„W Dniu Babci wnuczka zadzwoniła do mnie na kamerkę. To, co wtedy zobaczyłam na ekranie, złamało mi serce”
„Czułam się jak ktoś niepotrzebny – ktoś, kto mógłby być gdzieś obok, ale nikomu na tym nie zależało. Przez głowę przelatywały mi różne myśli – czy powinnam była bardziej nalegać, żeby przyszły do mnie? Czy powiedzieć córce, że jest mi przykro? Może powinnam zadzwonić jeszcze raz, powiedzieć wprost, co czuję?”.

- Redakcja
Dzień Babci zawsze był dla mnie dniem wyczekiwanym z niecierpliwością. Czułam się wtedy ważna, kochana, doceniana – może nawet bardziej niż w jakiekolwiek święta. Od rana wyjmowałam z szuflady porcelanowe filiżanki, które zostawiłam specjalnie na takie okazje, piekłam sernik, żeby dziewczynki miały coś słodkiego do herbaty i czekałam.
Byłam wdzięczna losowi za to, że mam zdrowie, by doczekać takich dni, i za wnuczki, które zawsze rozjaśniały mój dom swoim śmiechem. Zawsze czekałam też na córkę, która przyprowadzała je do mnie nawet wtedy, gdy na dworze szalała śnieżyca. Ten dzień miał w sobie jakąś magię, której nie dało się podrobić – bo nic nie zastąpi wspólnych chwil, tych drobnych gestów, które mówią więcej niż tysiąc słów.
W tym roku od rana miałam niepokój w sercu, choć sama nie wiem czemu. Może to przeczucie, może zwykłe zmęczenie. Czekałam jak zawsze, gotowa na wizytę – i zupełnie nie spodziewałam się, że zamiast serdecznych objęć czeka mnie rozmowa przez zimny ekran telefonu. Tego dnia wszystko się zmieniło.
Poczułam się rozczarowana
Siedziałam przy stole już od rana, co chwilę zerkając na zegarek. Do pokoju wpadało blade styczniowe słońce, pięknie oświetlając obrus, na którym ustawiłam najlepszą zastawę – tak na wszelki wypadek, gdyby przyszły wcześniej. Pachniało sernikiem i czarną herbatą. Przez chwilę łudziłam się, że usłyszę dźwięk domofonu albo charakterystyczne tupanie małych stóp na klatce schodowej, ale poza szumem ulicy panowała cisza.
Wyjęłam zdjęcia z szuflady i zaczęłam je przeglądać. Wnuczki, jeszcze takie malutkie, z rumianymi policzkami, kiedy lepiły ze mną pierogi, śmiały się i stroiły głupie miny do aparatu. Przez chwilę ogarnęła mnie fala czułości, która zawsze pojawia się, gdy myślę o nich za długo.
Po południu, gdy na zegarze wybiła piętnasta, pomyślałam, że może córka miała dużo pracy. Może w szkole znowu jakieś zebranie, może choroba – dzieci teraz ciągle łapią przeziębienia. Z każdą minutą czułam coraz większy niepokój, który jednak zagłuszałam nadzieją. „Na pewno przyjdą”, powtarzałam sobie. W końcu to Dzień Babci.
Wreszcie zadzwonił telefon. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Zamiast spodziewanego dźwięku domofonu – połączenie wideo od mojej starszej wnuczki, Lenki. Usiadłam na kanapie, trochę speszona, trochę rozczarowana, bo liczyłam na prawdziwe spotkanie. Odebrałam, próbując się uśmiechnąć, chociaż w środku zrobiło mi się chłodno.
Ogarnął mnie smutek
Na ekranie pojawiła się roześmiana twarz Lenki, a zaraz potem – młodszej Julki, która niemal od razu zaczęła się wygłupiać, pokazując mi swoje nowe okulary z plastikowymi uszami. Próbowałam się uśmiechnąć, ale wyczułam już w tej pierwszej chwili, że coś jest nie tak.
W tle majaczyła jasna kuchnia, ale nie ich, tylko jakby większa, bardziej nowoczesna. Po chwili dostrzegłam, jak ktoś przechodzi za dziewczynkami – to była teściowa córki. Kiedyś nawet ją lubiłam, ale nie mogłam pozbyć się ukłucia zazdrości, widząc ją teraz w ich otoczeniu.
– Babciu, zobacz jakie mam okulary! – zawołała Julka, podtykając mi pod nos plastikowe oprawki.
– Ładne, kochanie, bardzo ci pasują – odparłam, starając się mówić ciepło.
– A my dzisiaj pieczemy ciasto! – wtrąciła Lenka i odwróciła kamerkę, pokazując stół, na którym leżała mąka, jajka, owoce
– Z babcią Anią robimy szarlotkę – dodała, nawet nie patrząc na mnie.
W tej chwili poczułam się tak, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. Obraz z ekranu był dla mnie boleśnie jasny – moje wnuczki, w mój dzień, spędzają czas nie ze mną, tylko z drugą babcią. Nawet przez chwilę nie próbowały tego ukryć.
– No to cudownie, życzę wam smacznego – wykrztusiłam, choć nagle zabrakło mi głosu.
– A ty, babciu, co robisz? – spytała Lenka, ale nie czekała na odpowiedź. W tle słychać było śmiech drugiej babci, która coś komentowała.
– Julka, podsyp więcej mąki! – usłyszałam z oddali.
Patrzyłam na ten ekran i przez moment nie wiedziałam, czy bardziej czuję smutek, czy wstyd, że dałam się tak łatwo odsunąć na bok. Wnuczki były zajęte swoimi sprawami, a ja czułam się jak widz, nie uczestnik tego dnia.
Poczułam się samotna
Po kilku minutach rozmowy do ekranu dołączyła moja córka, Marta. Widać było, że się spieszy, bo tylko rzuciła mi szybkie „Cześć, mamo!”, poprawiając kosmyk włosów, który opadł jej na twarz.
– Przepraszam, że nie mogłyśmy dziś wpaść, ale wiesz, jak jest… – zaczęła, patrząc gdzieś poza ekran, jakby szukała w myślach gotowych usprawiedliwień.
– Wiem? – zapytałam, siląc się na spokojny głos, choć czułam, że zaraz coś we mnie pęknie.
– No, tak wyszło, bo... – zamyśliła się na moment. – Bo dziewczynki się stęskniły za teściową, a ona zaprosiła nas wcześniej, wiesz, nie chciałyśmy jej odmówić, bo ona też na nie bardzo czekała...
Spojrzałam jeszcze raz na ekran – wnuczki biegały po kuchni, babcia Ania wyjmowała coś z piekarnika, a Marta z ulgą odsunęła się od kamerki, jakby rozmowa ze mną była tylko obowiązkiem do odhaczenia.
– No, a u ciebie wszystko dobrze? – zapytała jeszcze mechanicznie, ale w jej głosie nie było troski, raczej pośpiech.
– Tak, wszystko w porządku – odpowiedziałam, chociaż dobrze wiedziałam, że to nieprawda.
– To dobrze, mamo. To, my musimy kończyć, bo zaraz babcia Ania będzie robić bitą śmietanę, a dziewczynki już się nie mogą doczekać.
I tak, nim zdążyłam zebrać myśli, Marta pożegnała się szybko, a ekran zamigotał i zgasł. Zostałam sama w cichym mieszkaniu, które jeszcze przed chwilą wydawało się pełne oczekiwania i nadziei. Teraz było w nim tylko echo ich głosów.
Czułam tylko pustkę
Siedziałam bez ruchu, wpatrzona w zgasły ekran telefonu, próbując ułożyć w głowie to, co właśnie się wydarzyło. Czułam się jak ktoś niepotrzebny – ktoś, kto mógłby być gdzieś obok, ale nikomu na tym nie zależało. Przez głowę przelatywały mi różne myśli – czy powinnam była bardziej nalegać, żeby przyszły do mnie? Czy powiedzieć córce, że jest mi przykro? Może powinnam zadzwonić jeszcze raz, powiedzieć wprost, co czuję?
Wyjęłam telefon i zaczęłam pisać wiadomość do Marty, ale co chwilę kasowałam kolejne słowa. „Marta, bardzo mi przykro, że nie przyszłyście…” – brzmiało zbyt żałośnie. „Może innym razem się uda?” – to z kolei za grzecznie, jakbym naprawdę nic nie czuła. Ostatecznie nie wysłałam nic.
Zamiast tego podniosłam się i zaczęłam sprzątać stół, chować talerze i filiżanki, ścierać okruszki z obrusu. Każdy ruch był powolny, jakby z obawy, że jeśli się pośpieszę, łzy napłyną mi do oczu. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk powiadomienia. To była krótka wiadomość od córki: „Mamo, mam nadzieję, że się nie gniewasz. Dziewczynki bardzo cię kochają, naprawdę”.
Przeczytałam ją kilka razy, ale zamiast pocieszenia poczułam jeszcze większą pustkę. Tylko się domyślałam, że Marta widziała mój smutek, ale nie miała odwagi ani ochoty naprawdę ze mną porozmawiać. Każda odpowiedź wydawała się niepotrzebna. Zostawiłam to bez słowa.
Potrzebowałam odrobiny czułości
Minęła godzina, potem druga. Siedziałam przy stole, patrząc na resztki sernika, który jeszcze rano wydawał się takim miłym symbolem ciepła rodzinnego. Teraz był już tylko przypomnieniem, że nikt dziś po niego nie sięgnął. Przez głowę przewinęły mi się obrazy z poprzednich lat – dzieci śmiejące się, robiące bałagan w mojej kuchni, klejące laurki i śpiewające mi „Sto lat” na cały głos. Tak bardzo mi tego brakowało, że zaczęłam płakać – cicho, bez szlochu, tylko łzy spływały mi po policzkach.
Przypomniałam sobie, jak kiedyś mama opowiadała mi, że starsi ludzie stają się niewidzialni dla swoich bliskich. Wtedy nie rozumiałam, o czym mówi. Teraz już wiedziałam. Moja rola została zepchnięta na margines. Kiedyś byłam babcią, która wszystko organizowała, gotowała, bawiła się z wnuczkami. Dziś zostałam tylko wspomnieniem – łatwym do wyciszenia jednym kliknięciem w ekran telefonu.
Wieczorem zadzwoniła do mnie sąsiadka.
– I jak tam, Marysiu, miałaś dzisiaj gości? – zapytała z życzliwą ciekawością.
– Wiesz, dzwoniły dziewczynki – powiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał pogodnie. – Przez kamerkę.
– No, lepsze to niż nic, teraz dzieci mają tyle zajęć, prawda? – odpowiedziała sąsiadka, ale słyszałam w jej głosie cień współczucia.
Nie chciałam, żeby ktoś się nade mną litował, choć prawda była taka, że bardzo tego dnia potrzebowałam czułości.
Nie mam do nich żalu
Długo nie mogłam zasnąć tamtego wieczoru. Leżałam na kanapie, przewracając się z boku na bok, próbując przypomnieć sobie wszystkie dobre chwile z wnuczkami – jak razem piekłyśmy pierniki, jak uczyłam je robić sernik, jak opowiadały mi o swoich pierwszych szkolnych przyjaźniach. Teraz, choć były tak blisko, czułam, jakby dzieliła nas cała galaktyka.
Zrozumiałam, że świat się zmienia, a ludzie – nawet ci najbliżsi – czasem bezwiednie zostawiają nas na drugim planie. Nie miałam żalu do wnuczek. One były dziećmi, cieszyły się tym, co tu i teraz. Może za kilka lat zrozumieją, jak ważne są te proste, rodzinne dni, których już nie da się powtórzyć. Przykro mi było głównie z powodu córki, bo myślałam, że będzie rozumiała moje potrzeby, tak jak ja rozumiałam jej, gdy była mała. Jednak życie układa się różnie, czasami nawet nie zauważamy, jak łatwo można zranić bliską osobę.
Patrząc w ciemność pokoju, obiecałam sobie, że nie będę już czekać z nadzieją na każdy telefon czy wizytę. Muszę nauczyć się cieszyć tym, co mam – wspomnieniami, krótkimi rozmowami, choćby i przez ekran. Może jeszcze kiedyś nadejdzie taki dzień, że znów poczuję, że jestem potrzebna. Do tego czasu będę żyła tak, jak potrafię najlepiej – z wdzięcznością za to, co było, i z cichą nadzieją, że ktoś po drugiej stronie ekranu pewnego dnia zatęskni za prawdziwą obecnością.
Maria, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na balu karnawałowym w sanatorium pokazałam pazurki. Jestem młoda duchem, a Dzień Babci obchodzę tylko dla zasady”
- „Synowa jest nadopiekuńcza i chowa mojego wnuka pod kloszem. Nie mogę go przytulić nawet w Dzień Babci”
- „W ferie zostawiłam męża z dziećmi i wyjechałam w Beskidy. Do dziś nie mogę zapomnieć gorących nocy przy kominku”

