„Ustaliliśmy z partnerem, że nie chcemy mieć dzieci. Ale mężczyźni są bardziej zmienni niż pogoda w Tatrach w styczniu”
„Któregoś dnia wrócił do domu bardzo późno. Siedziałam w kuchni i czekałam na niego. Wszedł i spojrzał na mnie z jakimś dziwnym niepokojem. Oczy miał zaczerwienione, jakby nie spał przez wiele nocy”.

Zawsze wierzyłam, że miłość to decyzja, nie uczucie, które przychodzi i odchodzi, jak kaprys pogody, ale wybór – codzienny, świadomy wybór bycia razem, nawet kiedy nie jest łatwo, nawet kiedy boli.
Kochałam go
Wybierałam Adama przez pięć lat. W każdy piątek, kiedy wracał z pracy z bukietem frezji, bo wiedział, że je kocham, w każdą sobotę, kiedy razem siedzieliśmy przy śniadaniu, popijając mocną kawę i rozmawiając o książkach, polityce, świecie. Poznaliśmy się w bibliotece. Odstąpiłam mu ostatni egzemplarz „Mistrza i Małgorzaty”, a on mi się wtedy przyjrzał i powiedział:
– W zamian muszę pani zaproponować kolację.
To był najuczciwszy początek, jaki mogłam sobie wymarzyć. Od początku byliśmy zgodni co do najważniejszego: nie chcemy dzieci. Ja, córka samotnej matki, bałam się powtórzyć jej historię. Adam – wolny duch, filozof z temperamentu – nie widział siebie w roli ojca. Wydawało mi się, że taka umowa to coś więcej niż przysięga, że to uczciwość na poziomie, którego nie da się złamać.
Z czasem zaczęłam patrzeć na dzieci w parku, zatrzymywałam się, kiedy słyszałam niemowlęcy płacz, czułam ciepło w brzuchu, gdy widziałam dziewczynki trzymające matki za rękę, ale nie mówiłam o tym Adamowi. Przecież obiecałam, wiedziałam, na co się zgadzam. Tylko że miłość nie zawsze wystarcza.
Ustaliliśmy to
Któregoś dnia wrócił do domu bardzo późno. Siedziałam w kuchni i czekałam na niego. Wszedł i spojrzał na mnie z jakimś dziwnym niepokojem. Oczy miał zaczerwienione, jakby nie spał przez wiele nocy.
– Możemy porozmawiać? – zapytał, jakby sam się bał tego, co ma powiedzieć.
– Coś się stało? – Zmarszczyłam brwi. – Znowu nie odbierałeś telefonu. Miałam już cię dzwonić do szpitali.
– Muszę ci coś powiedzieć i nie wiem jak.
Z każdą sekundą czułam, jak moje ciało napina się w obronie przed tym, co zaraz padnie. W mojej głowie zdążył już rozegrać się cały film: inna kobieta, romans, ale nie spodziewałam się tego, co usłyszałam.
– Mam dziecko… – powiedział w końcu. – Syna.
Zatkało mnie.
– Co? Jakie dziecko?
Zaczął mówić, jakby recytował coś, co wcześniej próbował sobie ułożyć w głowie.
– Kiedy mieliśmy trudny czas, gdy się odsunęliśmy od siebie, miałem przelotny romans. To nie miało znaczenia, ale ona… zaszła w ciążę i właśnie urodziła.
Myślałam, że żartuje
Wstałam z krzesła gwałtownie. Przesunęło się z piskiem po podłodze. Patrzyłam na niego, jakby był kimś obcym, kimś, kogo nie rozpoznaję.
– Jak ona ma na imię?
Zamilkł.
– Mów.
– Justyna – powiedział cicho. – Pracowaliśmy razem przy tamtym projekcie. To było raz, może dwa…
– A teraz jest dziecko i nie powiedziałeś mi nic przez dziewięć miesięcy?
– Chciałem ci oszczędzić tego bólu, ale nie potrafię już udawać. Byłem przy porodzie, trzymałem go na rękach. I… coś się we mnie zmieniło.
– Mieliśmy układ. Zgodziłam się na życie bez dziecka, bo ci ufałam, wierzyłam, że mówimy sobie wszystko.
– Nie planowałem tego – wyjąkał. – To nie było intencjonalne.
– Ale się wydarzyło – dokończyłam za niego. – I co teraz? Będziesz ojcem? Będziesz chodził na spacery z wózkiem i wracał tu na noc?
Byłam w szoku
Nie odpowiedział.
– Czy ty ją kochasz?
– Nie. Przynajmniej tak myślę.
– A mnie jeszcze kochasz?
Znowu to milczenie. W tej ciszy usłyszałam odpowiedź.
– Czy on będzie w twoim życiu?
– Tak – odpowiedział po chwili. – Musi być.
– To teraz mów mi wszystko, bez owijania. Ile razy się z nią widziałeś, zanim dowiedziałeś się, że jest w ciąży?
Stał w progu, jak uczeń przyłapany na kłamstwie. Tyle że on nie miał już szansy na poprawkę.
– Zosia, ja…
– Ile razy? – powtórzyłam. – Nie waż się znowu mówić, że to było raz, może dwa. Ile?
– Trzy – powiedział cicho, spuszczając wzrok.
– Trzy razy. Wystarczająco, żeby zniszczyć wszystko, co było między nami.
Zdradził mnie
Chciałam, żeby widział mnie w całej mojej furii.
– I co? Spotykaliście się po pracy w jej mieszkaniu? – parsknęłam. – Wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Nie to, że mnie zdradziłeś, nie to, że oszukałeś. Najgorsze jest to, że ty naprawdę myślisz, że to jest dramat równo podzielony, że cierpimy po równo, a ty jesteś biedny, rozerwany między dwiema stronami.
– To nieprawda – powiedział w końcu.
– Wygląda to jakbyś chciał, żebym się pogodziła z tym, że teraz w twoim życiu jest dziecko, z którym nie mam nic wspólnego i kobieta, która je urodziła. A ja jak dekoracja.
– Nie chcę cię stracić.
– Już mnie straciłeś, w momencie, w którym uznałeś, że możesz mnie o tym nie informować, w którym zdecydowałeś, że nie muszę wiedzieć, że już nie jesteśmy po tej samej stronie. Wybierz, Adam. Albo jesteś tutaj ze mną, bez niej, bez syna, bez sentymentów, albo tam. I nie wracaj nigdy.
Chciał wrócić
Minęły trzy dni. Nie odezwał się, nie zapytał, czy żyję, czy śpię, czy jeszcze tu jestem. Przestałam próbować cokolwiek zrozumieć. Każdy przedmiot w naszym mieszkaniu był skażony jego obecnością – książki, które razem kupowaliśmy, fotel, na którym lubił siadać wieczorem, poduszka, na której spał.
Wreszcie wrócił. Wszedł do domu, zdjął kurtkę, odłożył torbę. Nie spojrzał na mnie od razu, tylko usiadł naprzeciwko, zmęczony, starszy niż tydzień temu. Cicho wypowiedział moje imię.
– Zosia.
Nic nie odpowiedziałam.
– Nie wiedziałem, jak do ciebie wrócić – dodał.
– Nie wracasz do mnie. Wracasz do stołu, do krzesła, do miejsc, które znasz, ale do mnie już nie wrócisz. Tamto miejsce zajął ktoś inny.
– Nie prosiłem o to dziecko. To się po prostu stało, ale teraz nie umiem się od niego odciąć.
– A ode mnie potrafisz?
Nie odpowiedział.
– Chciałam ci wybaczyć – powiedziałam cicho. – Siedziałam tu przez kilka dni i próbowałam sobie wmówić, że da się to jeszcze uratować, ale nie mogę.
Patrzył, jakby nie wiedział, czy powinien wstać, czy zostać, ale ja już wiedziałam, że nie wróci to, co było między nami.
– Kiedyś byliśmy zespołem – powiedziałam. – A teraz jesteśmy trojgiem ludzi w trzech różnych światach.
Byłam kobietą, która przegrała z własną naiwną ufnością, z czymś, czego nie chciała, a jednak nie mogła zaakceptować, ale też kobietą, która zrozumiała, że nie wszystko, co się rozpada, trzeba próbować sklejać.
Zofia, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na zimowym szkoleniu poczułam miętę do kolegi z pracy. Firmowy bal karnawałowy wspominam z wypiekami na twarzy”
- „Wyjechałam do Egiptu i od razu zakochałam się w Hassanie. Wierzyłam w jego obietnice, ale zaliczyłam twarde lądowanie”
- „Ferie w górach wydawały się nudnym pomysłem. Zmieniłam zdanie, kiedy poznałam przystojnego instruktora narciarstwa”

