Reklama

Nie każda historia miłosna kończy się ślubem. Moja – choć zapowiadała się jak scenariusz romantycznego filmu – rozpadła się, zanim zdążyłam wybrać suknię. Gdy w sylwestrową noc przyjęłam pierścionek zaręczynowy od mężczyzny, którego kochałam całym sercem, sądziłam, że nic lepszego mnie w życiu nie spotka.

Patrzyłam na naszą przyszłość jak na wyśniony plan: ślub latem, wspólne mieszkanie, dzieci. Nie sądziłam, że już za kilka tygodni świat się zawali, a ja zostanę sama z pytaniem, jak mogłam tego nie zauważyć wcześniej.

Czułam się jak w bajce

Sylwestra spędzaliśmy z grupą znajomych w domku w górach. Było kameralnie, ciepło, przyjemnie. Tomek przez cały dzień był trochę nerwowy, co zrzuciłam na stres związany z pracą. Końcówka roku w jego firmie zawsze była gorąca. Gdy zegar wybił północ, wszyscy wybiegli na zewnątrz wznieść toast. Stałam z kieliszkiem w ręku, śmiejąc się, gdy ktoś odpalił zimne ognie. Nagle Tomek przyklęknął przede mną na śniegu.

– Kochanie, wiem, że to szalone, ale czy zostaniesz moją żoną? – zapytał, wyciągając małe pudełeczko.

Zamarłam na sekundę, a potem śmiejąc się i płacząc jednocześnie, krzyknęłam:

– Tak!

Wszyscy klaskali, ktoś zarejestrował moment na telefonie, a ja czułam się jak w bajce. Pierścionek był delikatny, z drobnym oczkiem, dokładnie taki, o jakim wspominałam kiedyś mimochodem. Nawet to pamiętał. Uwierzyłam, że zna mnie na wylot i że jestem dla niego kimś wyjątkowym.

Kiedy wracaliśmy do Warszawy, w samochodzie snuliśmy plany. Czerwiec albo lipiec, raczej coś w stylu rustykalnym. Nie byłam typem księżniczki w wielkiej sukni, a on nie lubił wystawnych przyjęć. Mieliśmy podobne podejście. Wydawało mi się, że wszystko idealnie się układa. Nie miałam pojęcia, że wszystko zacznie się walić już chwilę po Nowym Roku.

Zaczęłam mieć wątpliwości

Pierwsze dni stycznia były spokojne. Oglądaliśmy katalogi ślubne, rozmawialiśmy o budżecie. Tomek wydawał się mniej zaangażowany, ale zrzucał to na nawał pracy po przerwie świątecznej. Nie naciskałam.

– Trochę mam teraz chaos w pracy, kochanie, przepraszam, że jestem nieobecny – mówił, całując mnie w czoło.

Tylko że ta jego nieobecność coraz bardziej zaczynała mnie drażnić. Z pracy pisał do mnie rzadziej, odpisywał po wielu godzinach, często zbywał mnie krótkimi wiadomościami. Wieczorami był zmęczony, mówił, że musi „przerobić trochę zaległych tematów”. Kiedy zapytałam, czy wszystko u nas w porządku, objął mnie i powiedział:

– No coś ty, wszystko świetnie. Po prostu muszę się ogarnąć.

Znałam go – albo wydawało mi się, że go znam. Jego ton był spokojny, nie czułam, by coś ukrywał. A może po prostu nie chciałam tego widzieć.

Pewnego dnia złapałam się na tym, że sprawdzam jego aktywność online. Widziałam, że był dostępny, ale nie pisał do mnie. I to było... upokarzające. Zamiast cieszyć się narzeczeństwem, zaczęłam mieć wątpliwości. Coś wisiało w powietrzu. I już wtedy powinnam była zaufać intuicji.

Straciłam grunt pod stopami

Był piątkowy wieczór. Tomek nie odzywał się od kilku godzin. „Ma zebranie, może siedzi z klientem”, powtarzałam sobie po raz setny, ale w głębi duszy coś już we mnie krzyczało, że to wymówki. Gdy zadzwonił telefon, aż podskoczyłam. Numer nieznany. Odebrałam odruchowo, z lekkim niepokojem.

– Dzień dobry, przepraszam, że dzwonię, ale... jest coś, co chyba powinna pani wiedzieć – odezwał się kobiecy głos.

– Słucham? – odpowiedziałam automatycznie, ściskając mocniej kubek.

– Nazywam się Ania. Nie znamy się, ale... jestem osobą, z którą pani narzeczony, Tomek, spotyka się od kilku miesięcy.

Serce zatrzymało mi się na ułamek sekundy. Przez kilka chwil nie mogłam złapać tchu.

– Co pani mówi...? – wydukałam, czując, jak herbata rozlewa mi się po dłoni. Parzyła, ale ból fizyczny był niczym w porównaniu do tego, co zaczynało się dziać w mojej głowie.

– Nie miałam pojęcia, że jesteście razem. Dopiero wczoraj przypadkiem zobaczyłam zdjęcie pierścionka zaręczynowego w jego telefonie. Wiem, że popełniłam błąd. Ale teraz... nie mogę udawać, że nic się nie stało. To nie w porządku wobec pani.

Głos jej lekko drżał. W tle słyszałam szum ulicy, odgłos silników, jakby stała gdzieś na przystanku.

– Skąd... skąd ma pani mój numer?

– Był w telefonie Tomka.

Poczułam, że tracę grunt pod stopami.

– Chciałam pani to powiedzieć. Naprawdę. Gdybym była na pani miejscu, chciałabym wiedzieć.

I wtedy się rozłączyła. Zostałam sama. To był ten moment, gdy człowiek chce się obudzić. Ale sen nie odpuszcza, bo to nie sen. To prawda.

Wybieranie jego numeru zajęło mi wieczność. Trzęsły mi się ręce.

– Cześć, jestem zajęty – usłyszałam jego głos.

– Kim jest Anka?

Cisza. Taka, która trwała zbyt długo, by była niewinna.

– Słucham? – jego głos nagle stracił pewność.

– Dzwoniła do mnie. Powiedziała, że jesteście... razem.

Znów milczenie. Potem oddech. Głębszy. Cięższy.

– Daj mi chwilę. Przyjadę i pogadamy.

Nie zaprzeczył. Nie zapytał, o co chodzi. Nie udawał zdziwienia. I to bolało bardziej niż wszystko.

Nie mogłam na niego patrzeć

Minęła godzina. Siedziałam przy kuchennym stole, nie mogąc nic przełknąć. Próbowałam zaparzyć sobie kolejną herbatę, ale tylko gapiłam się na parującą wodę. W mojej głowie mieszały się obrazy – jego twarz, jego dłonie, które gładziły moje włosy, jego głos, gdy mówił, że mnie kocha. Wszystko zaczęło wydawać się kłamstwem.

Gdy w końcu usłyszałam jego kroki na klatce schodowej, serce podskoczyło mi do gardła. Otworzyłam drzwi, zanim zdążył zapukać. Stał zrezygnowany, z rękami w kieszeniach, ubrany w tę samą kurtkę, którą miał na sobie w sylwestra, kiedy się oświadczał. Wtedy myślałam, że to najpiękniejsza noc mojego życia. Teraz nie potrafiłam na niego patrzeć.

– Tak – powiedział od razu, cicho. – To prawda. Spotykałem się z nią.

Oparłam się o ścianę, czując, że nogi mam z waty.

– Od kiedy? – głos mi się łamał, ale chciałam to wiedzieć.

– Od września.

Od września. Od czterech miesięcy żył na dwa fronty. Cztery miesiące patrzył mi w oczy i kłamał. Trzymał mnie za rękę, planował wspólną przyszłość, będąc równocześnie z kimś innym.

– Zabrałeś mnie na romantyczny weekend, mówiąc, że jestem kobietą twojego życia, że jesteś gotowy na ślub. I co? W tym samym czasie...?

To się wymknęło spod kontroli – powiedział, unikając mojego wzroku.

– To był twój wybór. Kłamstwo po kłamstwie. Każde spojrzenie, każdy pocałunek. Jak mogłeś?

Nie miał nic na swoją obronę. Kręcił się po mieszkaniu, jakby szukał czegoś, czego nie mógł znaleźć – może odwagi. A może resztek godności. Zaczęłam wrzucać jego rzeczy do torby. Bez słowa. Po prostu pakowałam wszystko, co kojarzyło mi się z nim – jego ładowarkę, ulubiony kubek, książkę, której nigdy nie skończył.

– Martyna, proszę... Wiem, że tego nie naprawię, ale...

– Wyjdź. – Zatrzymałam się na moment. – Po prostu wyjdź.

I wyszedł. Powoli, bez słowa. Nie próbował walczyć. Nie zapytał, czy może zostać. Jakby wiedział, że już nie ma prawa tu być. Zamknęłam drzwi i przez długą chwilę siedziałam na podłodze, słuchając ciszy. Tego nie da się opisać – tej ciszy, w której mieszkają rozczarowanie, żal i złamane serce.

Stałam się silniejsza

Następnego dnia przysłał wiadomość: „Zabiorę rzeczy w poniedziałek po pracy”. Nie odpisałam. Zamknęłam się w sobie. Cały weekend spędziłam na przeglądaniu zdjęć z Sylwestra, z wyjazdów, z naszych uśmiechniętych twarzy.

W poniedziałek wróciłam z pracy później niż zwykle, żeby mieć pewność, że go nie spotkam. I faktycznie, zastałam pustą półkę, brak jego szczoteczki w łazience, zniknął kubek z napisem „On”, który dostał ode mnie na rocznicę. Nawet jego zapach ulotnił się z pościeli.

Najgorsze nie było to, że mnie zdradził. Najgorsze było to, że całymi tygodniami patrzył mi w oczy i planował ze mną życie, wiedząc, że wszystko to fikcja.

Przyjaciółki dzwoniły, pytały, czy potrzebuję pomocy. Rodzicom jeszcze nic nie mówiłam. Jak powiedzieć: „Już się nie pobieramy, bo mnie zdradził”? Jak przestać się wstydzić, że się nie zauważyło? Wyrzuciłam pierścionek do pudełka po biżuterii i schowałam głęboko w szafie. Jeszcze nie byłam gotowa, by go oddać albo sprzedać. Jeszcze nie teraz.

Minęło kilka miesięcy. Latem nie było ślubu. Nie było gości, białej sukienki, tańców do rana. Była za to samotność, żal, mnóstwo łez i jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi. Ale przyszedł też dzień, w którym obudziłam się i poczułam, że potrafię oddychać. Dzień, w którym kupiłam sobie kwiaty, włożyłam ulubioną sukienkę i wyszłam na spacer bez cienia goryczy.

Nie jestem już tą samą osobą, która przyjmowała pierścionek zaręczynowy w sylwestra. Ale jestem silniejsza. I nie szukam już bajki. Szukam prawdy. Uczciwości. Kogoś, kto nie będzie się tłumaczył, że „tak jakoś wyszło”. Mój ślub może się kiedyś odbędzie, a może nie. Ale już nigdy nie dam sobie wmówić, że zdrada to pomyłka. Zdrada to wybór.

Martyna, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama