. Chciałam, żeby wiedziała.
„Przepraszam, jeśli moje słowa cię raniły. Nie chciałam. Kochałam cię zawsze. I zawsze będę.”
Klik. Wysłane. Od razu zobaczyłam, że przeczytała. Nie zablokowała mnie. Ale nie odpisała.
Minął dzień. Potem drugi. Wieczorami gapiłam się w ekran telefonu, jakbym mogła spojrzeniem wymusić na nim odpowiedź. Czasem słyszałam w głowie jej śmiech, jak kiedyś mówiła: „Babciu, nie umiem być długo zła. Odezwę się jutro, zobaczysz!” Ale teraz nie było jutra. Była tylko cisza.
Telefon milczał. Świat też. W końcu go odłożyłam. Włożyłam do szuflady razem z ładowarką. Nie chciałam już czekać.
Teresa przyszła któregoś popołudnia z zupą.
– No i co, odezwała się? – zapytała bez ogródek.
Pokręciłam głową.
– Napisałam. Ale cisza.
Teresa usiadła naprzeciwko mnie, jak zawsze – z herbatą i swoją brutalną szczerością.
– Jadzia, nie masz wpływu na to, co oni zrobią. Masz wpływ tylko na siebie. Albo się dasz zniszczyć, albo się pozbierasz do kupy.
– Ale to moja wnuczka…
– A ty jesteś człowiekiem. Nie pchaj się tam, gdzie cię nie chcą. Kochaj, owszem, ale nie błagaj o miłość.
Nic nie odpowiedziałam. Może dlatego, że wiedziałam, że ma rację.
Spotkałam ją przypadkiem
Wyszłam tylko po chleb. Szłam powoli, żeby choć na chwilę poczuć słońce na twarzy. Sklepy pełne ludzi, ulice hałaśliwe – jakby świat nie zauważył, że mnie coś boli. A potem ją zobaczyłam. Stała przy ladzie z koleżanką, śmiała się. Kasia.
Serce mi przyspieszyło, a w gardle coś ścisnęło. Chciałam uciec, ale nogi ruszyły same. Podeszłam. Zobaczyła mnie dopiero, gdy byłam metr od niej.
– Kasiu – powiedziałam cicho.
Zamilkła. Koleżanka spojrzała na mnie z ciekawością, ale Kasia tylko uniosła brwi.
– Nie chciałam cię skrzywdzić – wyszeptałam. – Napisałam, ale...
– Widziałam – przerwała mi chłodno. – Ale nie wszystko musi być o tobie, babciu.
Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się czułości, ale to? Jakby była kimś zupełnie obcym.
– Ja… chciałam tylko...
– Wiem, czego chciałaś. Ale czasem człowiek musi się odciąć, żeby nie zwariować.
Jej koleżanka spuściła wzrok. Ja też. Poczułam się, jakbym stała naga na środku sklepu. Upokorzona. Niepotrzebna.
– Rozumiem – powiedziałam, choć wcale nie rozumiałam.
– Dobrze – odparła. – To wszystko.
Odwróciła się i odeszła bez pożegnania. Zostałam sama, trzymając w ręku drożdżówkę, której nawet nie miałam ochoty kupić. Ale to nie złość bolała najbardziej. To ta obojętność w jej oczach. Jakby mnie już naprawdę nie było.
Czuję się samotna
Wróciłam do domu i od razu zaparzyłam herbatę, chociaż wiedziałam, że jej nie wypiję. Ot tak, dla rytuału. Ciepło pary na twarzy dawało złudzenie, że coś jeszcze działa. Że coś jeszcze mnie otula.
Otworzyłam szufladę, wyjęłam stary album. Przekładałam zdjęcia jedno po drugim. Kasia w kocyku, Kasia w fartuszku do przedszkola, Kasia śpiąca na moim ramieniu. Zatrzymałam się na jednej – ściskam ją na ławce w parku, ona się śmieje, a jej małe dłonie obejmują mnie za szyję. Wzięłam zdjęcia z nią i włożyłam do pudełka po butach. Nie wyrzuciłam. Jeszcze nie umiałam. Może nigdy nie będę umiała.
Może rzeczywiście zbyt często mówiłam o bólu. Może byłam męcząca. Ale nikt nie pytał, czy mnie coś boli. Nikt nie pytał, jak się czuję, kiedy przez tydzień nikt nie dzwoni. Może powinnam była milczeć. Ale wtedy zniknęłabym całkiem. Popatrzyłam na telefon, który nadal milczał, i pierwszy raz nie czekałam. Przestałam czekać.
Jadwiga, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mróz był idealnym pretekstem, by się przytulić do szwagra. Potem już nie potrzebowaliśmy wymówek”
- „Brat zgarnął cały majątek po rodzicach. Dziś wynajmuje mi piwnicę za 2000 zł i mówi, że mam szczęście”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”

