Reklama

Jestem babcią trójki wnuków. Wszyscy myślę, że pewnie kocham nad życie te moje skarby, że piekę dla nich ciasteczka i z rozrzewnieniem czekam na ich wizyty. Cóż, kiedyś rzeczywiście tak było. Ale w tym roku, w Dzień Babci, nie zostałam w domu z miską galaretek i czekaniem na laurki. Spakowałam walizkę i wyjechałam do spa. Tak, właśnie tak. Wolałam święty spokój niż wizytę wrzeszczących wnuków.

Zawsze zakładali, że się ucieszę. Że będę wdzięczna, że „o mnie pamiętają”, a tak naprawdę – że znów mogą podrzucić dzieci na kilka godzin. Bo przecież babcia to nie człowiek, to instytucja. Darmowa opiekunka, kucharka, sprzątaczka i jeszcze zawsze uśmiechnięta. A ja... ja już nie chcę. Mam dość. Mam dość bałaganu, wrzasków, i tego, że moje potrzeby zawsze są na końcu.

W tym roku postanowiłam inaczej. Zarezerwowałam pobyt, nie powiedziałam nikomu. Tylko Wanda, moja przyjaciółka, wiedziała. Gdy usłyszała, że „uciekam”, powiedziała:

– Halina, brawo. Wreszcie robisz coś dla siebie.

Córka miała pretensje

Pierwszy raz od lat obudziłam się w ciszy. Żadnego „babciu, siku!”, żadnych stóp tupiących po parkiecie. Cisza, ciepła kołdra i zapach eukaliptusu z hotelowego dyfuzora. Uśmiechnęłam się sama do siebie. A potem zaparzyłam kawę, siadłam w szlafroku na fotelu i patrzyłam przez okno na drzewa przysypane śniegiem. I wtedy zadzwonił telefon.

– Mamo, gdzie jesteś?! – Anka była wyraźnie zdenerwowana. – Stoję z dziećmi pod twoimi drzwiami!

Zawahałam się tylko przez sekundę.

– Wyjechałam. Jestem w spa. Chciałam odpocząć.

– W Dzień Babci?! – zgrzytnęła przez zęby. – Serio, mamo? Przecież to twoje święto!

– Właśnie dlatego. Chciałam spędzić ten dzień inaczej. Bez hałasu, bez bałaganu, bez „babciu, trzymaj”. Po prostu... po swojemu.

Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem:

– Dzieci się rozpłakały. Miały laurki. Myślałam, że się ucieszysz.

– Cieszyłabym się, gdyby chodziło o laurki. Ale ty mnie nie odwiedzasz. Tylko zawsze przychodzisz po coś.

– To nie fair, mamo – syknęła. – Wyjechałaś, nie mówiąc nikomu. Nie tak się robi.

– A może właśnie tak? – zapytałam cicho.

Rozłączyła się. A ja siedziałam w ciszy, z kubkiem kawy. Serce biło mi szybciej. Miałam ochotę zadzwonić, przeprosić... Ale nie zrobiłam tego. Nie tym razem. Bo w tej ciszy, choć bolała, było też coś kojącego. Może pierwszy krok zawsze musi być niewygodny?

Nie chciałam być tylko babcią

Minęło zaledwie pół godziny od rozmowy z Anką, kiedy zadzwonił Paweł. Mój syn. Odbierając, miałam nadzieję, że choć on zrozumie.

– Mamo, co się dzieje? Anka dzwoniła, mówi, że uciekłaś do jakiegoś spa?

– Nie uciekłam. Wyjechałam. Sama. Na kilka dni.

– Bez słowa?

– Bez tłumaczenia się. Bo nie chciałam, żebyście znowu mówili: „mamo, ale tylko na chwilkę”. A ja potem znów zostaję z trójką dzieci i torbą prania.

Paweł westchnął. Taki jego znak rozdrażnienia.

– No nie wiem... To do ciebie niepodobne. Jesteś zawsze taka… no, babcia z krwi i kości. A teraz jakieś ekscesy?

– Ekscesy?! – parsknęłam. – Czy odpoczynek to eksces?

– No nie wiem, mamo… Starzejesz się i dziwaczejesz – rzucił pół żartem, pół serio.

Zabolało. Ale nie dałam się wciągnąć.

– Paweł, nie jestem nianią. Nie jestem meblem, który stoi i czeka. Chcę być też kobietą i zrobić coś dla siebie.

– Zawsze byłaś babcią z prawdziwego zdarzenia – odparł chłodno.

– A ja już nie chcę być tylko babcią.

Nie odpowiedział. Rozłączył się bez słowa. Bolało. Chciałam wyjść na spacer, ale nogi jakby ważyły więcej. Poszłam więc na masaż. W gabinecie było cicho, pachniało lawendą. Ale nawet ciepłe dłonie masażystki nie były w stanie rozluźnić tego supełka, który we mnie narósł. A jednak – nie wróciłam. Bo ten wyjazd był moim wyborem. A może nawet – ratunkiem.

Nie tylko jak tak się czułam

Wieczorem telefon znów zabrzęczał. Tym razem SMS. Od Zosi – mojej najstarszej wnuczki. Krótkie:

„Babciu, tęsknię. Mama mówi, że jesteś zła. Jesteś?”

Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Nie. Nie byłam zła. Byłam... zmęczona. I smutna. I zbyt długo milcząca. Ale jak to wytłumaczyć dziewięciolatce, która zna mnie tylko jako tę, która zawsze była?

Nie odpisałam od razu. Poszłam na spacer. Noc była cicha i gwiaździsta. I wtedy, jakby znikąd, usłyszałam:

– Też pani uciekła? – starsza kobieta, może trochę młodsza ode mnie, siedziała na ławce w płaszczu, owinięta szalem po uszy.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Może bardziej się schowałam.

– Dzieci? Wnuki? – zapytała bez ogródek.

Kiwnęłam głową.

– Zawsze byłam „mamą”, potem „babcią”, a ostatnio... tylko opiekunką. Aż w końcu przestałam się widzieć w tym wszystkim.

Kobieta przytaknęła.

– Też przez to przechodziłam. Ale wie pani, co mnie uratowało?

– Co?

– Kiedy zrozumiałam, że moje życie też jest ważne. Że miłość nie musi znaczyć poświęcenia. I że nikt nie odda mi straconego czasu.

Siedziałyśmy chwilę w milczeniu.

– Jak pani ma na imię? – zapytałam.

– Irena. A pani?

– Halina.

– No to, Halino... zaczynajmy być sobą, co?

Uśmiechnęłam się pierwszy raz tego dnia szczerze. Po powrocie do pokoju odpisałam Zosi:

„Nie jestem zła. Trochę odpoczywam, ale bardzo cię kocham.”

Córka żądała wyjaśnień

Wróciłam kilka dni później. Na klatce schodowej pachniało zupą koperkową od sąsiadki spod czwórki, a moja wycieraczka była zawalona ulotkami. W mieszkaniu panowała cisza i porządek – tak inna od tego, co zostawiają po sobie dzieci. Zanim zdążyłam się przebrać, usłyszałam pukanie.

Możemy porozmawiać? – zapytała córka chłodno, niemal służbowo.

Wpuściłam ją do kuchni. Usiadła sztywno przy stole, jakby przyszła na dywanik.

– Dzieci były zawiedzione – zaczęła. – Nie mogły zrozumieć, czemu babcia ich nie chciała.

– A czy ty mogłaś zrozumieć, że babcia też czasem nie chce? – zapytałam spokojnie.

– Ale to był Dzień Babci! Zawsze byliśmy razem.

– Zawsze... ale czy kiedykolwiek zapytałaś, czy ja chcę być „zawsze”? Czy to zawsze musi oznaczać, że jestem gotowa, dyspozycyjna, uśmiechnięta?

Anka spuściła wzrok.

Myślałam, że cię to cieszy.

– Cieszyło. Ale też męczyło. Tylko nikt nie chciał tego zauważyć.

– Wiesz, że cię kochamy – powiedziała ciszej.

– Ale czy szanujecie?

To pytanie zawisło między nami jak dym. Anka milczała. A ja pierwszy raz poczułam, że nie muszę się tłumaczyć z tego, że chcę inaczej. Może coś w tej rozmowie pękło. Może już nic nie będzie tak samo. Ale może... w końcu będzie prawdziwie.

Wnuczka sama przyjechała

W czwartek po południu ktoś zapukał do drzwi. Spodziewałam się listonosza albo sąsiadki, ale za progiem stała Zosia. Sama.

– Mama wie, że przyszłaś? – zapytałam zaskoczona.

– No... tak. Trochę. Pwiedziałam, że wychodzę. I wyszłam.

Weszła do środka, ściągnęła buty, powiesiła kurtkę. Robiła to tak naturalnie, jakby przez ten weekend nie zniknęło między nami coś ważnego.

– Babciu, dlaczego wyjechałaś?

Usiadłam obok niej na kanapie.

– Bo chciałam odpocząć. Tak po prostu.

Zosia spojrzała na mnie uważnie.

– Ale ty zawsze jesteś dla nas.

– I zawsze będę – uśmiechnęłam się smutno. – Ale nie mogę być tylko dla was. Rozumiesz?

– Chyba tak. Trochę. – Zawahała się. – Mama była zła. Tata powiedział, że się dziwnie zachowujesz.

– Czasem dorośli nie rozumieją, że babcia to też człowiek. Nie tylko pomoc domowa w ciepłym sweterku.

Zosia zachichotała. A potem zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Położyła mi głowę na ramieniu.

– Ja się cieszę, że odpoczęłaś. Chciałam tylko wiedzieć, że nadal jesteś moją babcią.

Pocałowałam ją w czoło.

– I zawsze będę. Ale teraz... z własnymi granicami.

I chyba właśnie wtedy poczułam, że coś się we mnie odblokowało. Może to była ulga. Może początek nowego rozdziału.

Halina, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama