Reklama

22 stycznia. Wstałem o szóstej, jak zwykle. Bez budzika – od lat nie był mi potrzebny. Cisza w mieszkaniu aż dźwięczała. Umyłem się w lodowatej wodzie – cieplejszej nie było, bo zapomniałem włączyć bojlera. Ubrałem szary płaszcz, ten z wielkim kołnierzem i wyszedłem. Bez śniadania, bez telefonu. Zostawiłem go na stole, obok pustej filiżanki po herbacie, której nawet nie wypiłem.

Wysiadłem z tramwaju, potem wsiadłem w autobus. Kurs do Ustki. Po lewej stronie usiadła Renata. Elegancka jak zawsze, pachnąca kawą z mlekiem i perfumami, które potrafiła dobrać lepiej niż niejeden nos w Paryżu. Spojrzała na mnie i położyła rękę na mojej dłoni. I tak jechaliśmy.

Patrzyłem przez okno. Świat przesuwał się obok jak film bez dźwięku. Myślałem o tym, jak to jest być wolnym. Być znowu mężczyzną. Nie tatą, nie dziadkiem. Nie byłym kolejarzem. Człowiekiem, tak po prostu.

Gdzieś w domu pewnie dzwonił mój telefon. Może Lidka – najmłodsza wnuczka – zostawiła kolejne wiadomości głosowe. „Dziadku, czemu nie odbierasz?”. Może Anna, starsza córka, znowu próbowała się dodzwonić, może pisała, że mam wracać, że się martwią, że co ludzie powiedzą. Nie wiem, nie słyszałem. Nie chciałem słyszeć.

W moim wieku człowiek przestaje być sobą. Staje się kimś, kto musi coś załatwić, komuś pomóc. „Dziadek podrzuci”, „Tata zapłaci”, „Witek się zajmie”, „Witek zrozumie”. Witek już niczego nie musi. Ale też – już nikt nie pyta, czego on sam by chciał. A chciałby czasem po prostu być sobą. Wiedziałem, że robię coś, co wywoła burzę. Ale kiedy się całe życie chodzi na palcach, nawet tupnięcie wydaje się rewolucją.

Miałem wątpliwości

Siedzieliśmy obok siebie, ramię w ramię, w ciepłym autobusie, który z mozołem sunął przez zaspane jeszcze ulice. Mijaliśmy śnieg po kolana, porzucone chodniki, szare bloki, których nawet nikt już nie próbował odśnieżać. Renata wyciągnęła z torebki termos, odkręciła zakrętkę i nalała kawy. Pachniała lepiej niż niejeden poranek w moim życiu. Podała mi plastikowy kubeczek i uśmiechnęła się, nie mówiąc ani słowa. Nie musiała.

Byłem spięty. Niby planowałem ten wyjazd od tygodni, a teraz czułem się jak chłopiec, który uciekł z domu, nie zostawiając kartki. Renata chyba to wyczuła.

– Przestaniesz w końcu zaciskać szczękę? – spytała cicho.

– Aż tak to widać?

– Z trudem pijesz kawę.

Uśmiechnąłem się nieśmiało. Podobało mi się to jej mówienie prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, bez ceregieli. Od miesięcy rozmawialiśmy po kryjomu, między wizytami w salonie fryzjerskim, w korytarzu, na przystanku, kiedy już nikt nie patrzył. Te rozmowy mnie budziły. Nie mówiła do mnie jak do dziadka. Mówiła jak do faceta.

– Myślisz, że oni zauważą, że mnie nie ma? – zapytałem, patrząc w okno.

– Oczywiście. Ale może to dobrze. Może czas, żeby się zastanowili, kim naprawdę jesteś.

Milczałem chwilę. Autobus skręcił na krajówkę. Z każdą minutą oddalaliśmy się od wszystkiego, co nazywaliśmy normalnością.

– Sam nie wiem, kim jestem – powiedziałem w końcu. – Ale dziś spróbuję sobie przypomnieć.

Renata położyła dłoń na moim kolanie. Nie było w tym ani litości, ani teatralności. Tylko takie zwykłe – jestem obok. I właśnie wtedy pierwszy raz od lat poczułem, że mogę mówić, co myślę.

To miał być dzień dla mnie

Wyobrażałem sobie, że telefon, który zostawiłem w dmu na stole, dzwoni raz po raz. Widziałem, jak ekran migał raz za razem, jakby ktoś próbował dobić się do pustki. Pewnie dzwoniła Anna, potem Lidka. Potem znowu Anna. Wiedziałem, że wiadomości przychodziły jedna po drugiej. Krótkie, nerwowe. Pełne napięcia.

W opustoszałym domu panowała głucha cisza. Krzesło odsunięte tak, jak je zostawiłem. Filiżanka z resztką herbaty. Zostawiłem to wszystko celowo. Chciałem, żeby zobaczyły. Żeby nie mogły udawać, że nic się nie stało. Wiedziałem, że Anna przyjedzie pierwsza. Zawsze była najszybsza do reagowania. Wyobrażałem ją sobie, jak wpada do mieszkania, jeszcze w kurtce, z telefonem w dłoni, roztrzęsiona.

Wiedziałem też, że powie na głos: „Zawsze dzwonił. Choćby o szóstej rano. Dziś – nic”. Potem przyjdzie Kasia. Ostrożniejsza, cichsza. Włoży klucz do zamka z wahaniem. Rozejrzy się po mieszkaniu, po wieszakach, po kuchni. Zauważy brak mojego płaszcza szybciej niż brak mnie. Będą chodzić po pokojach. Zajrzą do lodówki, do łazienki. Wszystko będzie na swoim miejscu. A po mnie ani śladu.

I właśnie o to chodziło. To mieszkanie należało do mnie, ale każdy wchodził tam, jak chciał. Ale ten dzień – był tylko do mnie. Miałem dość grafiku, telefonów od córek i wnuków, które ciągle czegoś chciały, bo przecież „tata musi”. Wyszarpałem go sobie. Jak ostatni kawałek ciasta, który bierze się bez pytania. Czasem trzeba zniknąć, żeby ktoś się nauczył cię szukać.

Nie chciałem wracać

Szliśmy plażą powoli, jakby nigdzie nam się nie spieszyło. Wiatr wkradał się pod płaszcz, szczypał w twarz, ale nie cofałem się ani o krok. Piasek był twardy, zimny, zbity po nocnym mrozie. Morze wyglądało surowo, bez koloru, bez obietnic. I może właśnie dlatego czułem, że to miejsce jest uczciwe. Nie udawało niczego.

Renata szła obok mnie, ręce trzymała w kieszeniach, głowę miała lekko pochyloną. Co jakiś czas zerkała w moją stronę, jakby sprawdzała, czy nadal tu jestem. Byłem. Bardziej niż zwykle.

– Dziwnie tu – powiedziała. – Latem człowiek się chowa za parawanem przed tłumem. Teraz nie ma gdzie uciec.

– I dobrze – odpowiedziałem. – Całe życie uciekam.

Zatrzymaliśmy się przy linii wody. Fale dochodziły blisko butów, cofały się i wracały, uparte, bez pytania o zgodę. Patrzyłem na to i nagle przyszło mi do głowy, że od lat nikt mnie nie zapytał, czy jeszcze chcę wracać. Zawsze zakładano, że wrócę. Do domu, do roli, do obowiązku.

Byłam kiedyś mężatką – powiedziała Renata, bez wstępu. – Długo. A potem przestałam być czyjąś żoną i nikt mnie nie zapytał, kim jestem dalej.

Słuchałem jej uważnie. Mówiła o samotności, o ciszy po rozwodzie, o tym, że nikt nie chce słuchać historii kobiety po pięćdziesiątce, jeśli nie kończą się śmiechem. Rozumiałem to aż za dobrze.

– Po śmierci żony wszystko stało się tylko zadaniem do odhaczenia – powiedziałem. – Ja też. Przestałem być kimkolwiek dla siebie.

Renata spojrzała na mnie długo.

– Lubię cię takim. Bez opowieści o wnukach. Bez listy zakupów.

– A ja lubię, że nie pytasz, kiedy wrócę.

Wiatr się wzmógł. Zimno weszło głębiej, ale nie chciałem wracać. Nie dziś.

– Nie wiem, czy wrócę dziś – powiedziałem w końcu. – Może jutro, może później. Ale nie chcę wracać jako ten sam człowiek.

Morze milczało. I pierwszy raz od lat to milczenie mi nie ciążyło.

Przy niej czułem się sobą

Pokój był mały, z drewnianymi ścianami, jakby ktoś próbował odtworzyć pensjonat z PRL-u, ale nie miał do końca odwagi. Łóżka były dwa, rozdzielone szafką. Na tej szafce stała herbata w termosie i stare radio, które szumiało cicho, ledwie słyszalnie. Nie musieliśmy nic mówić. Cisza między nami była miękka, dobra. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, każde w swoim fotelu, z nogami wyciągniętymi pod koc.

Renata związała włosy w niedbały koczek. Miała na sobie szary sweter i miękkie spodnie dresowe, ale wyglądała lepiej niż wszystkie kobiety z okładek, które próbują udowodnić światu, że wciąż są młode. Ona nie udawała niczego. Po prostu była. I właśnie to mnie uderzało najmocniej.

Myślisz, że ci wybaczą? – zapytała cicho, nie patrząc na mnie.

– Nie wiem. Może nie muszą. Może pierwszy raz w życiu muszę wybaczyć sobie.

Zamilkła. Dopiero po dłuższej chwili odłożyła filiżankę na blat i podeszła do okna. Zasłony były z grubej tkaniny, ale lekko rozsunęła je dłonią i spojrzała w ciemność za szybą.

– Nie wiem, co to jest, co my robimy – powiedziała. – Czy to szaleństwo, czy ratunek. Ale... dobrze, że tu jesteś.

Podszedłem do niej. Stała nieruchomo, czułem ciepło jej ramienia pod moim płaszczem.

– Chciałbym, żeby to nie był tylko dzień ucieczki – wyszeptałem. – Chciałbym umieć wracać, nie gubiąc siebie po drodze.

Odwróciła się. Zmrużyła oczy, jakby chciała mnie dokładnie zobaczyć. I wtedy dotknęła mojej twarzy. Nie gwałtownie, nie ostro. Powoli, z czułością, której nie doświadczyłem od wielu lat. Pocałowała mnie lekko, jakby nie była pewna, czy wolno. Nie cofnąłem się. Ten pocałunek był bardziej prawdziwy niż wszystkie życzenia świąteczne, które słyszałem przez ostatnią dekadę.

Potem długo milczeliśmy, siedząc znów przy herbacie. Nie było planów, nie było deklaracji. Było ciepło. Było dotykanie dłoni. Było westchnienie. A we mnie mieszało się wszystko – poczucie winy, strach, ulga. Tęskniłem za wnuczkami. Ale jeszcze bardziej tęskniłem za sobą.

Nie chciałem być tylko dziadkiem

Wracałem powoli. Nie spieszyłem się. Pociąg jechał przez zaspane miasteczka, przez śnieg, przez krajobraz znajomy i obcy zarazem. Patrzyłem przez okno i czułem, że coś się we mnie zmieniło. Nie w sposób gwałtowny, nie jak trzęsienie ziemi. Bardziej jak pęknięcie lodu na rzece – ledwo słyszalne, ale nieodwracalne.

Renata odprowadziła mnie na dworzec. Niczego sobie nie obiecywaliśmy. Nie było trzeba. W jej oczach widziałem wszystko, co ważne. Jej palce zatrzymały się na mojej dłoni dłużej niż trzeba. I to wystarczyło. Gdy stanąłem w progu mieszkania, obie córki były już w środku. Siedziały przy stole, a Lidka tuliła misia, tego samego, którego jej dałem, gdy miała trzy lata. Gdy mnie zobaczyła, wybiegła jak z procy.

– Dziadku! – krzyknęła. – Gdzie byłeś?

Ukucnąłem i przytuliłem ją mocno.

– Nad morzem – powiedziałem. – Trochę się zgubiłem.

Anna patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Zmęczona, zapłakana, ale nie krzyczała. Tylko szeptała.

– Jak mogłeś nam to zrobić? Mała płakała przez cały dzień.

Bo nie jestem już tylko dziadkiem – odpowiedziałem spokojnie. – I nie chcę, żebyście o tym zapomnieli.

Kasia podeszła bliżej. Trzymała ręce skrzyżowane na piersi.

– Ale dlaczego w taki sposób?

Spojrzałem na nie uważnie. Nie miałem siły na długie przemowy. Powiedziałem tylko jedno:

– Bo tylko tak mogłyście to zrozumieć.

Zamilkły. Nie było w tym zwycięstwa, ale nie było też porażki. Była nowa przestrzeń – na rozmowę, na próbę zrozumienia. Może nie od razu, może nie wszystko. Ale już nie byliśmy w miejscu, w którym byłem tylko dziadkiem. Może po raz pierwszy od lat byłem też człowiekiem. Usiadłem w swoim fotelu. Lidka wskoczyła mi na kolana.

Opowiedz mi bajkę – poprosiła.

– O czym?

– O tym, gdzie byłeś.

Uśmiechnąłem się. I zacząłem opowiadać.

Jestem też człowiekiem

Wieczór był cichy. W mieszkaniu pachniało herbatą malinową i suszonymi jabłkami. Wszystko wróciło na swoje miejsce, ale nic już nie było takie jak dawniej. Siedziałem w fotelu, tym samym, w którym kiedyś spałem, gdy wnuczki miały ospę i nie chciałem ich zostawiać samych w nocy. Teraz spały już u siebie. A ja zostałem z ciszą.

Telefon leżał obok mnie na stoliku. Nie dzwonił. Córki przestały wypytywać. Lidka powiedziała mi tylko, że mnie kocha, a Anna włożyła do lodówki moje ulubione pierogi. Nie musieliśmy już niczego wyjaśniać. Wystarczyło, że byłem.

Za oknem siedziały dwa gołębie. Przestępowały z nóżki na nóżkę, jakby nie wiedziały, czy odlecieć, czy zostać. Patrzyłem na nie i myślałem o Ustce. O kawie w termosie. O dłoni Renaty na moim kolanie. O pocałunku, który znaczył wszystko. W głowie miałem jej słowa: „Dobrze, że tu jesteś”. I to wystarczało.

Nie miałem planu. Nie wiedziałem, co dalej. Może znów pojadę, a może pójdę tylko do parku. Może zadzwonię do Renaty albo ona do mnie. A może po prostu znów usiądę w tym fotelu i będę patrzył, jak śnieg osiada na parapecie. Ale już wiedziałem jedno. Nie jestem tylko dziadkiem. Nie jestem tylko ojcem. Nie jestem tylko wdowcem.

Jestem człowiekiem. I jeszcze potrafię być sobą.

Witold, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama