„Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”
„Przez kolejne dni chodziłam jak cień po domu. Nie potrafiłam zebrać myśli. Wszystko, co wcześniej uważałam za oczywiste, teraz rozsypywało się w pył. Syn nie odbierał telefonu. Synowa zniknęła. W końcu postanowiłam do niej zadzwonić, choć przyznam szczerze – palce drżały mi, kiedy wybierałam numer”.

- Redakcja
Zawsze powtarzałam, że matka wie najlepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o własnego syna. Ja też byłam przekonana, że potrafię ocenić, co mu wyjdzie na dobre, a co go zgubi. I właśnie dlatego, kiedy pierwszy raz przyprowadził swoją wybrankę do naszego domu, od razu poczułam, że coś mi tu nie gra. Może to intuicja, może zwykłe uprzedzenie – trudno powiedzieć.
Była cicha, nieśmiała, jakby z innego świata. Patrzyła niepewnie, nie wchodziła nikomu w słowo, nie miała zadziorności ani błysku, który, jak sądziłam, powinien mieć ktoś, kto chce wejść do naszej rodziny. Siedziała na brzegu kanapy, popijała herbatę i próbowała uśmiechać się uprzejmie, gdy temat schodził na rodzinne anegdotki. Już wtedy wiedziałam, że nie będzie jej łatwo. Oczywiście starałam się zachowywać uprzejmość, ale z każdym kolejnym spotkaniem utwierdzałam się w przekonaniu, że mój syn popełnia błąd.
Nigdy nie powiedziałam tego wprost – przynajmniej nie jemu. Wolałam subtelne uwagi, rzucane niby od niechcenia. Zawsze znalazłam powód, by skrytykować jej wybory czy gesty. Przez długi czas byłam pewna, że robię to dla jego dobra, że jeszcze mi kiedyś podziękuje. Tak mijały lata, a ja, zadowolona z własnej bystrości, nie zauważyłam, że w tej układance coś zgrzyta coraz mocniej. Dopiero wtedy, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli, musiałam stanąć twarzą w twarz z prawdą, którą tak uparcie spychałam na margines.
Byłam dla niej okrutna
Nie ukrywam – byłam królową własnego domu i każdy, kto do nas wchodził, musiał podporządkować się moim regułom. Tak było zawsze, tak wychowałam dzieci, tak żył mój mąż, a nawet sąsiadki nie śmiały przyjść bez zapowiedzi. Kiedy więc pojawiła się ona, nagle zaczęły się zmiany, do których nie byłam przyzwyczajona. Nie smakowały jej moje pierogi, nie piła kawy z mlekiem, bo „laktoza”, a na święta przywoziła własny makowiec z mąki, o której wcześniej nie słyszałam. Mój syn tylko wzruszał ramionami.
– Mamo, przecież to nic takiego. Takie czasy, wszyscy teraz mają jakieś swoje diety – mruczał pod nosem, a ja nie dawałam za wygraną.
– Synku, to chyba nie grzech zjeść kawałek normalnego ciasta raz w roku, co? Twoja babcia się w grobie przewraca na samą myśl, że makowiec bez masła i jajek – fuknęłam, odkładając nóż.
Synowa zarumieniła się i spuściła wzrok. Nie powiedziała nic, tylko poprawiła rękaw bluzki i zaczęła nerwowo zwijać serwetkę.
– Ja... nie chcę sprawiać kłopotu. Po prostu źle się czuję po niektórych produktach, naprawdę nie chodzi o brak szacunku do tradycji – wydukała cicho.
– O, to ciekawe. A jak jeździsz do swojej mamy, też masz takie wymagania? – nie odpuszczałam.
Mój syn spojrzał na mnie z irytacją, pierwszy raz od dawna.
– Mamo, możesz już przestać? Przecież nikt cię tu nie krytykuje.
Ja jednak nie odpuściłam, tylko przewróciłam oczami.
– A niech wam będzie, tylko potem nie narzekajcie, że rodzinne święta są jakieś inne.
Przy stole zapadła cisza. Mój mąż udawał, że nie słyszy, synowa nie podnosiła wzroku, a ja wcale nie czułam, że wygrałam.
Nie umiałam jej zaakceptować
Z czasem, im bardziej się starałam, tym bardziej wszystko wymykało mi się spod kontroli. Synowa coraz rzadziej przyjeżdżała na niedzielne obiady, a kiedy już się pojawiała, siedziała przy stole jak na szpilkach. Syn zerkał na mnie z niepokojem. Widziałam, że zaczyna mu zależeć, żebym trzymała język za zębami.
Pewnego dnia postanowiłam, że porozmawiam z synem w cztery oczy. Zaparzyłam mocną kawę, włożyłam najlepszy sweter i zadzwoniłam do niego, żeby przyszedł sam.
– Co jest, mamo? – wszedł do kuchni i od razu usiadł przy stole. – Coś się stało?
– Usiądź, musimy pogadać – zaczęłam poważnie. – Nie chodzi mi o ciebie, tylko o tę twoją żonę. Wiesz, ja naprawdę próbowałam ją polubić, ale ona chyba nie pasuje do naszej rodziny.
Syn westchnął głośno i potarł czoło.
– Mamo, ile razy mamy to jeszcze przerabiać? Ty jej nawet nie dałaś szansy.
– No przepraszam, ale nie będę udawać, że wszystko mi się podoba! Zawsze chodzisz smutny, ona taka cicha, dziwne zasady, zero wspólnego śmiechu. Ja się po prostu martwię o ciebie.
– Martwisz się czy nie możesz zaakceptować, że jestem dorosły? – rzucił nagle, zupełnie bezceremonialnie.
– No pięknie! Już nie można nic powiedzieć. Ty wiesz najlepiej. Tylko się nie zdziw, jak ona kiedyś po prostu odejdzie. Takie delikatne dziewczyny rzadko wytrzymują w naszych stronach – mówiłam z lekką złośliwością, ale widziałam, jak go to trafia.
– Mamo, ona nie jest delikatna, tylko zmęczona tym, że ciągle coś jest nie tak. Może porozmawiaj z nią jak z człowiekiem, a nie z egzaminowaną synową.
Westchnęłam ciężko, udając, że nie robi to na mnie wrażenia, ale pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie przesadzam.
Miarka się przebrała
Przez kilka następnych tygodni atmosfera gęstniała z dnia na dzień. Synowa unikała spotkań, a syn coraz częściej znajdował wymówki, żeby nie wpadać na rodzinny obiad. W końcu nadeszły moje urodziny – zawsze świętowaliśmy je razem. Tym razem zadzwonił do mnie tuż przed śniadaniem.
– Mamo, będziemy później, musimy coś załatwić po drodze – powiedział chłodno.
– Znowu coś? Przecież wiedzieliście o obiedzie od miesiąca! – zrzędziłam, bo w głębi duszy czułam, że zaraz pęknę.
– Wiem, przepraszam – mruknął syn i odłożył słuchawkę, nawet nie czekając na moją odpowiedź.
Pojawili się po południu. Weszli razem, ale od razu było widać, że między nimi coś się zmieniło. Synowa była jeszcze bardziej blada niż zwykle, syn miał nerwowe ruchy i patrzył na mnie, jakby czekał na wybuch.
– Wszystkiego najlepszego – powiedziała synowa cicho, próbując się uśmiechnąć.
– Tak, tak… Zawsze w biegu, zawsze spóźnieni. Może następnym razem przyślecie kartkę – fuknęłam, nie potrafiąc się powstrzymać.
Syn zaciął się w pół kroku.
– Mamo, czy naprawdę nie możesz choć raz odpuścić?
– Odpuszczam całe życie. Tobie, twojemu ojcu, wszystkim. A ty jak zwykle masz pretensje, że nie jestem wystarczająco miła. Zastanów się, komu na tym wszystkim powinno zależeć – rzuciłam przez zęby.
– Ja się chyba pójdę przewietrzyć – powiedziała nagle synowa i wyszła na balkon, nawet się nie tłumacząc.
Zostaliśmy sami w kuchni. Syn spuścił głowę i długo milczał.
– Mamo, powiedz mi szczerze, czy ty ją kiedykolwiek lubiłaś? – zapytał nagle, nie podnosząc wzroku.
– Może nie lubiłam, ale myślałam, że chronię rodzinę. Chciałam dobrze – powiedziałam ciszej, niż zamierzałam.
Przez moment żadne z nas nie potrafiło znaleźć słów. Po raz pierwszy poczułam, że może tym razem nie mam racji.
Nie mogłam w to uwierzyć
Dzień po urodzinach zadzwonił telefon. Byłam pewna, że to syn – zwykle dzwonił, kiedy chciał się usprawiedliwić. Tym razem jego głos brzmiał dziwnie sztywno.
– Mamo, mogę wpaść po pracy? Sam.
– Oczywiście, synku. Coś się stało? – zapytałam odruchowo, choć czułam już w kościach, że coś się wydarzyło.
Przyszedł wieczorem, usiadł ciężko przy stole i spojrzał na mnie z nieznaną mi powagą.
– Muszę ci coś powiedzieć, ale proszę, nie przerywaj mi. To ważne – zaczął powoli. – Wiem, że nie przepadasz za moją żoną. Wiem też, że czasem cię denerwuje. Ale to, co się stało… – zamilkł na chwilę, jakby szukał słów.
– No powiedz w końcu, bo człowiek zaraz z nerwów osiwieje – ponagliłam go, choć serce biło mi jak oszalałe.
– Zdradziłem ją, mamo – powiedział cicho. – Spotykałem się z inną kobietą przez kilka miesięcy. Ona się dowiedziała.
Usiadłam, jakbym nagle straciła grunt pod nogami. Przez moment nie potrafiłam wykrztusić słowa. Zawsze byłam pewna, że jeśli coś się rozsypie, to przez nią, nie przez niego.
– Co ty wygadujesz? Przecież jesteście małżeństwem! Jak mogłeś? – mówiłam drżącym głosem.
– Nie wiem. Byłem głupi, samotny, czułem się niezrozumiany. Z nikim nie mogłem o tym pogadać, nawet z tobą. A ona… po prostu była obok. Wszystko się posypało.
– I co teraz? – zapytałam szorstko. – Myślisz, że tak łatwo to poskładasz? I co ona na to?
– Na razie wyprowadziła się do przyjaciółki. Mówi, że musi pomyśleć. Chciałem ci powiedzieć pierwszy, zanim dowiesz się od kogoś innego.
Siedziałam cicho, pierwszy raz od lat nie wiedząc, co powiedzieć. Patrzyłam na syna i widziałam w nim kogoś zupełnie obcego.
Ona na to nie zasłużyła
Przez kolejne dni chodziłam jak cień po domu. Nie potrafiłam zebrać myśli. Wszystko, co wcześniej uważałam za oczywiste, teraz rozsypywało się w pył. Syn nie odbierał telefonu. Synowa zniknęła. W końcu postanowiłam do niej zadzwonić, choć przyznam szczerze – palce drżały mi, kiedy wybierałam numer.
– Halo? – odezwała się cicho, a ja przez chwilę nie wiedziałam, od czego zacząć.
– Dziecko… – wydukałam nieporadnie. – Czy możemy się spotkać? Chciałabym porozmawiać.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziała, ale nie rozłączyła się. – Jestem zmęczona, muszę sobie to wszystko poukładać.
– Wiem, że ci nie ułatwiałam, nie będę udawać, że byłam dobrą teściową. Chciałam… chronić syna, a może bardziej siebie przed zmianą. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam traktować cię jak zagrożenie, zamiast jak rodzinę. – Głos mi się łamał, ale nie umiałam już zgrywać królowej lodu.
Po drugiej stronie zapadła cisza, potem usłyszałam jej drżący oddech.
– Ja naprawdę się starałam – powiedziała w końcu, spokojniej niż się spodziewałam. – Chciałam być częścią tej rodziny, ale ciągle czułam, że coś robię nie tak.
– Byłam niesprawiedliwa – przyznałam cicho. – Nie patrzyłam na ciebie jak na osobę, tylko przez pryzmat moich lęków. I wiesz co? Dziś widzę, że to nie ty byłaś problemem. Zawinił mój własny syn.
– On… już ze mną nie rozmawia. Chyba nie potrafi – westchnęła.
– Może kiedyś mu się uda. Chciałam tylko, żebyś wiedziała: nie zasłużyłaś na to, co cię spotkało – powiedziałam, czując, że wreszcie mówię prawdę.
– Dziękuję, że mi to mówisz. To naprawdę dużo dla mnie znaczy.
Rozłączyłyśmy się w milczeniu, ale po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.
Oboje to zniszczyliśmy
Minęły tygodnie, zanim sytuacja się ustabilizowała. Syn wrócił do siebie, ale już nie był tym samym człowiekiem. Chodził przygarbiony, z workami pod oczami, a ja nie wiedziałam, jak z nim rozmawiać. W naszym domu było cicho, jakby wszystkie rozmowy, śmiech i kłótnie zniknęły razem z synową.
Pewnego dnia, kiedy szykowałam obiad, usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam ją – stała na progu z torbą w ręce, bez makijażu, z podkrążonymi oczami.
– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi – powiedziała, ściskając pasek torebki. – Chciałabym odebrać kilka swoich rzeczy.
– Wejdź, dziecko – odparłam łagodnie, choć serce waliło mi jak młot. – Chcesz herbaty? Mam tę twoją ulubioną z cytrusami.
Uśmiechnęła się blado, ale kiwnęła głową. Zaparzyłam dwie herbaty i usiadłyśmy razem przy stole. Długo milczałyśmy, aż w końcu zaczęła mówić.
– Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że nie mogę już wrócić do tego, co było. Próbowałam być idealna, ale to nie wystarczyło – jej głos zadrżał, lecz nie płakała.
– Nie musisz być idealna. Ani dla niego, ani dla mnie – odpowiedziałam szczerze, czując, że naprawdę to rozumiem. – Przez lata sądziłam, że tylko moje zasady się liczą, a przecież ty też miałaś prawo czuć się tu jak u siebie.
Usłyszałyśmy, jak drzwi się otwierają. Syn stanął w korytarzu, patrząc na nas zaskoczony.
– Przyszłam tylko po swoje rzeczy – powiedziała spokojnie, wstając.
– Możesz zostać, jeśli chcesz… – wydusił, choć chyba sam nie wierzył w te słowa.
– Dziękuję, ale najpierw muszę nauczyć się, czego sama chcę – odpowiedziała cicho. – Może kiedyś…
Zebrała swoje rzeczy, a ja odprowadziłam ją do drzwi. Zamiast słowa pożegnania, uściskałam ją lekko. Poczułam, jakby kawałek mnie też odchodził razem z nią. I wiedziałam, że tego, co zniszczyliśmy oboje, nie da się naprawić.
Bożena, 71 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam, żeby dzieci choć raz miały lepsze ferie. Z naszym budżetem mogę zapomnieć o weekendzie w Tatrach”
- „Zadzwoniłam do syna, że nie mam na chleb. Powiedział, że nigdy nie będzie moim bankomatem”
- „Podczas ferii odkryłam, że jestem w ciąży. Ojciec dziecka uznał, że wybrałam kiepski moment”

