„Uwierzyłem, że dzieci zaakceptują moją nową partnerkę. Szybko zrozumiałem, że sprytnie grają na moich uczuciach”
„Zacząłem zauważać drobiazgi. Gdy Marta przynosiła coś słodkiego, dzieci twierdziły, że nie lubią. Kiedy proponowała wspólny spacer, nagle mieli mnóstwo nauki. A kiedy byliśmy sami, zachowywali się normalnie, jakby nic się nie działo”.

- Redakcja
Po rozwodzie długo byłem sam. Kiedy w moim życiu pojawiła się Marta, pierwszy raz od dawna poczułem, że mogę jeszcze z kimś budować codzienność. I bałem się reakcji dzieci. Szymon miał piętnaście lat, Zosia jedenaście. Wydawało mi się, że są już na tyle duzi, że zrozumieją, że ich ojciec też ma prawo do szczęścia. Myliłem się. I to bardziej, niż chciałbym przyznać. Pamiętam tamten niedzielny obiad. Marta stała w kuchni, poprawiając włosy, jakby szła na egzamin.
– Może jednak za wcześnie? – szepnęła. – Nie chcę, żeby czuli się niekomfortowo.
– Nie będą – zapewniłem ją. – To mądre dzieci.
Kiedy przyszli, Zosia rzuciła się Marcie na szyję.
– Tata dużo o pani mówił! – uśmiechnęła się szeroko.
Szymon podał jej rękę, aż za uprzejmie.
– Miło panią poznać.
Odetchnąłem z ulgą. Siedzieliśmy przy stole, śmialiśmy się, Zosia opowiadała o szkole, Szymon żartował. Marta rozluźniła się, nawet zaczęła planować wspólny wypad w góry. Wieczorem Szymon podszedł do mnie i powiedział:
– Tato, skoro jesteś szczęśliwy… to my też spróbujemy – powiedział poważnie.
Przytuliłem go, wzruszony. Byłem przekonany, że wszystko pójdzie dobrze. Nie zauważyłem tylko jednego: kiedy zamykał drzwi, jego twarz nagle spoważniała, jakby właśnie podjął jakąś decyzję.
Serce zabiło mi mocnej
Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się tydzień później. Zosia wróciła ze szkoły z zapłakaną twarzą. Marta akurat była u mnie.
– Co się stało? – zapytałem, podnosząc się z kanapy.
– Pani od matematyki… powiedziała, że się nie przykładam – wyszeptała.
Marta podeszła bliżej.
– Może usiądziemy razem i spróbujemy coś powtórzyć? – zaproponowała łagodnie.
Zosia spojrzała na nią nieufnie, po czym wtuliła się we mnie.
– Nie chcę… Chcę z tatą.
Zignorowałem to. Uznałem, że potrzebuje czasu. Kilka dni później zadzwoniła wychowawczyni Szymona.
– Pana syn opuścił dwie lekcje w tym tygodniu. Tłumaczył się wizytą u lekarza, ale nie mamy żadnego usprawiedliwienia.
Zmarszczyłem brwi. Nic o tym nie wiedziałem. Wieczorem zapytałem go spokojnie:
– Coś się dzieje?
– Nic – wzruszył ramionami. – Po prostu ciężko mi ostatnio.
Marta siedziała obok mnie.
– Może to dużo zmian naraz? – wtrąciła delikatnie.
Szymon spojrzał na nią chłodno.
– Nie mówiłem do pani.
Zapadła cisza. Poczułem, jak napina mi się kark.
– Tak nie rozmawiamy – powiedziałem ostrzej.
– Przepraszam – rzucił bez przekonania i wyszedł.
Później Zosia przyszła do mnie wieczorem.
– Tato… a jak Marta się tu wprowadzi, to my będziemy mieszkać tylko u mamy częściej?
– Nikt was nie odsyła – odpowiedziałem zaskoczony. – Kto ci tak powiedział?
Zawahała się.
– Tak tylko pytam.
Zacząłem zauważać drobiazgi. Gdy Marta przynosiła coś słodkiego, dzieci twierdziły, że nie lubią. Kiedy proponowała wspólny spacer, nagle mieli mnóstwo nauki. A kiedy byliśmy sami, zachowywali się normalnie, jakby nic się nie działo. Pewnego wieczoru usłyszałem ich rozmowę przez uchylone drzwi.
– Musisz bardziej się starać – szeptał Szymon. – Jak zobaczy, że przez nią jest gorzej, to zrezygnuje.
– Ale ja nie chcę, żeby tata był smutny – odpowiedziała Zosia cicho.
– Teraz jest. Tylko jeszcze nie widzi.
Zamarłem. Serce zabiło mi mocnej. To nie były przypadkowe reakcje. To był plan. Wróciłem do salonu, gdzie Marta przeglądała zdjęcia z wakacji.
– Wszystko w porządku? – zapytała, widząc moją minę.
Patrzyłem na nią przez chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć. Uwierzyłem, że dzieci potrzebują czasu. A one… zaczęły grać na moich uczuciach.
Nie wiedziałem, co robić
Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Słowa Szymona krążyły mi w głowie. „Jak zobaczy, że przez nią jest gorzej, to zrezygnuje”. To nie był bunt nastolatka. To było przemyślane. Rano postanowiłem z nim porozmawiać.
– Wczoraj słyszałem waszą rozmowę – powiedziałem bez owijania w bawełnę.
Zastygł z łyżką w dłoni.
– Podsłuchiwałeś?
– Drzwi były uchylone. Nie o to chodzi. Dlaczego to robicie?
Wzruszył ramionami, ale jego oczy zrobiły się twarde.
– Bo wszystko się zmienia na gorsze. A ty zachowujesz się, jakby było wspaniale.
– Jest wspaniale – odpowiedziałem zbyt szybko. – Marta nic wam nie zrobiła.
– Właśnie – wtrąciła Zosia cicho. – Nic nam nie zrobiła, ale zabrała nam ciebie.
Zrozumiałem wtedy, że dla nich nie chodziło o Martę. Chodziło o miejsce. O mnie. Po południu Marta przyszła z zakupami. Zosia zamknęła się w pokoju, Szymon wyszedł bez słowa.
– Co się dzieje? – zapytała Marta, odkładając torby.
Usiadłem naprzeciw niej.
– Oni próbują nas rozdzielić – powiedziałem w końcu.
Zbladła.
– Czyli jednak mnie nie akceptują.
– Boją się.
– A ty? – spojrzała mi prosto w oczy. – Po czyjej jesteś stronie?
To pytanie zabolało.
– Nie ma stron – odpowiedziałem. – To moje dzieci i kobieta, którą kocham.
– Ale wybór będzie twój – powiedziała spokojnie. – Ja nie chcę być powodem waszych konfliktów.
Kilka dni później sytuacja się zaostrzyła. Wychowawczyni Zosi znów zadzwoniła. Szymon wrócił z kolejną uwagą. W domu panowało napięcie. Marta przestała proponować wspólne wyjścia. Stała się cicha, wycofana. Pewnego wieczoru znalazłem ją w przedpokoju z walizką.
– Co robisz? – zapytałem, czując, jak ściska mnie w gardle.
– Daję wam przestrzeń – odpowiedziała. – Nie chcę, żeby dzieci cierpiały.
– To nie twoja wina!
– Może nie. Jednak jeśli przez moją obecność zaczynają manipulować tobą… to znaczy, że sytuacja je przerasta.
Chciałem ją zatrzymać. Jednocześnie w pokoju obok siedziały moje dzieci, przekonane, że walczą o ojca. Stałem między nimi a nią. I po raz pierwszy naprawdę poczułem, że mogę wszystko stracić.
Nie mogłem tego tak zostawić
Nie pozwoliłem jej wtedy wyjść. Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami.
– Nigdzie nie idziesz – powiedziałem ciszej, niż planowałem. – Jeśli teraz wyjdziesz, to oni nauczą się, że wystarczy trochę nacisnąć, żeby świat się dostosował.
Marta długo na mnie patrzyła.
– A jeśli to ja jestem tym „światem”, który im zabierasz?
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego poszedłem do pokoju dzieci.
– Do salonu. Oboje. Teraz.
Usiedli naprzeciwko mnie. Zosia nerwowo bawiła się rękawem bluzy, Szymon miał uniesioną brodę, jakby szykował się do obrony.
– Wiem, co robicie – zacząłem spokojnie. – Wiem, że specjalnie pogarszacie oceny. Wiem, że próbujecie sprawić, żebym uznał, że Marta jest problemem.
Zosia spuściła wzrok. Szymon nie zaprzeczył.
– Bo to prawda – powiedział w końcu. – Odkąd ona tu jest, wszystko jest inne.
– Inne nie znaczy gorsze.
– Dla nas znaczy – wtrąciła Zosia drżącym głosem. – Kiedy była tylko nasza sobota, byłeś tylko z nami. Teraz ciągle na nią patrzysz.
Zamarłem. Nie dlatego, że się mylili. Dlatego, że mieli rację.
– Bałem się, że jak powiemy wprost, to wybierzesz ją – dodał Szymon ciszej. – Więc chcieliśmy, żebyś sam zobaczył, że to nie działa.
Usiadłem ciężko na fotelu.
– Czy wy naprawdę myślicie, że trzeba mnie stawiać pod ścianą, żebym was kochał?
Cisza była odpowiedzią.
– Posłuchajcie mnie uważnie – powiedziałem, starając się, by głos mi nie zadrżał. – Kocham was bezwarunkowo. I nic tego nie zmieni. Jednak nie pozwolę, żebyście mną manipulowali. To nie jest droga.
Zosia zaczęła płakać.
– My po prostu nie chcemy cię stracić…
Przytuliłem ją. Szymon przez chwilę siedział sztywno, po czym też podszedł bliżej.
– Nie stracicie mnie – powtórzyłem. – Ale ja też nie chcę stracić siebie.
Tamtego wieczoru długo rozmawialiśmy. O zazdrości. O lęku. Powiedziałem im też, że Marta nie wyprowadzi się, bo problemy rozwiązuje się rozmową, a nie naciskiem. Kiedy wróciłem do przedpokoju, walizka wciąż tam stała. Marta siedziała na kanapie wpatrzona w podłogę.
– Usłyszeli, to co miałem im do powiedzenia – powiedziałem tylko.
Walizka została rozpakowana. Nie było nagłego cudu ani rodzinnej sielanki. Były trudne dni, szczere rozmowy i powolne budowanie zaufania. Szymon przestał opuszczać lekcje. Zosia zaczęła sama pytać Martę o pomoc w zadaniach. Nie dlatego, że ją pokochali z dnia na dzień. Tylko dlatego, że przestali walczyć o coś, czego nigdy nie zamierzałem im odbierać. Najtrudniejsze było przyznać, że przez chwilę byłem gotów zrezygnować z własnego szczęścia, żeby udowodnić dzieciom, że są najważniejsze. Dopiero gdy przestałem wybierać „stronę”, zaczęliśmy naprawdę być rodziną.
Paweł, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przypadkiem odkryłem tajemnicę ojca. Nie rozumiałem, jak mógł przez tyle lat okłamywać mamę dzień w dzień”
- „Wyjazd do Zakopanego miał tchnąć świeżość w nasze życie. Romans z byłym nie był na mojej liście”
- „W sanatorium leżałam w borowinach i cudzych ramionach. Dałam się oszukać i na stare lata zostanę samotną matką”

