Reklama

Poranki były dla mnie najtrudniejsze. Cisza brzmiała wtedy głośniej niż w południe, a światło wpadające przez firankę bezlitośnie pokazywało, że znów obudziłam się sama. Zawsze robiłam herbatę w tym samym kubku – z wyszczerbionym uchem, prezent od męża sprzed lat. Pewnie powinnam już go wyrzucić, ale uważałam, że dopóki nie cieknie, jeszcze się trzyma. Jak ja.

Siadałam przy oknie i patrzyłam na blok naprzeciwko. Ktoś trzepał dywan, ktoś krzyczał do dziecka, żeby się pospieszyło. Życie toczyło się normalnie, tylko jakby nie moje. Na półce stały zdjęcia wnuków – uśmiechnięci, kolorowi, coraz bardziej obcy. Przeciągnęłam palcem po ramce i pomyślałam, że dziś na pewno zadzwonią. W końcu był Dzień Babci.

Mijała dziewiąta, potem dziesiąta. Telefon leżał na stole ekranem do góry, jakby czekał razem ze mną. Nic. Tłumaczyłam ich w myślach – szkoła, praca, obowiązki. Młodzi zawsze są zajęci. Żeby nie siedzieć i nie liczyć minut, włożyłam płaszcz i wyszłam po drożdżówkę i gazetę. Wracając, sięgnęłam do torebki, potem do drugiej kieszeni. Serce zabiło mi szybciej. Kluczy nie było. Stałam na klatce schodowej z poczuciem, że tego dnia zgubiłam coś więcej niż tylko pęk metalu.

Pomogła mi sąsiadka

Ania podeszła bliżej i od razu zobaczyła moją minę. Musiałam wyglądać żałośnie, bo nawet nie zapytała, tylko westchnęła i zerknęła na moją torebkę, którą wciąż nerwowo przetrząsałam.

Zgubiłam klucze – powiedziałam w końcu, jakby to było jakieś przyznanie się do winy. – Musiały mi wypaść po drodze.

– A ma pani zapasowe u kogoś? – zapytała spokojnie.

Pokręciłam głową. Zapasowe leżały w tej samej szufladzie od lat, nietknięte. Bo po co komu zapasowe, skoro zawsze się wraca do domu? Poczułam nagle zmęczenie, takie aż do kości.

– No to niech pani nie stoi na zimnie – Ania uśmiechnęła się krótko. – Chodźmy do mnie. Akurat mamy gości, Dzień Babci, wie pani… Pełen dom.

Zawahałam się. Nie lubiłam się narzucać, nie lubiłam być problemem.

Nie chcę przeszkadzać… Ja tylko chwilkę, może zaraz ktoś przyjdzie… – zaczęłam się tłumaczyć.

Ania spojrzała na mnie uważnie, jakby czytała między słowami.

– Pani Helenko, jakby moja mama zgubiła klucze, to chciałabym, żeby ktoś ją zaprosił do środka. Proszę, chodźmy.

Szłam za nią powoli, trochę niepewnie. Na klatce pachniało obiadem, a ja nagle poczułam wstyd, że przyszłam z pustymi rękami i głową pełną myśli. Jednocześnie czułam... ciepło. Ktoś mnie zauważył, nie minął obojętnie.

Kiedy Ania otworzyła drzwi do swojego mieszkania, uderzył mnie gwar, śmiech dzieci i ciepło, którego od dawna nie czułam. I choć wciąż nie miałam kluczy, po raz pierwszy tego dnia poczułam, że nie jestem zupełnie sama.

Czułam wdzięczność i żal

W mieszkaniu Ani panował ten rodzaj chaosu, który nie męczył, tylko ogrzewał. Dzieci biegały między stołem a kanapą, ktoś się śmiał, ktoś wołał, żeby uważać na kompot. Przy stole siedziała starsza kobieta – teściowa Ani – z siwymi włosami spiętymi w kok i pogodnym spojrzeniem. Pachniało rosołem i czymś słodkim, chyba domowym ciastem drożdżowym.

– To pani Helena, nasza sąsiadka – powiedziała Ania.

Usiadłam niepewnie na brzegu krzesła, trzymając torebkę na kolanach, jak tarczę. Czułam się obco, a jednocześnie dziwnie bezpiecznie. Dzieci przyglądały mi się przez chwilę, po czym jedno z nich podbiegło i podało mi kolorową kartkę.

– Proszę – powiedziało poważnie.

– Ale ja nie jestem waszą babcią… – zaczęłam, speszona.

– Mama mówiła, że każda babcia zasługuje na laurkę – wtrącił chłopiec, wzruszając ramionami, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Patrzyłam na krzywe serduszka i napisane nieporadnie „Kochanej Babci”, a gardło nagle mi się ścisnęło. Musiałam odwrócić wzrok, żeby nikt nie zobaczył łez.

– To najpiękniejszy prezent, jaki dziś dostałam – powiedziałam w końcu, a głos mi zadrżał.

Usłyszałam, jak teściowa Ani chrząknęła i cicho powiedziała:

– No widzisz, dzieci wiedzą najlepiej.

Siedziałam z nimi przy stole, jadłam obiad, którego nie planowałam, i słuchałam rozmów, w których nikt niczego nie udawał. Czułam wdzięczność, ale i coś bolesnego, co wracało uparcie: dlaczego obce dzieci potrafiły dać mi więcej ciepła niż te, które nosiły moje nazwisko?

Byłam w dobrym miejscu

Czas płynął inaczej, kiedy siedziałam z nimi przy stole. Jakby nikt się nigdzie nie spieszył, choć dzieci co chwilę zrywały się z krzeseł, a Ania wstawała, dolewała herbaty, poprawiała obrus. Teściowa Ani siedziała naprzeciwko mnie i patrzyła uważnie, jakby próbowała zapamiętać moją twarz.

– Wie pani, ja czasem zazdroszczę takim osobom jak pani – powiedziała nagle. – Cisza w domu… Ja to już nie pamiętam, kiedy ostatni raz było naprawdę cicho.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Cisza potrafi być bardzo nieprzyjemna – odpowiedziałam.

Rozmawiałyśmy o młodości, o czasach, kiedy wszystko wydawało się prostsze, choć wcale takie nie było. Opowiadałam o mężu, o tym, jak po jego śmierci nauczyłam się sama wymieniać żarówki i płacić rachunki. O córce mówiłam ostrożnie. Że dobra, ambitna. Że zawsze gdzieś biegnie. Nie skarżyłam się, ale czułam, jak coś mi ciąży na sercu.

Popołudnie przechodziło w wieczór. Dzieci zmęczyły się bieganiem, zrobiło się spokojniej. Wtedy telefon zawibrował w mojej torebce. Spojrzałam i poczułam znajome ukłucie. „Mamo, przepraszam, że dziś nic nie wyszło. Wpadnę na chwilę”.

Ania spojrzała na mnie pytająco.

– Pani córka się odezwała?

– Tak – skinęłam głową. – Ale dziś już nie musi się spieszyć.

– Jak to?

Popatrzyłam na stół, na dzieci pochylone nad kartkami, na starszą kobietę, która uśmiechała się do mnie ciepło.

Jestem w dobrym miejscu – powiedziałam cicho. I pierwszy raz tego dnia naprawdę w to wierzyłam.

To był prawdziwy Dzień Babci

Wyszłam na klatkę schodową chwilę przed tym, jak córka zaparkowała pod blokiem. Stałam oparta o poręcz, trzymając w dłoni laurkę, którą wzięłam ze sobą, jakby była talizmanem. Kiedy weszła po schodach, zobaczyłam od razu, że jest zmęczona. Włosy miała niedbale związane, płaszcz niedopięty, a w oczach coś pomiędzy pośpiechem a poczuciem winy.

– Mamo… – zaczęła cicho. – Wiem, że to ważny dzień. Przepraszam. Znalazłam klucze przed klatką. To twoje, prawda? Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Popatrzyłam na metalowy pęk w jej dłoni i poczułam, że złość, którą powinnam mieć, gdzieś się rozpłynęła.

– To już nieistotne – odpowiedziałam spokojnie. – Dziś miałam prawdziwy Dzień Babci.

Zmarszczyła brwi.

– Jak to?

– I wiesz co? – dodałam, zanim zdążyła coś powiedzieć. – Do tego nie trzeba więzów krwi.

– Nie rozumiem… – przyznała.

Uśmiechnęłam się tylko.

– Kiedyś zrozumiesz.

Chciała wejść do mieszkania Ani, zajrzeć, porozmawiać dłużej, jakby chciała wszystko naprawić naraz. Zatrzymałam ją delikatnie dłonią na ramieniu.

– Nie dziś. Jutro będzie lepszy dzień na rozmowy – powiedziałam łagodnie.

Patrzyła na mnie przez chwilę, jakby pierwszy raz widziała we mnie nie tylko matkę i babcię, ale też człowieka. Skinęła głową i zeszła po schodach, a ja jeszcze chwilę stałam w ciszy, słuchając oddalających się kroków. Nie czułam ulgi ani żalu. Raczej coś na kształt zgody.

Ktoś wypełnił pustkę w sercu

Wracałam do mieszkania, czując w sobie dziwny spokój. Klucze, które przed chwilą odzyskałam, trzymałam w ręku jak coś bez większego znaczenia. Włożyłam je do szuflady obok zdjęć wnuków, po czym usiadłam w ulubionym fotelu. Noc była cicha, tylko w oddali słychać było szum miasta. Oparłam głowę o oparcie fotela, zamykając oczy na moment, jakbym chciała wyciszyć wszystkie myśli.

Czułam, że moje życie potoczyło się innym torem, niż to sobie wyobrażałam. Zawsze myślałam, że będę czekać na córkę, na wnuki, że spędzę dni w ich towarzystwie, z uśmiechami, z rozmowami o drobnych sprawach. A życie przyniosło mi coś innego – samotność, która nie była cierpieniem, ale przestrzenią, w której mogłam oddychać, patrzeć na świat z innej perspektywy. I nie, nie było to łatwe. Zawsze brakowało mi tych małych gestów, tych momentów, kiedy czujesz, że jesteś dla kogoś ważny. Ale tego dnia coś się zmieniło.

Poczułam, że nie muszę już czekać biernie, że nie muszę tkwić w oczekiwaniach. Że czasem, w najmniej spodziewanym momencie, serce ma miejsce na nowych ludzi, którzy nie muszą być z nami od zawsze, żeby wypełnić pustkę. I że czasami to obcy ludzie stają się rodziną, choćby na jeden dzień.

Zatrzymałam wzrok na laurce, którą dzieci wręczyły mi przed chwilą. Widziałam w nich coś, czego nie dostrzegałam w swoim życiu od dawna – bezinteresowną troskę, ciepło, które nie miało warunków, tylko po prostu było. Byłam wdzięczna, aż do łez. Następnego dnia wszystko mogło się zmienić. Ale tego dnia, tego jednego dnia, czułam, że serce ma miejsce dla nowych ludzi.

Helena, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama