„W Dniu Dziadka zamiast z laurką przyszłam z kwiatami na pogrzeb. Już nad trumną zaczęła się awantura o ziemię”
„Zaczęli się przekrzykiwać. Padły słowa, których nie pamiętam dokładnie, ale ton – tak, to akurat pamiętam. Oskarżenia o manipulację, o faworyzowanie, o to, że zawsze byłam cicha, ale potrafiłam się podlizać. To już nie była rozmowa. To był sąd nade mną”.

- Redakcja
Śnieg padał tak gęsto, że przez chwilę miałam wrażenie, że świat się zatrzymał. Stałam zmarznięta przy grobie dziadka, ściskając w rękawiczkach wypłowiały szalik, który nosił jeszcze kilka tygodni temu. Mimo warstw ubrań, zimno przenikało mnie na wskroś – ale to nie o pogodę chodziło.
To był Dzień Dziadka. Jeszcze kilka tygodni wcześniej myślałam, że przyjdę do niego z laurką albo z czymś drobnym, jak co roku. Że znów się uśmiechnie, powie jakiś żart i wypijemy herbatę. Zamiast tego trzymałam w dłoniach kwiaty. Nie na święto. Na pożegnanie.
– A więc to już? – zapytała Agnieszka półgłosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek z nas.
Nie odpowiedziałam. Bo co można powiedzieć w takiej chwili? Że dziadek Antoni był ostatnim człowiekiem, który łączył naszą rodzinę jak spoiwo w starym murze? Że przez ostatnie miesiące odwiedzałam go zimą, co tydzień, z gorącym słoikiem rosołu albo jarzynowej? Że nie robiłam tego dla żadnej nagrody, nie z obowiązku, tylko dlatego, że czułam, że tak trzeba?
– Nie zostawiaj ziemi martwej. Życie się w niej trzyma – powiedział mi kiedyś dziadek, kiedy sprzątałam liście z grządek.
Umarł trzy dni temu. Cicho, bez dramatów. Sam. Ja byłam u niego dzień wcześniej – podałam mu herbatę, przytrzymałam, gdy próbował podnieść się z fotela. Ścisnęłam mu dłoń i powiedziałam: „Jeszcze wrócę z ciastem, dziadku”. Uśmiechnął się. Nie zdążyłam wrócić.
Na pogrzebie wszyscy byli elegancko ubrani, jak trzeba, ale napięcie wisiało w powietrzu. Łukasz – mój starszy brat – patrzył w dal, jakby już planował, jak to wszystko „ogarnąć”. Agnieszka, siostra, stała zacięta, jakby zamiast smutku nosiła w sobie gniew. Przez całe lata kontakt między nami był coraz słabszy, coraz rzadszy.
Teraz mieliśmy spotkać się w domu dziadka, jak za dawnych czasów. Tyle że nic nie będzie jak dawniej. Dziadek nie siedzi już w fotelu. W kuchni nie pachnie rumiankiem i cebulą. A ja czuję, że coś się skończyło – i że coś się za chwilę zacznie... albo skończy. Nie chcę tam iść. Ale wiem, że muszę.
To był sąd nade mną
Notariusz rozłożył dokumenty na stole i spojrzał na nas znad okularów. Siedzieliśmy w salonie dziadka, tym samym, w którym kiedyś piliśmy kakao i słuchaliśmy jego opowieści o szkółce ogrodniczej. Teraz cisza była lepka i ciężka. Nikt na nikogo nie patrzył.
– Zgodnie z ostatnią wolą Antoniego... – zaczął notariusz, a ja poczułam, jak napięcie wbija mi się w ramiona.
Wymienił kilka rzeczy – zegarek, stare książki, jego narzędzia – drobiazgi, które podzielił między rodzeństwo. Potem uniósł wzrok i przeczytał ostatni punkt testamentu:
– Działkę położoną przy ulicy Żurawiej zapisuje swojej wnuczce Kamili.
Cisza zrobiła się całkowita. Agnieszka odwróciła wzrok. Łukasz nawet nie zapytał, czy dobrze usłyszał. Po prostu wstał i odsunął krzesło z piskiem.
– Wkupiłaś się w jego łaski za kilka weekendów kopania grządek – powiedział, patrząc na mnie z góry.
Podniosłam głowę. Serce biło mi szybciej, ale głos miałam spokojny.
– Byłam przy nim, gdy umierał. Wy nie.
– To nie znaczy, że bardziej ci się należy! Nie rozumiesz?! – Agnieszka wybuchła. Jej głos był ostry, jakby w tej jednej chwili puściły wszystkie hamulce, które trzymała przez lata. – Wiesz, co on mi powiedział ostatnim razem? Że wszystko już nieważne. A teraz nagle robi z ciebie kogoś wyjątkowego?
Łukasz wciąż stał. Patrzył na mnie z czymś, co początkowo uznałam za złość, ale kiedy odwróciłam wzrok, poczułam coś zimniejszego. Pogardę. To bolało bardziej niż jego słowa. Dla mnie zawsze był tym starszym bratem, który potrafił naprawić rower, który trzymał mnie za rękę w autobusie. Teraz patrzył na mnie jak na złodziejkę.
– Dziadek nie był naiwny – powiedziałam. – Wiedział, kto przychodził, a kto tylko mówił, że chciał.
Zaczęli się przekrzykiwać. Padły słowa, których nie pamiętam dokładnie, ale ton – tak, to pamiętam. Oskarżenia o manipulację, o faworyzowanie, o to, że zawsze byłam cicha, ale potrafiłam się podlizać. Agnieszka przypomniała, jak w dzieciństwie dostałam od dziadka szkatułkę, choć to ona go poprosiła o nią pierwsza. Łukasz zarzucał mi, że jestem wyrachowana. To już nie była rozmowa. To był sąd nade mną.
Siedziałam nieruchomo. W środku wrzało, ale nie dałam tego po sobie poznać. Przypomniałam sobie, jak dziadek trzymał mnie za rękę tydzień przed śmiercią. Mówił cicho, z trudem.
– Ty zrozumiesz ziemię. I ciszę. Nie wszyscy muszą.
Nie wiedziałam wtedy, co miał na myśli. Teraz słyszałam jego głos wyraźnie, ponad wrzawą. Nie próbowałam ich przekonywać. Nie dlatego, że nie miałam argumentów. Po prostu wiedziałam, że nie chcą słuchać.
– Jesteś ślepa, jeśli myślisz, że to ci coś da – warknął Łukasz. – Nic z tego nie będzie. Ta ziemia to problem.
Spojrzałam mu w oczy.
– Może. Ale przynajmniej nie uciekałam.
Zamilkli. Notariusz odchrząknął cicho, zwinął dokumenty i podał mi kopertę. Nie dotknęłam jej. Jeszcze nie.
Siostra mnie nie rozumiała
Po wszystkim Agnieszka poprosiła, żebym została jeszcze chwilę. Łukasz wyszedł bez słowa – zatrzasnął za sobą drzwi, jakby to była jego ostatnia decyzja w tej sprawie. Zostawił nas same w kuchni. Agnieszka stanęła przy oknie, nie patrząc na mnie. Oparła się o framugę tak, jak kiedyś mama, gdy mówiła, że znów nie zapłaci na czas czynszu.
– Po co ci ta działka? – zapytała po dłuższej chwili. – Chcesz teraz udawać, że jesteś córką rolnika?
– To nie o działkę chodzi. On chciał, żebym coś zachowała – odpowiedziałam spokojnie.
– Co niby? Stary kompostownik? – prychnęła i odwróciła się w moją stronę. – Wiesz, co mi powiedział, kiedy przyjechałam ostatnio w odwiedziny? Że wyglądam na zmęczoną. Jakby miał mi to za złe. Jakby nie było mnie pięć lat, bo tak mi pasowało, a nie dlatego, że miałam swoje życie.
– Może po prostu tęsknił – powiedziałam, choć nie byłam pewna, czy to prawda.
– Nie był święty. Miał swoje faworytki – rzuciła z goryczą. – W dzieciństwie ciągle nas testował. Kto więcej pomoże, kto lepiej zapamięta nazwy kwiatów, kto wcześniej wstanie i zrobi herbatę. Myślisz, że wygrałaś? Bo zrobiłaś mu barszcz raz w tygodniu?
Zacisnęłam dłonie na filiżance, żeby nie powiedzieć czegoś, czego później będę żałować. Chciałam jej powiedzieć, że to nie barszcz, tylko obecność, ale ona już się rozkręcała.
– Całe życie czekałam, aż ktoś powie: „Agnieszka, dobrze, że jesteś.” Ale nie, bo zawsze byłaś ty. Cicha, poprawna, idealna wnuczka. I on to łyknął. Łyknął i zostawił ci wszystko.
Milczałam, bo wiedziałam, że tak naprawdę nie mówiła do mnie. Mówiła do niego. Do tego, który nie słuchał, kiedy powinna była zostać wysłuchana. Do tego, którego już nie było. Zakręciło mi się w głowie. Pomyślałam, że nie jestem w stanie jej przytulić, chociaż chciałabym. Ale ciało nie ruszyło się z miejsca. Wciąż była między nami jakaś nieprzekraczalna bariera – może wspomnienie dzieciństwa, może wszystko to, co nigdy nie zostało powiedziane.
– On cię kochał, wiesz? – powiedziałam cicho.
Agnieszka zacisnęła szczęki.
– W dziwny sposób – mruknęła.
I wyszła bez pożegnania. Zostawiła po sobie echo kroków na starym parkiecie.
Obgadywali mnie za plecami
Nie mogłam zasnąć. Leżałam na wersalce w dawnym pokoju dziadka, wsłuchując się w odgłosy domu. Wszędzie pachniało kurzem, starym drewnem i mydłem w kostce, którego nikt już nie używał. W powietrzu wisiało coś ciężkiego – napięcie, żal, może niedopowiedzenia.
Z korytarza dobiegły stłumione głosy. Ktoś był w kuchni. Wstałam bezszelestnie, na boso, i przysunęłam się do drzwi. To był Łukasz. Poznałam jego głos od razu, choć mówił ciszej niż zwykle. Drugi głos należał do Agnieszki. Siedzieli razem. Jak za dawnych lat, gdy czekali, aż ja zasnę, żeby obejrzeć zakazany film w telewizji.
– Może nie powinniśmy byli go zostawić samego – powiedział Łukasz. – Ale nie mogłem. Miałem swoje życie. Dzieci, praca, wszystko się sypało.
– On jej to dał, bo było mu jej żal – odparła Agnieszka. – Ale to jego wybór. Trudno.
– To wciąż nie fair – mruknął Łukasz.
Zacisnęłam palce na framudze. Poczułam, jak coś we mnie się napina. Nie dlatego, że rozmawiali o mnie. Ale dlatego, że teraz rozmawiali ze sobą. Ze mną nikt nie próbował. Tylko decyzje, zarzuty, milczenie. Weszłam do kuchni. Łukasz spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie odezwał się. Agnieszka napiła się herbaty, jakby chciała zająć czymś ręce.
– To nie chodzi o ziemię – powiedziałam, siadając powoli. – Chodzi o to, kto został. I kto umarł sam.
Żadne z nich nie odpowiedziało. Ich twarze były zacięte, jakby każde próbowało coś ukryć – albo zrozumieć. Cisza była głęboka, jak przed burzą. Zostałam jeszcze chwilę przy stole. Patrzyłam na plamy po herbacie, na ślady dłoni na blacie, które pewnie należały do dziadka. Potem wstałam i wyszłam, zostawiając ich samych.
Widziałam go w myślach
Dom opustoszał zbyt szybko. Gdy zamknęłam za nimi drzwi, poczułam, że powietrze się zmieniło. Było cichsze, cięższe, bardziej moje. Śnieg nadal padał. Zostawili ślady butów w korytarzu, niedopitą herbatę i kilka westchnień, które wciąż odbijały się echem od ścian.
Weszłam do pokoju dziadka. Na biurku leżały jego zeszyty – te same, do których latami notował, kiedy sadzić, kiedy podlewać, co przyniosło najlepsze plony. Otworzyłam jeden z nich. Pismo drobne, staranne. Przy dacie sprzed kilku miesięcy zapisał: „Kamila znów przyszła. Zupa dobra jak dawniej. Powiedziała, że nie umie pielić. A ja wiem, że nauczy się szybciej niż inni”.
W szufladzie znalazłam coś więcej – kilka kartek złożonych razem. Słowa pisane mniej równym pismem, jakby już z trudem. „Została mi tylko ona. Nie wiem, czemu reszta odeszła. Może to naturalne, może nie. Nie chcę, żeby ziemia przeszła w ręce tych, którzy się jej wstydzą. Kamila nie pyta, czy warto. Robi to. Widzi coś tam, gdzie inni widzą tylko robotę. Może to wystarczy”.
Usiadłam na jego starym krześle. Przez chwilę nie potrafiłam się ruszyć. Trzymałam te kartki, jakby były dowodem na coś, czego przez całe życie nie umiałam nazwać. Dziadek nie był wylewny. Rzadko mówił coś wprost, ale teraz już wiedziałam, że widział mnie taką, jaką chciałam być. Nie przez to, co mówiłam, tylko przez to, co robiłam.
Poszłam na działkę. Śnieg przykrywał wszystko – grządki, ścieżki, stare narzędzia. Pamiętałam, jak siedział w fotelu na werandzie, owinięty kocem, i mówił o tym, jak ziemia odpoczywa pod śniegiem. „Ludzie myślą, że zimą nic się nie dzieje. A ona wtedy oddycha”.
Chodziłam powoli między zaśnieżonymi rabatami, jakby to były alejki w ogrodzie botanicznym. Widziałam go w myślach – jak podwiązuje pomidory, jak warczy na mszyce, jak kiwa głową z uznaniem, gdy coś wyrośnie równo. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, że przyjęłam działkę. Czułam się jak ktoś, kto zabrał coś, co inni uważali za swoje. Ale też – jak ktoś, komu powierzono coś, czego nikt inny nie chciał.
Kamila, 21 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „To miał być zwykły obiad na Dzień Babci. Zamiast rozpływaniem się nad rosołem skończyło się rodzinnym praniem brudów”
- „Na Dzień Babci zrobiłam dla wnuczki sweter z wełny alpaki. Serce pękło mi na pół, gdy zobaczyłam, co z nim zrobiła”
- „Teściowa czekała na kolędę jak na zbawienie. Zdziwiłam się, że do koperty nie wkłada pieniędzy, tylko coś innego”

