Reklama

Stałam na środku sali bankietowej. Wszyscy patrzyli na nas z podziwem – oto my, złota para, symbol trwałości w świecie, w którym małżeństwa rozpadają się szybciej, niż więdną kwiaty w wazonie.

Uważali nas za ideał

Sala była wynajęta w najlepszej restauracji w mieście. Nasz syn Tomek uparł się, że pięćdziesiąta rocznica musi być huczna. Złote gody. Nawet nazwa brzmiała ciężko, dostojnie, jakbyśmy nieśli na plecach wielki, drogocenny głaz. Siedziałam przy stole, mój mąż Tadeusz siedział obok mnie. Trzymał mnie za rękę, tak jak robił to na każdym rodzinnym zdjęciu od pół wieku. Jego dłoń była ciepła, sucha i pewna siebie. Dla gości byliśmy pomnikiem.

– Mamo, tato! – Tomek wstał, stukając widelcem w kieliszek. – Chciałbym wznieść toast. Za to, że pokazaliście nam, czym jest prawdziwa miłość. Wierność, oddanie i zaufanie. Jesteście dla nas latarnią morską.

Spojrzałam na synową, która ocierała łzę wzruszenia, i na wnuki, które patrzyły na nas jak na przybyszów z innej planety. W ich oczach byliśmy nierozerwalną całością. Jednym organizmem. Nikt nie wiedział, ile razy w ciągu tych lat musiałam zaciskać zęby, by ten monolit nie pękł. Ile razy rezygnowałam z siebie, żeby Tadeusz mógł błyszczeć.

Byłam dumna z tego, co zbudowaliśmy. Dom z ogrodem, wykształcone dzieci, pozycja społeczna. Helena to ostoja. Helena to fundament. Nikt nie pytał fundamentu, czy nie jest mu za ciężko, ani czy nie wolałby być, na przykład, ozdobną wieżyczką albo w ogóle częścią innego budynku.

Maska opadła

Wszystko wydarzyło się tuż przed podaniem tortu. Tadeusz poprosił mnie na chwilę na zaplecze. Weszliśmy do małego korytarza prowadzącego do kuchni, z dala od gwaru sali. Stanął naprzeciwko mnie. W świetle jarzeniówek wyglądał staro. Jego twarz, którą znałam na pamięć – każdą zmarszczkę, każde przebarwienie – wydała mi się nagle obca. Drżała mu dolna warga.

– Hela, muszę ci coś powiedzieć – zaczął. – Nie mogę wejść w ten kolejny etap, nie mogę przyjąć tych wszystkich życzeń z czystym sumieniem.

Myślałam, że może zgubił obrączkę albo zapomniał o czymś organizacyjnym.

– O czym ty mówisz, Tadziu? Wracajmy, zaraz wwiozą tort.

Złapał mnie za ramiona. Jego uścisk był desperacki.

– Pamiętasz rok osiemdziesiąty piąty? Ten kontrakt w Łodzi?

Oczywiście, że pamiętałam. Zostałam wtedy sama z dwójką małych dzieci, a on wyjechał na pół roku nadzorować budowę fabryki. To był dla mnie koszmarny czas. Dzieci chorowały, w sklepach były pustki, a ja walczyłam o przetrwanie każdego dnia, tęskniąc za nim.

– Tak, pamiętam – odpowiedziałam powoli.

Myślałam, że żartuje

– Nie byłem tam sam – wyrzucił z siebie szybko, jakby chciał pozbyć się gorącego kartofla z ust. – Poznałem tam Ewę. Byliśmy razem przez te pół roku. To nie był tylko epizod, Hela. Ja myślałem, że cię zostawię, ale wróciłem, bo tak było trzeba. Bo dzieci to obowiązek.

Zamilkł, czekając na moją reakcję. Spodziewał się krzyku. Widziałam to w jego oczach – strach i ulga, że w końcu zrzucił ten ciężar. Chciał rozgrzeszenia. Chciał, żebym wzięła ten jego brud na siebie, tak jak prałam jego koszule przez pięćdziesiąt lat. Nie krzyknęłam. Stałam tam, patrząc na guzik jego marynarki. Był lekko obluzowany. Powinnam go przyszyć. Taki odruch – naprawiać, dbać, korygować niedoskonałości.

– To było trzydzieści pięć lat temu – powiedziałam cicho. Mój głos był suchy, pozbawiony emocji.

– Tak. Ale gryzło mnie to każdego dnia – jęknął. – Chciałem być uczciwy teraz, na koniec. Żebyśmy mieli czystą kartę.

Czystą kartę? Zaśmiałam się w duchu. To nie była czysta karta. To było zrzucenie śmieci na mój ogródek, żeby on mógł mieć czysty salon.

– Wracajmy na salę – powiedziałam tylko.

– Hela, ale… czy ty mi wybaczasz?

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Wracajmy na salę, Tadeusz. Dzieci czekają.

Mój świat runął

Wyszłam pierwsza. On podreptał za mną, zdezorientowany moim spokojem. Usiedliśmy przy stole, kelnerzy wnieśli tort z racami, orkiestra zagrała „Sto lat”. Uśmiechałam się, kroiłam ciasto, ale w mojej głowie odbywał się właśnie pogrzeb. Nie naszego małżeństwa, ale mojego życia. Siedząc tam i patrząc na te wszystkie uśmiechnięte twarze, zaczęłam analizować tamten rok. Rok osiemdziesiąty piąty. Pamiętam go doskonale. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata. Byłam zmęczona, ale pełna nadziei.

Wtedy właśnie dostałam propozycję pracy w muzeum. To było moje marzenie. Skończyłam historię sztuki, byłam w tym dobra. Dyrektor muzeum dzwonił do mnie dwa razy. Błagał, żebym przyjęła posadę kustosza. Ale odmówiłam. Dlaczego? Bo Tadeusz był w Łodzi. Musiałam zająć się domem, bo rodzina jest najważniejsza. On robił karierę, a ktoś musiał dbać o zaplecze.

Myślałam wtedy: „Robię to dla nas. On tam ciężko pracuje, tęskni za nami, jest wierny i oddany, więc ja też muszę się poświęcić”. Moje poświęcenie było walutą, którą płaciłam za nasze wspólne szczęście. Wierzyłam, że to transakcja wiązana. Ja daję z siebie wszystko, on daje z siebie wszystko. A teraz okazało się, że kiedy ja rezygnowałam z marzeń, piorąc pieluchy i odmawiając dyrektorowi muzeum, on prowadził drugie życie z jakąś Ewą.

To nie była zazdrość

Zabolało mnie kłamstwo, na którym zbudowałam swoją tożsamość. Poczułam, jak żal ściska mi gardło, ale nie z powodu innej kobiety. Żal był o tamtą młodą Helenę, która uwierzyła w mit. Gdybym w tym osiemdziesiątym piątym roku wiedziała, że on wcale nie tęskni wieczorami w hotelu robotniczym, tylko układa sobie życie z inną… Co bym zrobiła?

Zostawiłabym go. Jestem tego pewna. Byłam wtedy młoda, miałam dumę, miałam siłę. Zabrałabym dzieci, przyjęłabym tę pracę w muzeum. Może byłoby ciężko. Może byłabym rozwódką w czasach, gdy to nie było modne, ale żyłabym prawdą. Może spotkałabym kogoś, kto doceniłby mój intelekt, a nie tylko czyste koszule i ciepły obiady? A może żyłabym sama, ale realizując się w pasji, którą porzuciłam na rzecz bycia „perfekcyjną żoną”?

Tadeusz odebrał mi wybór. To była jego największa zbrodnia. Nie to, że poszedł do łóżka z Ewą, ale to, że wrócił, nie mówiąc mi o tym, i pozwolił mi dalej grać w tę grę, w której reguły były ustawione przeciwko mnie. Pozwolił mi wierzyć, że moje poświęcenie ma sens, podczas gdy on sam to poświęcenie deptał.

Zmarnowałam życie

Tort smakował jak tektura. Słodka masa w ustach zamieniała się w popiół. Patrzyłam na Tadeusza, który rozmawiał z naszym synem. Wyglądał na odprężonego. Uznał, że skoro nie zrobiłam awantury, to sprawa jest załatwiona. Wyznał grzechy, dostał milczące rozgrzeszenie i teraz mógł spokojnie dożyć swoich dni jako patriarcha rodu. Nigdy nie byłam tak samotna jak w tamtym momencie.

Przypomniałam sobie wszystkie te chwile, kiedy moja intuicja szeptała mi do ucha, że coś jest nie tak. Te dziwne telefony, te jego nieobecne spojrzenia po powrocie z Łodzi. Wtedy tłumiłam te myśli. Wmawiałam sobie: „Nie bądź histeryczką, on cię kocha, on haruje dla rodziny”. Byłam strażniczką kłamstwa na własne życzenie. Zrozumiałam, że przez ostatnie trzydzieści pięć lat byłam aktorką w sztuce, której scenariusza nie znałam. Myślałam, że gramy w dramacie romantycznym, a to była farsa.

– Mamo, wszystko w porządku? – zapytała Ania, moja córka. – Jakaś taka zamyślona jesteś.

Spojrzałam na nią. Miała oczy ojca.

– Wszystko dobrze, kochanie – odpowiedziałam. – Po prostu dużo emocji.

– Tata wygląda na szczęśliwego – uśmiechnęła się. – To niesamowite, jak wy się kochacie po tylu latach. Chciałabym, żeby moje małżeństwo takie było.

Podjęłam decyzję

Prawie parsknęłam śmiechem. Gorzkim, suchym śmiechem.

– Życie jest skomplikowane. Pamiętaj, żeby nigdy nie rezygnować z siebie. Dla nikogo – powiedziałam to z taką mocą, że aż się cofnęła.

– Oczywiście, mamo. Wiem.

Nie wiedziała. Nikt z nich nie wiedział. Impreza trwała. Ludzie tańczyli. Tadeusz poprosił mnie do tańca. „Walc Barbary” z „Nocy i Dni”. Klasyka. Objął mnie w pasie.

– Dziękuję ci, Hela – szepnął mi do ucha. – Że jesteś taka wyrozumiała. Wiedziałem, że jesteś aniołem.

Poczułam obrzydzenie. Nie byłam aniołem. Byłam ofiarą jego manipulacji. Jego wyznanie nie miało na celu oczyszczenia atmosfery między nami. Miało na celu ulżenie jemu samemu przed śmiercią. Chciał umrzeć z czystym sumieniem, nie zważając na to, że brudzi moje wspomnienia.

W trakcie tego tańca podjęłam decyzję. Nie odejdę od niego. Jesteśmy za starzy, a rozwód byłby zbyt wielkim chaosem dla dzieci i wnuków. Nie będę burzyć ich świata tylko dlatego, że mój legł w gruzach. Ale moje małżeństwo, to prawdziwe, duchowe, skończyło się w tamtym korytarzu przy kuchni.

Przez lata obsługiwałam go. Dbałam o jego dietę, o jego leki, o jego nastrój. Byłam jego cieniem, jego podporą. Koniec z tym. Zmarnowałam życie w nieświadomości, ale zostało mi jeszcze kilka, może kilkanaście lat. I nie zamierzałam ich poświęcić na pielęgnowanie jego ego.

Zaczęłam od nowa

Kiedy wróciliśmy do domu, Tadeusz usiadł w fotelu, zmęczony, ale zadowolony.

– Zaparzysz herbaty, kochanie? – zapytał z przyzwyczajenia.

Stanęłam w progu salonu. Wciąż miałam na sobie tę elegancką sukienkę, ale czułam się, jakbym zrzuciła zbroję.

– Nie – powiedziałam spokojnie. – Czajnik jest w kuchni. Sam sobie zaparz.

Spojrzał na mnie zszokowany. Przez pięćdziesiąt lat to ja parzyłam herbatę po powrocie od gości.

– Co?

– Jestem zmęczona. Idę spać. I jutro rano nie robię śniadania. Wyjeżdżam na kilka dni do Sopotu. Sama.

– Do Sopotu? Sama? Ale dlaczego? Przecież zawsze jeździmy razem.

– Bo mam na to ochotę – odparłam. – Straciłam trzydzieści pięć lat na robienie tego, co wypada. Teraz będę robić to, co chcę.

Zmieniłam się

W jego oczach pojawił się strach. Zrozumiał, że jego „wyznanie” nie zamknęło sprawy, ale otworzyło puszkę Pandory. Myślał, że miła, potulna Hela przyjmie to na klatę i będzie dalej tą samą Helą.

– Ale Hela… co z nami?

– My? – uśmiechnęłam się smutno. – My jesteśmy tylko na zdjęciach. Od dawna.

Poszłam do sypialni. Po raz pierwszy od lat położyłam się do łóżka i nie martwiłam się tym, czy on zgasił światło, czy zamknął drzwi na klucz. Myślałam o muzeum, w którym nie pracowałam. O miastach, których nie zwiedziłam, bo oszczędzaliśmy na budowę domu. Poczułam ogromny żal za utraconym życiem, którego nikt mi nie zwróci. Żadna skrucha męża nie cofnie czasu. Żadne „przepraszam” nie odda mi mojej młodości i moich wyborów. Zostałam okradziona z prawdy, a bez prawdy nie można dokonywać wolnych wyborów.

Chcę odrobić te lata

Gdy zasypiałam, czułam też dziwny spokój. Prawda, choć gorzka i spóźniona, w końcu mnie wyzwoliła. Nie musiałam już udawać. Nie musiałam być idealna. Mogłam być w końcu sobą, nawet jeśli tylko na ostatniej prostej.

Rano spakowałam walizkę. Kiedy Tadeusz się obudził, piłam kawę w kuchni, ubrana w dżinsy i sweter.

– Naprawdę jedziesz? – zapytał, stojąc w piżamie, wyglądając na zagubionego starca.

– Tak. I jak wrócę, zapisuję się na uniwersytet trzeciego wieku. I przestaję robić te twoje tłuste pieczenie. Chcę jeść lekko.

Patrzył na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. I w pewnym sensie tak było. Przez pięćdziesiąt lat widział swoje wyobrażenie o mnie. Teraz widział Helenę. Wyszłam z domu, nie oglądając się za siebie. Powietrze pachniało wiosną i, po raz pierwszy od bardzo dawna, wolnością. Nie naprawię przeszłości. Ale przyszłość, ta krótka, która mi została, należy wyłącznie do mnie.

Helena, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama