Reklama

Od lat żyłam w rytmie jego powrotów i przeprosin. Wiktor potrafił być czarujący jak nikt inny – śmiał się głośno, planował spontaniczne wyjazdy, przytulał mnie w kuchni, gdy mieszałam zupę. A potem znikał emocjonalnie, zamykał się w sobie, jakby w naszym domu brakowało mu powietrza. Już wcześniej łamał moje zaufanie, a ja za każdym razem tłumaczyłam go przed sobą i światem.

Przy śniadaniu uśmiechaliśmy się do córek, choć między nami wisiało napięcie, którego nie dało się ukryć. Kiedy odkryłam kolejny romans, byłam bardziej zmęczona niż zaskoczona. A jednak znów uwierzyłam w jego obietnice.

Kolejny raz mnie zawiódł

Telefon leżał na blacie w kuchni. Nie planowałam go sprawdzać. Ekran rozświetlił się sam, gdy przyszła wiadomość. Imię „Lidia” zobaczyłam kątem oka. Wiktor wyszedł tylko na chwilę do garażu.

– Kto to? – zapytałam, kiedy wrócił.

Zamarł. Dosłownie na sekundę, ale wystarczyło.

– Sprawy firmowe – odpowiedział zbyt szybko.

Odblokowałam telefon, zanim zdążył mi go zabrać. Wystarczyło kilka zdań. „Tęsknię za wczoraj”. „Nie mogę przestać o tobie myśleć”.

Od jak dawna? – mój głos był dziwnie spokojny.

Usiadł naprzeciwko mnie, jak uczeń przyłapany na ściąganiu.

– Magda, to nic nie znaczyło. Pogubiłem się. Bałem się, że już cię nie obchodzę.

– Więc znalazłeś kogoś, kto będzie cię podziwiał? – spytałam.

Ukrył twarz w dłoniach.

To był błąd. Ostatni raz. Przysięgam ci na wszystko. Zerwę z nią, pójdę na terapię. Tylko nie odchodź.

Słyszałam te słowa już kiedyś. Różniły się szczegółami, ale sens był ten sam. A jednak kiedy zobaczyłam łzy w jego oczach, coś we mnie miękło. Może bardziej bałam się samotności niż jego zdrad. Przez kolejne tygodnie zachowywał się wzorowo. Odbierał dziewczynki ze szkoły, planował wspólne kolacje, odkładał telefon na bok, gdy wchodziłam do pokoju. Czasem łapał mnie za rękę i szeptał:

– Dziękuję, że dałaś mi jeszcze jedną szansę.

Chciałam wierzyć, że to początek nowego rozdziału. Że tym razem naprawdę zrozumiał.

Wciąż chciałam wierzyć

Minęły trzy miesiące. W naszym domu zapanował spokój, który na początku wydawał się czymś bezcennym. Wiktor wracał punktualnie, przynosił dziewczynkom drobne upominki, a mnie pytał, jak minął dzień. Wieczorami oglądaliśmy razem filmy, siedząc obok siebie na kanapie, jakbyśmy próbowali nadrobić stracony czas.

– Widzisz? – powiedział kiedyś, gdy córki już spały. – Może być normalnie.

Słowo „normalnie” zabrzmiało jak zaklęcie. Skinęłam głową, choć nie byłam pewna, czy jeszcze pamiętam, co to znaczy. Zauważyłam, że przestał wychodzić z domu pod byle pretekstem. Nie wspominał o Lidii. Jej imię zniknęło z naszych rozmów jak coś wstydliwego, co zamiata się pod dywan. Część mnie odetchnęła, ale druga część wciąż była czujna. Czasem, gdy siedział z telefonem, marszczył brwi i szybko wygaszał ekran, gdy przechodziłam obok.

– Ktoś z pracy? – pytałam mimochodem.

– Tak, projekty się same nie zrobią – odpowiadał, nie patrząc mi w oczy.

Powtarzałam sobie, że przesadzam. Że skoro obiecał, to dotrzyma słowa. W końcu starał się. Zabierał nas na weekend za miasto, śmiał się z dziewczynkami, a mnie obejmował w talii tak, jak kiedyś. Jednej nocy obudziłam się i zobaczyłam, że nie ma go w łóżku. Światło w salonie było przygaszone. Siedział na kanapie, z telefonem w dłoni. Gdy weszłam, podniósł głowę.

– Nie możesz spać? – zapytał.

– A ty?

– Też nie.

Usiadłam obok niego. Pachniał znajomo i... bezpiecznie. Oparłam głowę na jego ramieniu.

Czasem się boję – powiedziałam cicho. – Że to tylko cisza przed kolejną burzą.

Objął mnie mocniej.

– Nie będzie żadnej burzy. Zrozumiałem, co jest ważne.

Chciałam, żeby to była prawda. Każdego dnia przekonywałam samą siebie, że skoro jest spokojnie, to znaczy, że zagrożenie minęło. A jednak wciąż czułam niepokój. Zaczęłam analizować drobiazgi. Krótkie uśmiechy do ekranu. Chwile ciszy, kiedy wydawało się, że myślami jest daleko. Czułam się jak ktoś, kto stoi na lodzie i nasłuchuje, czy pod stopami nie pojawi się pęknięcie. Najbardziej bolało mnie to, że wciąż chciałam wierzyć. Że może tym razem naprawdę wybrał mnie.

Serce waliło mi w piersi

O wyjeździe Lidii dowiedziałam się przypadkiem. Spotkałam jej dawną koleżankę w sklepie papierniczym. W małym miasteczku trudno być anonimowym. Rozmawiałyśmy zdawkowo, aż w pewnym momencie usłyszałam:

– Szkoda, że Lidia już tu nie pracuje. Ale podobno świetnie sobie radzi w Norwegii.

Poczułam, jak coś ściska mnie w środku.

– Wyjechała? – zapytałam, udając obojętność.

– Tak, kilka miesięcy temu. Podobno na stałe.

Kilka miesięcy. Czyli wtedy, gdy Wiktor przysięgał mi, że to koniec. Wracałam do domu z dziwnym spokojem. W głowie układałam fakty jak puzzle. Może rzeczywiście zerwał. Może jej wyjazd tylko przyspieszył decyzję. Kilka dni później Wiktor zostawił telefon w kuchni, gdy poszedł wziąć prysznic. Nie planowałam niczego sprawdzać, ale gdy zobaczyłam ikonę archiwum wiadomości, coś mnie tknęło.

Serce waliło mi w piersi, gdy otwierałam kolejne rozmowy. Były daty. Były godziny – głównie nocne. I były słowa, których od dawna nie słyszałam od niego. „Brakuje mi twojego śmiechu”. „Gdyby sytuacja była inna, wszystko potoczyłoby się inaczej”. „Może kiedyś jeszcze spróbujemy”.

Nie było w tych wiadomościach planów spotkań. Nie było konkretów. Była tęsknota. Cicha, pielęgnowana jak coś kruchego. Usłyszałam kroki na schodach. Odłożyłam telefon dokładnie w to samo miejsce. Wiktor wszedł do kuchni z mokrymi włosami.

– Wszystko w porządku? – zapytał, widząc moją twarz.

– Tak – odpowiedziałam spokojnie. – Właśnie się zastanawiałam, czy Norwegia to dobre miejsce do życia.

Zatrzymał się w pół kroku.

– Skąd ten temat?

– Spotkałam dziś koleżankę Lidii. Mówiła, że wyjechała kilka miesięcy temu.

Milczał. Zbyt długo.

– Chciałam tylko wiedzieć – dodałam. – Czy zakończyłeś to dlatego, że tak wybrałeś… czy dlatego, że nie miałeś wyboru?

Oparł się o blat.

– Magda, to skomplikowane.

– Nie. To bardzo proste. – Spojrzałam mu w oczy. – Pisałeś do niej w nocy. Wciąż to robisz.

Nie zaprzeczył.

– To tylko słowa – powiedział w końcu. – Nic się nie dzieje.

Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie wybuchłam. Nie płakałam.

– Dla ciebie to tylko słowa. Dla mnie to dowód, że to nadal trwa – odpowiedziałam.

Wtedy przyznał, że Lidia nie chciała związku na odległość. Że to ona podjęła decyzję o wyjeździe i definitywnym rozstaniu.

– Zostałem, bo mam rodzinę – powiedział. – Bo was kocham.

– A ją?

Nie odpowiedział od razu.

– Myślałem, że kiedyś wróci – wyszeptał.

W tamtej chwili zrozumiałam, że jego obietnica była prawdziwa tylko częściowo. Nie zdradzał mnie, bo nie miał jak. Nie dlatego, że wybrał mnie bez wahania. I coś we mnie pękło – nie z hałasem, ale cicho, jak cienka nić.

Przestałam wierzyć w iluzję

Po tamtej rozmowie nasz dom stał się miejscem, w którym wszystko było poprawne, ale nic nie było prawdziwe. Wiktor zachowywał się tak, jakbyśmy ustalili, że temat nie istnieje. Wstawał rano, szykował kawę, pytał dziewczynki o sprawdziany.

– Magda, możesz dziś odebrać młodszą? Mam spotkanie – rzucał zwyczajnym tonem.

Patrzyłam na niego i widziałam mężczyznę, który panicznie trzyma się stabilności. Nie mnie. Stabilności. Wieczorami próbował wracać do „nas”.

– Nie możemy przekreślać wszystkiego przez kilka wiadomości – powiedział kiedyś, siadając naprzeciwko mnie przy stole. – Przecież jestem tutaj.

– Fizycznie tak – odpowiedziałam spokojnie. – Ale myślami wciąż gdzie indziej.

Westchnął z irytacją.

– Zawsze szukasz problemu.

To zdanie zabolało bardziej niż przyznanie się do tęsknoty za Lidią. Bo nagle to ja stałam się tą, która przesadza. Tą, która nie potrafi docenić, że „został”. Zaczęłam analizować nasze lata razem. Ile razy tłumaczyłam jego impulsywność jako „temperament”. Ile razy usprawiedliwiałam jego nieobecność zmęczeniem. Ile razy mówiłam sobie, że każdemu zdarzają się błędy. Pewnego wieczoru siedzieliśmy w salonie. Dziewczynki już spały. Cisza była gęsta.

Gdyby wróciła – zapytałam nagle – co byś zrobił?

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– To pytanie nie ma sensu.

– Odpowiedz.

Milczał. A potem powiedział coś, czego się spodziewałam, ale czego nie chciałam usłyszeć.

– Nie wiem.

To „nie wiem” było bardziej szczere niż wszystkie jego przysięgi. I bardziej okrutne. W tamtej chwili przestałam z nim walczyć. Nie dlatego, że przestało mnie boleć. Tylko dlatego, że zrozumiałam, iż nie mogę rywalizować z marzeniem o kobiecie, która wyjechała i za którą wciąż tęsknił.

Zaczęłam się wycofywać. Przestałam pytać, przestałam sprawdzać telefon. Zapisałam się na terapię. Wróciłam do pracy na pełen etat. Otworzyłam własne konto, uporządkowałam dokumenty. Wiktor zauważył zmianę.

– Jesteś jakaś obca – powiedział pewnego dnia.

– Uczę się być sobą – odpowiedziałam.

Coraz częściej patrzył na mnie z niepokojem. Jakby dopiero teraz zrozumiał, że coś wymyka mu się z rąk. Ale nie walczył o mnie tak, jak walczył o utrzymanie naszego wspólnego obrazu przed światem. Między nami zrobiło się chłodno. Uprzejmie, oficjalnie. Iluzja małżeństwa trwała, ale ja przestałam w nią wierzyć.

Czułam tylko obojętność

Najtrudniejsze nie było podjęcie decyzji. Najtrudniejsze było przyznanie przed sobą, że decyzja już zapadła. Pewnego wieczoru wróciłam późno z pracy. Dziewczynki spały, w domu panowała cisza. Wiktor zasnął na kanapie z włączonym telewizorem. Usiadłam naprzeciwko niego i przez chwilę po prostu patrzyłam.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej ten widok wywołałby we mnie lawinę emocji. Złość, żal, pragnienie, żeby nim potrząsnąć i zapytać, dlaczego nie potrafi wybrać mnie bez wahania. Tym razem nie czułam nic z tych rzeczy. Był dla mnie jak znajomy, z którym dzieli się przestrzeń, ale nie serce. Wyłączyłam telewizor. Otworzył oczy.

– Która godzina? – mruknął.

– Późno.

Usiadł prosto, jakby nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.

– Magda… ostatnio jesteś jakaś dziwna. Co się dzieje?

Spojrzałam na niego spokojnie.

– Nic się nie dzieje. Właśnie to jest problem.

– Nie rozumiem.

Ja już nie czekam – powiedziałam. – Nie czekam, aż zdecydujesz, czy jestem wystarczająca. Nie czekam, aż przestaniesz tęsknić za kimś, kto wyjechał.

Milczał. W jego oczach zobaczyłam lęk. Nie o mnie. O utratę tego, co było wygodne.

Chcesz odejść? – zapytał cicho.

Zastanowiłam się chwilę. Słowo „odejść” kiedyś przerażało mnie najbardziej na świecie.

– Chcę żyć bez poczucia, że jestem planem awaryjnym – odpowiedziałam.

Nie było sceny. Nie było dramatycznych gestów. W kolejnych tygodniach zaczęliśmy rozmawiać konkretnie – o mieszkaniu, o opiece nad dziewczynkami, o podziale obowiązków. Ku mojemu zaskoczeniu nie protestował długo. Jakby w głębi duszy wiedział, że to konsekwencja jego własnych wyborów.

Ostatniej nocy przed jego wyprowadzką stałam w drzwiach sypialni i patrzyłam, jak śpi. Po raz pierwszy od lat nie czułam ani bólu, ani gniewu. Tylko obojętność. I wtedy zrozumiałam, że to właśnie ona jest prawdziwym końcem miłości. Nie zdrada, nie kłamstwo, a obojętność. Zamknęłam drzwi cicho, bez łez.

Magdalena, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama