Reklama

Mam na imię Helena, mam 68 lat i jestem emerytowaną nauczycielką języka polskiego. Moje życie to teraz przede wszystkim cisza – nie ta wymarzona, wytęskniona, ale taka, co dźwięczy w uszach, kiedy dzieci dorosły, mąż dawno odszedł, a telefon milczy przez całe dnie. Wstaję wcześnie, jakbym wciąż musiała zdążyć do szkoły, choć teraz czeka na mnie tylko herbata w kubku z wyblakłym napisem „Najlepsza Babcia”.

Mam porządek w mieszkaniu, wszystko na swoim miejscu – zdjęcia Marty, mojej córki i Kacpra, wnuczka, poukładane według lat. Niby jestem potrzebna, niby dzwonią, pytają czasem o przepisy, o leki, o drobne rady… Ale najczęściej czuję się, jakbym była tylko dodatkiem do ich życia, do rodzinnych świąt, w których najgłośniej rozbrzmiewa pustka po dawnych latach.

Przetrwałam wiele – chorobę męża, trudne relacje z Martą, samotność. Ale Dzień Babci to dla mnie zawsze promyk słońca – dzień, w którym czuję się doceniona, naprawdę ważna. Z tej okazji potrafię przygotować cały dom na przyjęcie, upiec najlepszy sernik i ułożyć serwetki w równiutkie trójkąty, jakby od tego zależało wszystko.

Czułam się znów potrzebna

Dzień Babci zawsze był dla mnie szczególny. Wstałam tego ranka wcześniej niż zwykle, jakbym miała znowu zdawać ważny egzamin. W kuchni pachniało już ciastem, barszcz pyrkotał na gazie, a na stole czekała misternie udekorowana laurka, którą znalazłam przed rokiem, podpisaną dziecięcym pismem: „Dla Babci Heleny, najlepszej na świecie”. Przez chwilę stałam przy oknie i wypatrywałam ich samochodu, choć przecież wiedziałam, że Marta zawsze się spóźniała. W końcu usłyszałam dźwięk domofonu.

– Babciu, otwieraj, bo zmarznę! – krzyczał Kacper, zanim jeszcze zdążył wejść po schodach.

Otworzyłam drzwi i od razu poczułam chłód. Kacper wszedł pierwszy, z kapturem na głowie i telefonem w ręku. Za nim Marta, wiecznie zabiegana, z siatkami pełnymi zakupów.

– Cześć, mamo – pocałowała mnie szybko w policzek. – Kacper, daj babci laurkę.

Kacper z ociąganiem wyciągnął z kieszeni kolorową kartkę, podał mi ją, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Wszystkiego najlepszego, babciu. Kocham cię – powiedział szybko, jakby odhaczał punkt z listy.

Serce mi zmiękło. Uśmiechnęłam się, a w oczach zakręciły mi się łzy. Przytuliłam go, choć czułam w tym chłód i dystans.

– Dziękuję, Kacperku. Bardzo się cieszę, że jesteście.

– No, wreszcie usiądźmy – rzuciła Marta, zdejmując płaszcz. – Kacper, odłóż ten telefon.

Przy stole rozmowa szła opornie. Marta narzekała na pracę, a Kacper milczał, bawił się serwetką.

– Zobacz, jak urósł – mówiłam do Marty, próbując nawiązać do dawnych lat.

Zmienił się, mamo – odpowiedziała cicho córka, patrząc na syna z lekkim żalem. – Dorasta.

Czułam, jak między nami rośnie napięcie. Starałam się uśmiechać, zapraszałam na dokładkę ciasta. W tej jednej chwili czułam się znów potrzebna. Choć coś w powietrzu kazało mi się zastanawiać, czy ta rodzinna bliskość nie była tylko sztuczną dekoracją.

Zniszczył wszystko jednym zdaniem

Po obiedzie w kuchni zostałam sama. Myłam talerze powoli, z czułością przecierałam porcelanowe filiżanki po mojej mamie. Za drzwiami słyszałam stłumione rozmowy, jakieś krótkie śmiechy Marty, ale Kacpra za chwilę już nie było – wymknął się na balkon. Patrzyłam przez okno w kuchni, widziałam, jak opiera się o barierkę z telefonem przy uchu. Może dzwonił do ojca, myślałam sobie. Próbowałam nie podsłuchiwać, ale przez lekko uchylone okno słyszałam jego głos wyraźniej, niż bym chciała.

– Ej, ziomek, no musiałem… Serio, musiałem udawać, że ją lubię. Wiesz, babka jest natrętna. Co chwila coś gada, pyta, żebym zjadł, żebym się uczył. Wszystko na pokaz, stary, cały obiad, laurka, aż mi się niedobrze robiło. Jakbym był małym dzieckiem. Nienawidzę tam chodzić, serio.

Cofnęłam się gwałtownie, jakby ktoś mnie popchnął. Wszystko nagle stało się odległe, obce. Trzymałam w ręku mokrą szklankę i czułam, jak palce mi drżą. Tak łatwo, jednym zdaniem, zniszczył wszystko, co przez lata próbowałam budować. Wszystkie święta, obiady, bajki, które czytałam mu do snu.

„Może się przesłyszałam?” – próbowałam się pocieszyć. Ale te słowa wracały jak echo. „Musiałem udawać, że ją lubię. Nienawidzę tam chodzić”. Przecież przed chwilą… przed chwilą powiedział mi, że mnie kocha.

Nogi miałam jak z waty. Usiadłam na krześle w kuchni, schowałam twarz w dłoniach. Przez głowę przelatywały wspomnienia: mały Kacperek na moich kolanach, jego pierwszy dzień w szkole, jego śmiech, gdy uczyłam go czytać. Gdzie się podziały tamte chwile? Co ja zrobiłam nie tak? Może naprawdę wszystko robiłam na pokaz? Może nigdy nie byłam mu potrzebna, tylko siebie oszukiwałam?

Chciałam tylko pomóc

Wieczorem Marta weszła do kuchni, odstawiła pusty kubek po kawie i zerknęła na mnie z niepokojem.

– Mamo, wszystko w porządku? – zapytała.

Zbierałam się w sobie. W głowie ciągle brzmiały słowa Kacpra, czułam ich ciężar w każdej komórce. Z trudem łapałam oddech.

– Marta… powiedz mi szczerze, czy Kacper naprawdę mnie nie lubi? – zapytałam cicho, wpatrując się w blat stołu, żeby nie widziała moich łez.

Córka przez chwilę milczała, potem wzięła głęboki wdech.

– Mamo… To nie jest takie proste. Kacper dorasta, wszystko go drażni. Mnie też czasem nie znosi – próbowała się uśmiechnąć, ale widziałam, że jej wcale nie jest do śmiechu.

– Ale ja się staram, naprawdę się staram – głos mi się łamał. – Przecież wszystko, co robię, to dla was. Dla niego. Chcę tylko, żeby czuł się kochany. Żeby wiedział, że ma dom, do którego może wrócić.

– Mamo, ale on czuje się… osaczony – Marta patrzyła na mnie z żalem. – Ty zawsze musiałaś mieć wszystko pod kontrolą. Kacper miał wrażenie, że nie może popełnić błędu, bo od razu będziesz wiedziała, będziesz komentować. Dla niego nawet ten dzisiejszy obiad to było trochę jak przedstawienie.

Zatkałam uszy. Nie chciałam tego słyszeć.

– Przecież jestem jego babcią, nie wrogiem! – krzyknęłam z rozpaczą.

– Czasem, mamo, nawet dobre intencje mogą przytłaczać – mówiła Marta ostrożnie. – Zawsze mówiłaś mi, co mam robić, jak mam żyć. Myślisz, że tego nie czułam? Kacper też czuł. Dlatego unikał tych spotkań.

Ale ja tylko chciałam pomóc – broniłam się.

– Wiem, mamo – westchnęła Marta. – Ale czasem pomoc staje się ciężarem.

Zostałam w kuchni sama, słowa córki rozbijały się o mnie jak fale. Nagle nie wiedziałam już, kim jestem w tej rodzinie.

Napisałam list do wnuka

Zamknęłam się w swoim pokoju. Próbowałam zająć się krzyżówką, książką, czymkolwiek, ale myśli nie dawały mi spokoju. Wszystko, co dotąd uważałam za sens życia, nagle przestało mieć znaczenie. Przez okno patrzyłam na ciemniejące podwórko, na którym kiedyś Kacperek ganiał za piłką. Teraz był już prawie dorosły, a ja… czułam się, jakby ktoś mnie z tego życia wykreślił.

W myślach zaczęłam rozmawiać z moim zmarłym mężem, tak jak to czasem robiłam, gdy nie potrafiłam sobie poradzić z samotnością.

– Widzisz, Władek? Chciałam dobrze, a wszystko się rozsypało… Pamiętasz, jak mała Marta złościła się na mnie za każdy zakaz? I tak wracała do mnie, tuliła się w nocy, kiedy bała się burzy. Kacper też kiedyś był taki. A teraz? Może za dużo wymagałam, może nie potrafiłam być po prostu babcią, a nie nauczycielką…

Przypomniałam sobie, jak Marta miała pięć lat i obrażona wyszła z pokoju po tym, jak nie pozwoliłam jej wyjść na plac zabaw. Potem długo płakała, ale w końcu przylgnęła do mnie, szepcząc: „Mamusiu, już nie będę zła”. A Kacper? Ostatni raz tak przytulił się do mnie, kiedy był chory, miał może siedem lat.

Wyjęłam kartkę i zaczęłam pisać list do wnuka. Pisałam o tym, jak bardzo go kocham, jak trudno mi zrozumieć, co się między nami stało. Przepraszałam, jeśli poczuł się osaczony, jeśli coś zrobiłam nie tak. Napisałam, że zawsze będzie miał we mnie oparcie – nawet jeśli nigdy tego nie przeczyta. Złożyłam list i schowałam go do szuflady. Nie miałam odwagi go wręczyć. Może kiedyś.

Naprawdę go straciłam

Kilka dni później, kiedy Marta musiała zostać dłużej w pracy, szykowałam obiad dla Kacpra. Przyszedł sam, bez słowa powitania, rzucił plecak w kąt i zniknął w pokoju. Próbowałam udawać, że wszystko jest po staremu – postawiłam na stole kakao i jego ulubione ciastka, choć wiedziałam, że pewnie nawet nie spojrzy.

Usiadłam w fotelu z gazetą, ale myśli wciąż błądziły wokół tej jednej, bolesnej sprawy. Słyszałam, jak Kacper krząta się po mieszkaniu, trzaska drzwiami, potem długo patrzy przez okno. W końcu nie wytrzymałam. Zatrzymałam go, gdy przechodził przez przedpokój.

– Kacper, możemy chwilę porozmawiać? – zapytałam, starając się, żeby mój głos nie zabrzmiał jak przesłuchanie.

– No… o co chodzi, babciu? – odpowiedział z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Chciałam cię tylko o coś zapytać. Dlaczego ostatnio… dlaczego mnie okłamałeś? Powiedziałeś, że mnie kochasz, a potem… potem słyszałam, co mówiłeś do kolegi przez telefon. – Czułam, jak głos mi drży.

Kacper spuścił głowę, zacisnął pięści. Przez chwilę trwała między nami niezręczna cisza. Patrzył w bok, unikał mojego spojrzenia.

– Nie wiem… – mruknął w końcu. – Po prostu tak wyszło. Wszyscy tak gadają… Ja… Nie chciałem cię zranić.

– To dlaczego to zrobiłeś? – spytałam już szeptem.

– Bo nie wiem, czego ode mnie chcesz! – wybuchł nagle. – Zawsze wszystko musi być idealne! Nie mogę być sobą, bo zawsze oczekujesz, żebym był wdzięczny, grzeczny, uśmiechnięty… Czuję się, jakbym cały czas grał kogoś innego!

Zatkało mnie. Patrzyłam na niego bezradnie, czując, jak powstaje się między nami mur. Próbowałam go dotknąć, ale odsunął się.

– Babciu, po prostu… Nie rozumiem cię. Ty mnie też chyba nie rozumiesz.

Odszedł do pokoju, zostawiając mnie z poczuciem pustki i porażki. W tej rozmowie nie było wyjaśnienia, nie było ciepła. Tylko dystans i żal. Czułam, że naprawdę go straciłam.

Helena, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama