Reklama

Czekałam na to dziecko kilka lat. Kiedy w końcu zobaczyłam dwie kreski na teście, byłam pewna, że zaczyna się najpiękniejszy rozdział mojego życia. Wydawało mi się, że ciąża zbliży mnie do męża, Łukasza, że będziemy razem uczyć się wszystkiego od nowa. Zamiast tego coraz częściej czułam się jak uczennica pod czujnym okiem surowej nauczycielki. Każdy mój ruch był oceniany, a ja powoli przestawałam wierzyć, że sobie poradzę.

Ciąża była pod ścisłą kontrolą teściowej

Pierwszy raz poczułam, że coś wymyka się spod kontroli, kiedy matka Łukasza pojawiła się u nas bez zapowiedzi z torbą pełną zakupów.

Kupiłam ci prawdziwe pieczywo, a nie to dmuchane – powiedziała, odkładając na blat ciężki bochenek. – W ciąży trzeba myśleć o dziecku, nie o wygodzie.

Stałam w kuchni z kubkiem herbaty i patrzyłam, jak wyjmuje kolejne produkty. Marchewki, kaszę, jakieś słoiki z przecierem.

– Dziękuję, ale naprawdę radzę sobie z zakupami – odpowiedziałam cicho.

– Oczywiście, że sobie radzisz – odparła tonem, który znaczył coś zupełnie odwrotnego. – Tylko młode dziewczyny często nie wiedzą, co jest najlepsze.

Łukasz wrócił z pracy chwilę później. Uśmiechnął się na widok matki.

– O, mamo, znowu nas ratujesz.

Zabolało mnie to. Jakbyśmy bez niej nie byli w stanie funkcjonować. Z czasem te wizyty stały się codziennością. Teściowa poprawiała ustawienie łóżeczka, które wybraliśmy wspólnie z Łukaszem.

– Za blisko okna. Przeciąg może zaszkodzić – przesunęła mebel o kilka centymetrów, jakby to była kwestia życia i śmierci.

Kiedy powiedziałam, że mój lekarz jest kompetentny i mam do niego zaufanie, uniosła brwi.

– Ja rodziłam dwoje dzieci i wiem swoje. Teraz lekarze wszystko komplikują.

Po jej wyjściu usiadłam na kanapie i poczułam, że drżą mi dłonie.

– Łukasz, ja tak nie mogę – zaczęłam. – Czuję się, jakbym była ciągle sprawdzana. Jakbym już teraz była złą matką.

Westchnął.

– Nie przesadzaj. Mama po prostu się martwi. Taka jest.

Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.

Nie rób z tego dramatu. To tylko uwagi.

Tylko uwagi. Każde „tylko” wbijało się we mnie jak mała szpilka. Zaczęłam analizować każdy posiłek, ważyłam się częściej, niż było trzeba. Gdy dziecko mocniej kopnęło, zastanawiałam się, czy to przez to, że zjadłam coś niewłaściwego. Najgorsze było to, że wreszcie przestawałam sobie ufać. Kiedy mówiłam do brzucha, czułam na plecach wyimaginowany wzrok teściowej.

Powinnaś czytać mu na głos – usłyszałam kiedyś. – Dziecko musi słyszeć mądry głos.

– Rozmawiam z nim codziennie – odpowiedziałam.

– No właśnie. Rozmawiać to jedno, ale trzeba robić to właściwie.

Nie wiedziałam już, co znaczy „właściwie”. W naszym domu czułam się jak gość. Łukasz coraz częściej powtarzał, żeby się nie kłócić o drobiazgi. Dla niego to były drobiazgi. Dla mnie – powolne odbieranie mi miejsca przy własnym stole.

W którymś momencie przestałam reagować. Kiwałam głową, dziękowałam, uśmiechałam się. W środku narastał jednak cichy bunt i pytanie, którego bałam się wypowiedzieć na głos: czy jeśli nawet mój mąż nie wierzy, że dam radę, to może naprawdę się nie nadaję?

Te uwagi były jak szpilki

Poród był jak przejście przez wąski tunel – ciemny, długi i pełen lęku, ale na końcu czekało światło. Kiedy po raz pierwszy położyli mi Leonka na piersi, przestałam słyszeć wszystko inne. Jego ciepło, zapach, cichy oddech – to było tylko nasze. Patrzyłam na niego i wiedziałam, że zrobię dla niego wszystko. Łukasz stał obok, wzruszony.

Jest piękny – powiedział drżącym głosem.

Uśmiechnęłam się. W tamtej chwili naprawdę wierzyłam, że teraz będzie już dobrze.

Teściowa pojawiła się w szpitalu następnego dnia. Weszła energicznym krokiem, jakby to ona była gospodynią tego miejsca.

– No, pokażcie mi mojego wnuka – powiedziała zamiast „dzień dobry”.

Pochyliła się nad łóżeczkiem i od razu zaczęła poprawiać kocyk.

Za cienko go przykryłaś. Noworodki szybko marzną.

– Położna mówiła, że jest w sam raz – odpowiedziałam cicho.

Położne różnie mówią – rzuciła, jakby to była oczywistość.

Kiedy próbowałam przystawić Leona do karmienia, stała tuż obok. Czułam jej wzrok na sobie.

Trzymaj go wyżej. Nie tak. O, widzisz? – wyciągnęła ręce, jakby chciała mnie poprawić.

Zamarłam. Personel patrzył z lekkim zaskoczeniem, a ja poczułam, jak policzki mi płoną.

– Mamo, daj Natalii chwilę – odezwał się Łukasz, ale w jego głosie nie było stanowczości.

Teściowa westchnęła teatralnie.

Ja tylko pomagam. Szkoda, żeby dziecko się męczyło.

Te słowa utkwiły mi w głowie. Czyli ja byłam powodem tego męczenia?

Kilka dni później, kiedy odwiedziła nas część rodziny, stałam z Leonem na rękach, jeszcze obolała i niewyspana. Teściowa wzięła go ode mnie bez pytania.

– Proszę spojrzeć, jaki nos. Cały po naszej stronie rodziny – oznajmiła z dumą. – W ogóle to on bardziej do nas podobny niż do swojej mamy.

Wszyscy się zaśmiali. Łukasz też.

No, coś w tym jest – rzucił lekko.

Poczułam, jakby ktoś wypchnął mnie z własnej historii. Stałam obok i patrzyłam, jak mówią o moim dziecku, jakby było trofeum w rodzinnej rywalizacji.

Wieczorem, kiedy zostaliśmy sami, powiedziałam:

Zabolało mnie to, co twoja mama powiedziała.

Łukasz wzruszył ramionami.

– Daj spokój. To był żart.

– Dla mnie nie.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Natalia, jesteś przewrażliwiona. Hormony robią swoje.

To był moment, w którym coś we mnie się poddało. Nie dlatego, że mnie obraził. Ale dlatego, że znów zostałam sama ze swoimi uczuciami. Zaczęłam ograniczać wizyty. Tłumaczyłam, że potrzebuję ciszy, że Leon śpi, że uczymy się siebie nawzajem. Teściowa komentowała przez telefon:

Dziecko trzeba przyzwyczajać do ludzi. Nie możesz go chować pod kloszem.

Coraz częściej siedziałam w nocy przy łóżeczku, patrząc na spokojną twarz syna i zastanawiając się, czy naprawdę robię coś źle. Czy może po prostu próbuję być jego mamą – na swój sposób.

Nie miałam do kogo się zwrócić

Pierwsze tygodnie w domu rozmyły mi się w jedno długie pasmo nieprzespanych nocy i cichych poranków. Leon często się budził, a ja uczyłam się jego oddechu, jego min, jego płaczu. Byłam zmęczona, ale kiedy zasypiał na mojej piersi, czułam, że to ma sens.

Gorzej było wtedy, gdy w drzwiach stawała teściowa.

Znowu go nosisz? – zapytała któregoś dnia, odkładając torebkę na krzesło. – Przyzwyczaisz go do rąk i potem nie odłożysz nawet na chwilę.

– On potrzebuje bliskości – odpowiedziałam spokojnie.

Dzieci potrzebują zasad – poprawiła mnie natychmiast.

Łukasz siedział przy stole z telefonem w ręku. Milczał. To milczenie bolało bardziej niż jej uwagi. Kiedyś spróbowałam jeszcze raz z nim porozmawiać. Leon spał w łóżeczku, a ja stałam przy oknie.

– Czuję się, jakbym ciągle musiała udowadniać, że jestem dobrą matką – powiedziałam. – Nawet we własnym domu.

– Bo zamykasz się na pomoc – odparł. – Mama ma doświadczenie.

– Ja też zdobywam doświadczenie. Każdego dnia.

Odwrócił się do mnie z irytacją.

– Natalia, nie rozbijaj rodziny. Odsuwasz moją mamę bez powodu.

Bez powodu? To uderzyło mnie jak zimny podmuch powietrza. Czy naprawdę to wszystko było tylko w mojej głowie?

Zaczęłam zauważać, że Łukasz coraz częściej wracał później. Tłumaczył się pracą, zmęczeniem. Siadał przy kolacji i unikał mojego wzroku.

Byłem dziś u mamy na obiad – rzucił kiedyś niby od niechcenia. – Pytała, czemu nie przychodzisz.

– Bo za każdym razem wracam stamtąd z poczuciem, że robię coś źle.

– Może zamiast się obrażać, spróbowałabyś posłuchać?

Patrzyłam na niego i czułam, jak między nami rośnie mur. Najtrudniejsze były wieczory. Leon spał, mieszkanie cichło, a ja siedziałam na kanapie i zastanawiałam się, kiedy przestałam czuć się bezpiecznie w swoim małżeństwie. Przecież kiedyś Łukasz brał mnie za rękę i mówił, że poradzimy sobie ze wszystkim. Teraz miałam wrażenie, że jestem dodatkiem do ich świata – świata, w którym najważniejsze decyzje zapadają gdzieś obok mnie.

Któregoś dnia, po kolejnej uwadze teściowej przez telefon, odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na Leona leżącego na macie.

– Wiesz, malutki – wyszeptałam – mama naprawdę się stara.

W jego spokojnym spojrzeniu nie było oceny. Była tylko ufność. Pomyślałam, że może łatwiej byłoby być naprawdę samą, niż codziennie czuć się samotną wśród najbliższych.

Już nic nie było takie samo

Na ten obiad poszłam z ciężarem w żołądku. Leon miał lekki katar, więc wcześniej skonsultowałam się z pediatrą i zastosowałam się do zaleceń. Byłam spokojna – wiedziałam, że robię to, co trzeba. Teściowa przywitała nas w progu uśmiechem, który nie sięgał oczu.

– O, wreszcie jesteście. Już się martwiłam, że znowu coś wymyślisz, żeby nie przyjść – rzuciła do mnie.

Usiadłam przy stole, Leon spał w wózku obok. Przez chwilę było nawet spokojnie. Do czasu.

– Słyszałam od Łukasza, że Leon ma katar – zaczęła, nakładając ziemniaki. – I co ty mu na to dajesz?

– Byliśmy u lekarza. Zalecił nawilżanie powietrza i delikatne oczyszczanie nosa – odpowiedziałam rzeczowo.

Teściowa pokręciła głową.

– Za naszych czasów robiło się to inaczej. Dzieci szybciej dochodziły do siebie. Teraz to się wszystko komplikuje.

– Robię to, co zalecił specjalista – powtórzyłam, czując, jak rośnie we mnie napięcie.

– Specjalista specjalistą, ale doświadczenie matki jest bezcenne – powiedziała głośniej, tak by wszyscy przy stole słyszeli. – Może powinnaś więcej słuchać starszych.

Zapadła cisza. Spojrzałam na Łukasza. Czekałam. Na jedno zdanie. Na jedno: „Mamo, wystarczy”. On odchrząknął.

– Może faktycznie warto wziąć pod uwagę to, co mama mówi – powiedział spokojnie. – W końcu wychowała mnie i siostrę.

Poczułam, jak coś we mnie zamarza. Nie było krzyku, nie było łez. Tylko dziwna pustka.

– Czyli uważasz, że źle dbam o naszego syna? – zapytałam cicho.

– Nie o to chodzi – westchnął. – Po prostu mogłabyś być mniej uparta.

To słowo wybrzmiało przy stole jak wyrok. Teściowa westchnęła teatralnie.

Ja tylko chcę dobra dziecka. Jeśli ktoś odbiera to jako atak, to już nie moja wina.

Wstałam powoli.

– Leon się obudził – skłamałam, choć spał spokojnie. – Muszę z nim wyjść.

W łazience spojrzałam w lustro. Twarz miałam bladą, oczy suche. Zrozumiałam, że nie chodzi o katar ani o nawilżacz powietrza. Chodziło o to, że przy tym stole nie miałam głosu.

W drodze do domu panowała cisza. Leon zasnął w foteliku. Łukasz prowadził, jakby nic się nie stało.

– Dlaczego nigdy nie stajesz po mojej stronie?

Westchnął ciężko.

– Bo nie chcę konfliktu. Ty zawsze wszystko odbierasz jak atak.

– A ty zawsze wybierasz wygodę – odpowiedziałam spokojnie. – Wiesz, co jest najgorsze? Że ja naprawdę zaczęłam wierzyć, że jestem złą matką. Przez was.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– I we własnym małżeństwie czuję się jak ktoś obcy – dodałam.

Zatrzymał samochód pod domem. Patrzyłam na śpiącego Leona i nagle poczułam w sobie jasność, której nie czułam od miesięcy.

– Nie chcę tak żyć. Jeśli mam być ciągle oceniana i podważana, to wolę być sama. Przynajmniej będę wiedziała, że decyzje należą do mnie.

Chcesz rozbić rodzinę przez kilka uwag? – zapytał z niedowierzaniem.

– To nie są uwagi. To codzienne odbieranie mi prawa do bycia matką i partnerką.

Wysiadłam z samochodu z Leonem na rękach. Po raz pierwszy od dawna czułam spokój.

Wolę być samotną matką

Tamtej nocy nie spaliśmy razem. Łukasz został w salonie, ja z Leonem w sypialni. Nie było już kłótni, tylko cisza tak gęsta, że trudno było oddychać. Leżałam obok łóżeczka i patrzyłam na syna. Myślałam o wszystkich miesiącach, w których pozwalałam, by ktoś inny definiował, jaką mam być matką.

Rano powiedziałam spokojnie przy kuchennym stole, że chcę separacji. Łukasz uniósł głowę znad kubka.

– Mówisz poważnie?

– Tak. Nie dlatego, że cię nie kocham. Tylko dlatego, że przestałam kochać siebie w tym układzie.

Milczał dłuższą chwilę.

– Przesadzasz. Każda rodzina ma spięcia.

– To nie były spięcia. To było systematyczne podważanie mnie. A ty nigdy nie stałeś obok mnie, tylko obok swojej matki.

– Czyli to moja wina?

– To nasza odpowiedzialność. Ale ja mogę odpowiadać tylko za siebie.

Wyprowadziłam się do niewielkiego mieszkania. Było ciasne, z jedną sypialnią i małą kuchnią, ale kiedy zamknęłam za sobą drzwi pierwszego dnia, poczułam ulgę. Nie musiałam się zastanawiać, czy ktoś zaraz skomentuje sposób, w jaki trzymam dziecko albo jak ustawiam łóżeczko.

Teściowa zadzwoniła kilka razy.

Niszczycie rodzinę – powiedziała chłodno. – Dziecko powinno mieć pełen dom.

– Leon ma dom tam, gdzie jest spokój – odpowiedziałam.

Łukasz przyjeżdżał regularnie, zabierał syna na spacery. Był dobrym ojcem, tego nie mogłam mu odmówić. Ale między nami coś się zmieniło. Dopiero kiedy zobaczył, że naprawdę odeszłam, zaczął mówić o terapii, o granicach, o tym, że nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mnie rani.

Słuchałam, ale nie wróciłam od razu. Potrzebowałam czasu, by odbudować siebie. Z każdym dniem czułam się pewniej. Podejmowałam decyzje samodzielnie i widziałam, że Leon rozwija się spokojnie, że uśmiecha się do mnie z tą samą ufnością co wcześniej.

Któregoś popołudnia siedziałam z nim na ławce w parku. Śmiał się, próbując złapać spadające liście. Pomyślałam wtedy, że przez wiele miesięcy pozwoliłam, by cudze słowa zagłuszyły mój instynkt. A przecież od początku wiedziałam, że kocham go wystarczająco mocno, by się nauczyć wszystkiego.

Nie wiem, co będzie dalej z moim małżeństwem. Wiem natomiast, że już nigdy nie pozwolę, by ktoś wmówił mi, że jestem złą matką tylko dlatego, że robię coś inaczej. Odeszłam nie po to, by zniszczyć rodzinę, ale by ją ocalić – choćby w innej formie.

Natalia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama