Przez ostatnie pół roku żyłam tylko jedną myślą – stanowisko dyrektora działu było w moim zasięgu. Harowałam jak wół, brałam nadgodziny, wymyślałam nowe strategie, które podobały się zarządowi. Wszyscy w biurze powtarzali, że to tylko kwestia czasu. Szef często zapraszał mnie na spotkania z kluczowymi klientami, co odczytywałam jako jasny sygnał: to ja przejmę pałeczkę.
WIDEO…
Lubiłyśmy się
Najbardziej cieszyła się ze mną Ewelina. Znałyśmy się od pięciu lat, od mojego pierwszego dnia w firmie. Zawsze siedziałyśmy biurko w biurko, chodziłyśmy na wspólne lunche, piłyśmy kawę w przerwach, a w piątki po pracy szłyśmy na miasto, żeby ponarzekać na trudnych klientów i biurową politykę. Ewelina była moją powierniczką, a ja jej. Wiedziała o mnie wszystko – o moich wątpliwościach, chwilach słabości, a nawet o tym, że czasami mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.
Nasze relacje wychodziły daleko poza biuro. Znałam jej rodziców, pomagałam jej przeprowadzać się do nowego mieszkania, ona wspierała mnie, gdy rozstałam się z narzeczonym. Pamiętam, jak godzinami siedziałyśmy na balkonie, popijając herbatę i rozmawiając o wszystkim – o marzeniach, planach, a nawet o głupotach, które śmieszyły tylko nas dwie. Ewelina była tą osobą, do której mogłam zadzwonić w środku nocy i wiedziałam, że odbierze.
– Należy ci się ten awans jak nikomu innemu – powtarzała, mieszając latte w naszej ulubionej kawiarni na rogu. – Jesteś najjaśniejszą gwiazdą w tym ponurym korpo.
– Przestań, bo jeszcze w to uwierzę – śmiałam się, czując przyjemne ciepło na sercu. Naprawdę wierzyłam, że ma szczere intencje. Byłyśmy przecież przyjaciółkami.
Czułam się jak nieproszony gość w biurze
To zaczęło się zmieniać niemal niezauważalnie. Najpierw szef, zazwyczaj uśmiechnięty i rozmowny, zaczął odpowiadać na moje maile zdawkowo. Potem przestał mnie zapraszać na kluczowe spotkania. Kiedy zapytałam go o to, unikał mojego wzroku, tłumacząc się pośpiechem i zmianą priorytetów.
Atmosfera w biurze z dnia na dzień stawała się coraz bardziej lodowata. Ludzie zaczęli omijać mnie szerokim łukiem, a rozmowy milkły, gdy tylko wchodziłam do pokoju socjalnego. Czułam na sobie ich spojrzenia, pełne jakiegoś dziwnego napięcia, może nawet litości. Nie rozumiałam, co się dzieje.
Zwierzałam się z tego Eweliny.
– Wydaje ci się – uspokajała mnie. – Szef ma po prostu dużo na głowie, a ludzie... wiesz jacy są. Zazdrośni. Plotkują, bo widzą, że ty pniesz się w górę.
Ale ja wiedziałam, że to nie są tylko moje urojenia. Coś się zmieniło, a ja nie potrafiłam zlokalizować źródła tego problemu. Czułam się coraz bardziej zagubiona i osamotniona. Moja pewność siebie malała z każdym dniem, a perspektywa awansu zaczęła się oddalać.
Próbowałam rozmawiać z innymi, ale wszyscy udawali, że nic nie wiedzą. Któregoś dnia w łazience podsłuchałam, jak dwie koleżanki z innego działu szeptały coś o mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę przesadziłam z ambicjami. Czy zbyt otwarcie mówiłam o swoich planach? Czy komuś mogłam zajść za skórę?
Praca stała się dla mnie koszmarem. W domu nie mogłam się skupić na niczym innym, bywały wieczory, kiedy płakałam z bezsilności, nie wiedząc, w czym zawiniłam. Nawet mama zauważyła, że jestem rozbita.
– Może powinnaś odpocząć, Wikusia – radziła przez telefon. – Kiedy ty ostatnio byłaś na urlopie?
Prawda ścięła mnie z nóg
Pewnego popołudnia zostałam w biurze po godzinach. Chciałam skończyć ważny raport, żeby rano szef miał go na biurku. Kiedy weszłam do jego gabinetu, zauważyłam, że nie wyłączył komputera. Na ekranie migał wygaszacz prezentujący jakąś mozaikę zdjęć. Niewiele myśląc, podeszłam i ruszyłam myszką. Ukazał mi się pulpit wraz z otwartą skrzynką mailową.
Nie powinnam była tam zaglądać, wiem. To było nieetyczne, ale coś mnie podkusiło. Mój wzrok przykuła seria anonimowych maili tytułowana „Uwaga na Wiktorię S.” wysyłana do szefa z różnych, nieznanych adresów. Zamarłam, a serce zaczęło mi łomotać jak oszalałe. Usiadłam i zaczęłam je czytać. Autor donosił szefowi, że rzekomo szukam innej pracy, że podczas spotkań z klientami źle wypowiadam się o firmie, że moje zaangażowanie to tylko farsa. Znalazłam tam… pliki z moim nagranym głosem, z tekstami wyrwanymi z kontekstu: „mam dość tej harówki”, „ta firma pójdzie na dno prędzej czy później”, „szef jest ślepy, że tego nie widzi”.
To nie był jeden mail. To była cała kampania oszczerstw, trwająca od miesięcy. Tylko jedna osoba mogła znać te moje słowa, tylko jedna osoba mogła je nagrać… Ewelina. Rzekoma przyjaciółka, metodycznie niszczyła moją reputację, karmiąc szefa kłamstwami i półprawdami. Każde nasze spotkanie, każdy wspólny obiad, każde moje szczere wyznanie – wszystko to było dla niej jedynie okazją do zbierania materiałów przeciwko mnie.
Najgorsze były te fragmenty, w których przekręcała moje słowa. Gdy powiedziałam kiedyś, że „mam dość tej harówki”, chodziło mi o zmęczenie wyjątkowo trudnym klientem, który wszystkim dał się we znaki; gdy mówiłam „ta firma pójdzie na dno prędzej czy później” miałam na myśli naszą konkurencję; a gdy stwierdziłam „szef jest ślepy, że tego nie widzi” chodziło mi o to, że pracownicy po kryjomu wynoszą kawę i papier z biura.
Przeglądałam kolejne maile, a łzy same płynęły mi po policzkach. Rozumiałam już, skąd ta nagła zmiana nastawienia wszystkich dookoła. Poczułam się zdradzona. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z biura i już nigdy nie wracać, ale wiedziałam, że muszę coś zrobić. Zebrałam się w sobie, zrobiłam zdjęcia ekranu telefonem i wydrukowałam kilka najbardziej obciążających maili.
Od razu postanowiłam działać
Następnego dnia rano czekałam na nią przy jej biurku. Byłam blada, niewyspana, ale dziwnie spokojna. Spokój przed burzą.
– O, wcześnie dzisiaj jesteś – powiedziała, zdejmując płaszcz. Uśmiechnęła się tym swoim fałszywym, przyklejonym uśmiechem.
– Wczoraj przypadkiem natknęłam się na dziwną sprawę, Ewelino – powiedziałam cicho, ale twardo. – Znalazłam bardzo ciekawe maile. Te do szefa…
Jej uśmiech zgasł w ułamku sekundy. Twarz przybrała kolor kredy. Zaczęła coś jąkać, nerwowo przestępując z nogi na nogę.
– Wiki... Słyszałam o tym, ale nie chciałam cię martwić… Ktoś rozsyła takie donosy… – próbowała obracać kota ogonem.
– Nie kłam! – syknęłam, czując, jak zbiera we mnie wściekłość. – Przecież wiem, że to ty. Tylko ty mogłaś mnie nagrać! Używałaś moich własnych słów. Zrobiłaś ze mnie zdrajcę, żeby samej zająć moje miejsce. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami.
Patrzyła na mnie przez chwilę w milczeniu. W jej oczach nie widziałam skruchy, jedynie strach przed zdemaskowaniem i... kalkulację.
– To biznes, Wiktoria – powiedziała w końcu zimnym tonem. – Tu nie ma przyjaciół. Każdy gra do swojej bramki. Ty byłaś za słaba, by to zrozumieć.
Zatkało mnie. Nie miałam siły na dalszą kłótnię. Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do gabinetu szefa. Powiedziałam mu o wszystkim. Najtrudniej było mi przyznać, że grzebałam mu w komputerze, ale jakoś to przełknął. Słuchał w milczeniu, z narastającym zdumieniem i zażenowaniem. Szef obiecał zająć się sprawą. Ewelina została wezwana na dywanik. Nie wiem dokładnie, co tam usłyszała, ale kilka dni później złożyła wypowiedzenie. Twierdziła, że dostała lepszą ofertę, ale nie uwierzyłam w to. Dostałam ten awans. Szef przeprosił mnie za to, że uwierzył w te anonimy, przyznał, że dał się zmanipulować.
Tęsknię za byłą przyjaciółką
Teoretycznie powinnam była skakać z radości. Osiągnęłam swój cel. Teraz mam świetne stanowisko i zarabiam kokosy. Ale prawda jest taka, że czuję ogromną pustkę. Wiem, że Ewelina mnie zdradziła, że była fałszywa, ale to nie zmienia faktu, że ta strata boli. Trudno mi zrozumieć, jak to możliwe, że przez cały czas mnie oszukiwała, że tylko grała zaangażowaną, że spędzała ze mną czas nie dlatego, że mnie lubiła, tylko z chłodnej kalkulacji, żeby mnie wygryźć.
Codziennie, gdy wchodzę do biura patrzę na puste biurko obok mojego i ogarnia mnie fala smutku. Brakuje mi naszej porannej kawy, głupich żartów, wiadomości i rozmów telefonicznych, wspólnego wychodzenia na miasto. Nawet nie byłam świadoma, jak bardzo się do siebie zbliżyłyśmy przez ten czas. Nie mam innych przyjaciółek, więc straciłam coś więcej niż tylko koleżankę z pracy – straciłam jedyną, po mamie, bliską osobę na świecie.
Wiktoria, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kupiłam buty na jesień, a teściowa już mi liczy wydane pieniądze. Zagląda do mojego portfela jak do swojego”
- „Wszyscy wmawiali mojemu partnerowi, że jestem z nim tylko dla kasy. Marzyłam, by choć raz stanął w mojej obronie”
- „Moja matka uważa, że małżeństwo to świętość. Według niej powinienem wrócić do byłej, a nie latać za następną”



























