„W 2 tygodnie nad Morzem Bałtyckim wydaliśmy wszystkie zaskórniaki. Mąż chciał oszczędzić, ale drogo go to kosztowało”
„Zapach stęchlizny uderzył mnie, gdy tylko otworzyłam drzwi. Zamiast widoku na las, mieliśmy bezpośredni podgląd na stertę zardzewiałych narzędzi rolniczych. Co gorsza, od morza dzieliło nas ponad sześć kilometrów”.

Planowanie wakacji zawsze sprawiało mi radość. Oczami wyobraźni widziałam już nas na kamienistej plaży w Dalmacji, czułam zapach sosen i morskiej bryzy. Znaleźliśmy nawet wspaniały, przestronny apartament z widokiem na zatokę. Cena była rozsądna, zwłaszcza że rezerwowaliśmy z dużym wyprzedzeniem.
Byłam sceptyczna
Pewnego wieczoru Hubert, mój mąż, usiadł jednak przy stole z laptopem i miną człowieka, który właśnie odkrył nową galaktykę.
– Spójrz na to – powiedział, odwracając ekran w moją stronę.
Na monitorze widniała skomplikowana tabela. Kolumny wypełnione były liczbami, kursami walut, kosztami winiet, paliwa i jedzenia. Mąż spędził kilka godzin, analizując każdy możliwy wydatek związany z wyjazdem za granicę.
– Jeśli pojedziemy nad Bałtyk, zaoszczędzimy prawie jedną trzecią tej kwoty – oświadczył dumnie. – Znalazłem świetny domek. Właściciel twierdzi, że to urokliwa okolica, z dala od zgiełku. Zrobimy zakupy w dyskoncie przed wyjazdem, będziemy gotować sami i wrócimy z pełnym portfelem.
Wiedziałam, że polskie morze w środku sezonu bywa kapryśne pod względem pogody, a ceny wcale nie należą do najniższych. Hubert był jednak tak zdeterminowany i tak bardzo zależało mu na podreperowaniu naszych oszczędności, że w końcu uległam. Pomyślałam, że może faktycznie przesadzam, a wspólny czas jest ważniejszy niż miejsce na mapie. Zgodziłam się na ten eksperyment, wierząc w jego matematyczne wyliczenia.
Chciał oszczędzić
Podróż minęła nam w miarę spokojnie, choć Hubert uparł się, by omijać płatne odcinki autostrad, co wydłużyło naszą drogę o dobre trzy godziny. Kiedy w końcu dotarliśmy pod wskazany adres, mój optymizm ulotnił się w ułamku sekundy.
„Urokliwy domek z dala od zgiełku” okazał się byle jak skleconą z desek chatką, stojącą na podwórku u starszego gospodarza. Zapach stęchlizny uderzył mnie, gdy tylko otworzyłam drzwi. Zamiast widoku na las, mieliśmy bezpośredni podgląd na stertę zardzewiałych narzędzi rolniczych. Co gorsza, od morza dzieliło nas ponad sześć kilometrów. Gospodarz przywitał nas z szerokim uśmiechem, wręczając klucze i od razu przechodząc do konkretów.
– To będzie pięćdziesiąt złotych za dobę za parkowanie na mojej trawie – oznajmił, wskazując na skrawek błotnistego podwórka. – Do tego opłata klimatyczna, no i prąd rozliczamy z licznika na koniec pobytu.
– Jak to z licznika? – Hubert zbladł. – Przecież w ogłoszeniu nie było o tym słowa!
– Było, panie kochany, na samym dole, w regulaminie – odparł spokojnie właściciel. – Przecież prąd kosztuje. Bojler ciągnie, kuchenka elektryczna też.
Miałam dosyć
Mąż zapłacił z zaciśniętymi zębami. Już pierwszego dnia nasza wspaniała oszczędność zaczęła topnieć, a perspektywa codziennego dojeżdżania na plażę samochodem oznaczała kolejne wydatki na paliwo i miejskie parkingi. Hubert obiecał, że będziemy gotować sami, aby uniknąć „zdzierstwa” w nadmorskich smażalniach. Problem polegał na tym, że aneks kuchenny w naszym domku składał się z jednej małej i słabo grzejącej płytki elektrycznej oraz czajnika.
Nasze wymarzone wakacyjne posiłki szybko zamieniły się w makaron z sosem ze słoika i kanapki z żółtym serem. Kiedy po trzech dniach deszczowej pogody i siedzenia w zimnym domku miałam już serdecznie dość, zażądałam wyjścia do restauracji. Chciałam zjeść prawdziwą, świeżą rybę.
Hubert z niechęcią się zgodził, ale uparł się, że sam wybierze miejsce. Długo krążyliśmy po deptaku, zaglądając w menu wystawione przed wejściami. Mąż kręcił nosem na każdą cenę, aż w końcu wypatrzył małą, niepozorną budkę na samym końcu promenady. Na wielkim, jaskrawym szyldzie widniał napis „Najtańsza ryba w mieście!”.
– Widzisz? Trzeba tylko umieć szukać – powiedział z tryumfem.
Oszczędzał na jedzeniu
Zamówił dwie duże porcje dorsza z frytkami i surówką. Podeszliśmy do kasy. Sprzedawca rzucił ryby na wagę, postukał w klawiaturę kalkulatora i podał kwotę, która sprawiła, że Hubertowi dosłownie opadła szczęka.
– Przepraszam, chyba zaszła pomyłka – powiedział mąż, wpatrując się w wyświetlacz. – Na szyldzie jest inna cena.
– Cena na szyldzie dotyczy stu gramów samej ryby przed usmażeniem – odpowiedział znudzonym głosem sprzedawca. – Do tego dochodzi waga panierki, frytki, surówka, tacka i sos. Wszystko się zgadza.
Mąż zapłacił, bo nie chciał robić awantury przy pełnym lokalu, ale przez resztę popołudnia nie odezwał się ani słowem. Ryba ociekała starym tłuszczem i zupełnie nie była warta swojej ceny. Zrozumiałam wtedy, że pozorne okazje są najdroższe, ale najgorsze miało dopiero nadejść.
Codzienne dojazdy na plażę stały się naszą udręką. Miejskie parkingi przy zejściach do morza były drogie, więc Hubert opracował nową strategię. Postanowił zostawiać samochód w pobliskich lasach lub na dzikich polanach, byle tylko nie wrzucić kilku monet do parkometru. Zwracałam mu uwagę, że to ryzykowne, ale on tylko zbywał mnie machnięciem ręki.
Uszkodziliśmy auto
Czwartego dnia pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, by zwiedzić latarnię morską. Hubert zauważył znak informujący o płatnej strefie i natychmiast skręcił w wąską, nieutwardzoną drogę prowadzącą w głąb sosnowego zagajnika.
– Tu będzie idealnie. Nikt nas tu nie znajdzie, a do latarni dojdziemy spacerkiem – stwierdził z zadowoleniem.
Problem w tym, że droga była pełna ogromnych, ukrytych pod warstwą piasku kamieni i głębokich wyrw. Zanim zdążyłam zaprotestować, usłyszeliśmy potężny huk z prawej strony pojazdu, po którym nastąpił zgrzyt metalu trącego o ziemię. Samochód gwałtownie przechylił się na bok i zgasł.
Wyszliśmy z auta. Prawa przednia opona była całkowicie rozdarta, a felga wykrzywiona w nienaturalny sposób. Co gorsza, spod maski zaczęła kapać jakaś ciemna ciecz. Hubert wpadł w panikę. Próbowaliśmy założyć koło zapasowe, ale okazało się, że uszkodzone jest również zawieszenie. Auto nie nadawało się do dalszej jazdy.
Zamiast zwiedzać latarnię morską, spędziliśmy trzy godziny na poboczu leśnej drogi, czekając na lawetę. Ponieważ byliśmy w dość niedostępnym miejscu, a do tego w pełni sezonu turystycznego, kierowca pomocy drogowej podyktował stawkę, która przyprawiła mnie o dreszcze.
Dostał za swoje
Mechanik w najbliższym warsztacie również nie miał dobrych wieści. Naprawa wymagała sprowadzenia części, a usługa „na już” kosztowała podwójnie. Zostaliśmy bez samochodu, zmuszeni do korzystania z lokalnych, drogich taksówek, by wrócić do naszego domku.
Siedząc na rozpadającym się krześle w naszym wynajętym, zimnym pokoju, patrzyłam na męża, który z załamaną miną przeglądał wyciąg z konta w telefonie. Deszcz bębnił o blaszany dach naszej altany, potęgując uczucie beznadziei. Zamiast wypoczywać, oboje byliśmy wykończeni nerwowo.
– Przecież nie mogłem przewidzieć tej dziury w drodze – bronił się słabym głosem, czując na sobie mój wzrok.
– Mogłeś po prostu zapłacić dwadzieścia złotych za normalny parking! – wybuchnęłam, nie mogąc już dłużej tłumić frustracji. – Mogłeś nie wymyślać tych wszystkich absurdalnych oszczędności! Od samego początku tego wyjazdu liczymy każdy grosz, a przez to tracimy setki złotych na ukrytych opłatach, mandatach za złe parkowanie, rachunkach za prąd w tej ruderze i nieświeżym jedzeniu!
Wiedział, że mam rację
Kolejne dni upłynęły nam na czekaniu na naprawę auta, czytaniu książek pod kocem, bo w domku zrobiono się przeraźliwie zimno, i jedzeniu kanapek. Właściciel domku skrupulatnie spisał stan licznika, doliczając nam pokaźną kwotę za korzystanie z farelki, którą musieliśmy włączać wieczorami, by nie zamarznąć.
Ostatniego dnia, gdy odbieraliśmy samochód z warsztatu, Hubert bez słowa zapłacił rachunek za naprawę. Jego twarz wyrażała absolutną rezygnację. Po powrocie do naszego mieszkania w mieście poczułam ulgę, jakiej nie doświadczyłam od dawna. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po rozpakowaniu walizek, było włączenie komputera. Wpisałam do tabeli wszystkie nasze wydatki, co do grosza. Wcisnęłam przycisk sumowania. Wynik pojawił się na ekranie, a ja zaprosiłam męża do pokoju.
– Spójrz – powiedziałam.
Hubert pochylił się nad monitorem. Widziałam, jak jego oczy rozszerzają się ze zdumienia. Całkowity koszt naszych czternastu dni pełnych stresu, zimna i awantur nad polskim morzem przewyższył kwotę, jaką zapłacilibyśmy za wynajem komfortowego, w pełni wyposażonego apartamentu w Chorwacji, łącznie z kosztami dojazdu i wyżywienia na miejscu.
Przejrzał na oczy
– Chciałeś zaoszczędzić – kontynuowałam, zamykając laptopa. – A zafundowałeś nam najdroższe i najgorsze wakacje w naszym życiu. Twoje skąpstwo kosztowało nas podwójnie. Nie tylko straciliśmy pieniądze, ale przede wszystkim straciliśmy szansę na odpoczynek.
Hubert usiadł ciężko na kanapie i ukrył twarz w dłoniach. Tym razem nie miał żadnych argumentów, żadnych tabelek ani genialnych pomysłów. Przyznał mi rację i przeprosił za swój upór. To doświadczenie było dla niego jak kubeł lodowatej wody, prosto z chłodnego Bałtyku.
Teraz, gdy zbliża się kolejne lato, to ja zajmuję się rezerwacjami. Wybieramy sprawdzone miejsca, płacimy za przejrzyste oferty i nie szukamy okazji tam, gdzie ich nie ma. Wiem już na pewno, że pewnych rzeczy nie da się przeliczyć na najniższe stawki. Święty spokój i komfort mają swoją cenę, a ja jestem gotowa ją zapłacić. W tym roku jedziemy na południe, a jedyny arkusz kalkulacyjny w naszym domu służy do wyliczania dni pozostałych do urlopu.
Justyna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Płaciłam za korepetycje syna, żeby zdał maturę i poszedł na studia. Wierzyłam, że zostanie lekarzem i wyrwie nas z biedy”
- „Moja córka wykreśliła mnie ze swojego życia. Zamarłem, gdy po latach otworzyłem drzwi nieznajomemu młodemu mężczyźnie”
- „Brakowało mi świata z wyższych sfer. Dla chwili złudnego szczęścia niemal zniszczyłam swoje małżeństwo”

