„Usmażyłam w Walentynki ulubione kotlety męża, a on mnie olał. Zamiast gorącej kolacji czekał go zimny prysznic”
„O dwudziestej pierwszej trzydzieści usłyszałam zgrzyt w zamku. Serce podeszło mi do gardła. Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając o szafkę na buty. Wojtek wszedł do środka. A raczej wpadł”.

Plan był prosty: jego ulubione danie, świece i rozmowa, której unikaliśmy od miesięcy. Stałam w kuchni, patrząc jak masło wypływa z idealnie zarumienionego mięsa, i czułam, jak moje serce bije w rytmie wskazówek zegara.
Czekałam na niego
Była siedemnasta trzydzieści, kiedy wyjęłam piersi z kurczaka z lodówki. Początek operacji „Ratujemy Nas”. Dla kogoś z zewnątrz to mogło wyglądać banalnie. Ot, kobieta robi kolację dla faceta. Ale w naszym domu jedzenie nigdy nie było tylko jedzeniem. Było walutą. Było sposobem na powiedzenie „przepraszam”, „kocham cię” albo „zauważ mnie”.
Wojtek uwielbiał moje de volaille’e. Zawsze powtarzał, że nikt nie potrafi tak zawinąć masła z koperkiem i pietruszką, żeby nie wypłynęło podczas smażenia. To była nasza mała, kulinarna metafora – dopóki wszystko jest szczelnie zamknięte, to co najważniejsze, zostaje w środku. Tego dnia czułam się, jakbym przygotowywała ostatnią wieczerzę, choć oficjalnie mieliśmy świętować jego awans. Awans, o którym dowiedziałam się przypadkiem, od żony jego kolegi w sklepie mięsnym, a nie od niego.
– Pani Kamilo, gratulacje dla Wojtka! Dyrektor sprzedaży, no, no! – rzuciła pani Basia znad lady z wędlinami, a ja uśmiechnęłam się tym sztucznym, przyklejonym uśmiechem, który w ostatnich miesiącach stał się moją drugą skórą.
Nic mi nie powiedział
– Dziękujemy, tak, jesteśmy bardzo dumni – skłamałam gładko, czując, jak w żołądku zaciska mi się zimny supeł.
Wojtek nie powiedział mi ani słowa. Wrócił do domu dwa dni temu, rzucił teczkę w kąt i zasnął przed telewizorem. Kiedy zapytałam, jak w pracy, mruknął tylko „jak zwykle”. Kłamał. A ja, zamiast zrobić awanturę, poszłam do sklepu po najlepszą polędwicę z kurczaka i belgijską czekoladę na mus. Bo tak zostałam wychowana. Moja matka zawsze mówiła: „Jak chłop ma pełny brzuch, to do innej nie pójdzie”.
Rozbijałam mięso tłuczkiem, wkładając w każde uderzenie całą moją frustrację. Za te wszystkie wieczory, kiedy czekałam z zimną kolacją. Za to, że nie pamiętał o moich imieninach. Za to, że czuję się w tym związku samotna, mimo że śpimy w jednym łóżku. Mus czekoladowy musiał się chłodzić przynajmniej trzy godziny. Wstawiłam go do lodówki o osiemnastej. Kuchnia lśniła. Zapaliłam świece. Usiadłam przy stole i czekałam.
W ciszy mieszkania, przerywanej tylko tykaniem zegara i szumem lodówki, myśli zaczęły uciekać w przeszłość. Do momentu, kiedy wszystko zaczęło się psuć. To nie stało się nagle. To nie był wybuch wulkanu. To była erozja. Powolne wymywanie uczuć, kropla po kropli.
Spóźniał się
Wakacje w Chorwacji dwa lata temu. Siedzieliśmy w pięknej restauracji. Widok na Adriatyk, zachód słońca, romantyzm jak z pocztówki. A on przez dwie godziny gapił się w telefon.
– Jesteśmy na wakacjach – powiedziałam wtedy cicho, kładąc rękę na jego dłoni.
Zabrał rękę, jakby oparzył się wrzątkiem.
– Daj mi spokój. Projekt się sypie. Muszę odpisać.
Wtedy myślałam, że to ambicja. Że jest pracowity, odpowiedzialny. Imponowało mi to. Dzisiaj, patrząc na to z perspektywy pustego stołu i stygnących ziemniaków, widzę to inaczej. To nie była praca. To była ucieczka. On nie uciekał do biura, on uciekał ode mnie.
Była dziewiętnasta trzydzieści. Umówiliśmy się na dziewiętnastą. Napisałam SMS-a: „Kotlety już skwierczą. Czekam”. Cisza. Ziemniaki, które starannie ubiłam z masłem i koperkiem, zaczynały stygnąć. Przykryłam je folią aluminiową. Mięso trzymałam w letnim piekarniku, modląc się, żeby nie wyschło. Panierka musi być chrupiąca. Jeśli namoknie, cały efekt szlag trafi.
Byłam wściekła
Dwudziesta zero zero. Zadzwoniłam. Poczta głosowa. „Abonent czasowo niedostępny”. Ten mechaniczny głos brzmiał jak wyrok. Dwudziesta piętnaście. Przyszedł SMS. „Przedłużyło się. Spotkanie z zarządem. Będę za godzinę. Nie czekaj z jedzeniem”. Spotkanie z zarządem w piątek o dwudziestej? Przecież wiedziałam, że to bzdura. Prezes firmy Wojtka to starszy pan, który w piątki o piętnastej jest już w swoim domu i je obiad przygotowany przez żonę. To kłamstwo było tak leniwe, że aż obraźliwe. Nie zadał sobie nawet trudu, żeby wymyślić coś wiarygodnego.
„Nie czekaj z jedzeniem”. To zdanie zabolało najbardziej. Doskonale wiedział, że przygotowywałam to godzinami. Wiedział, że to dla mnie ważne. I jednym zdaniem zredukował moje starania do poziomu odgrzewania pizzy w mikrofalówce.
Wstałam, podeszłam do okna i spojrzałam na mokry chodnik. Zaczęło padać. Latarnie odbijały się w kałużach, tworząc rozmyte plamy światła. Czułam się dokładnie tak samo – rozmyta, niewyraźna, będąca tylko odbiciem czyjegoś życia. Wyjęłam mus czekoladowy z lodówki. Był idealny. Puszysty, ciemny, udekorowany wiórkami białej czekolady i maliną. Spróbowałam łyżeczkę. Smakował niebem. Słodki, ale z nutą goryczy kakao.
Oszukiwał mnie
Patrzyłam na te kotlety w piekarniku. Wysychały. Złocista panierka ciemniała, mięso twardniało. Masło w środku, które miało być płynną eksplozją smaku, pewnie już dawno wsiąkło we włókna kurczaka albo wyparowało. To było jak autopsja naszego związku przeprowadzana na talerzu. Wszystko, co było w nas soczyste, świeże i ekscytujące, zostało poddane zbyt długiej obróbce termicznej w piekarniku obojętności. Została sucha skorupa.
O dwudziestej pierwszej trzydzieści usłyszałam zgrzyt w zamku. Serce podeszło mi do gardła. Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając o szafkę na buty. Wojtek wszedł do środka. A raczej wpadł. Zatoczył się lekko, łapiąc równowagę na ścianie. Jego garnitur był pognieciony.
– Cześć, kochanie! – rzucił głośno.
Podeszłam do niego żeby powąchać prawdę. Uderzyła we mnie ściana smrodu. To była mieszanka piwa, papierosów i czegoś słodkiego, pudrowego. Perfumy. Może to tylko paranoja? Może stał w zatłoczonej windzie? Instynkt podpowiadał mi coś innego.
– Miałeś spotkanie z zarządem? – zapytałam, a mój głos był przerażająco spokojny. Lodowaty.
Znieważył mnie
Wojtek zamachał ręką, próbując zdjąć buty. Prawie się przewrócił.
– Ooo tak. Stare dziady. Zanudzili mnie na śmierć. Musieliśmy… ten… opić sukces. Mówiłem ci o awansie?
– Nie. Nie mówiłeś – odparłam, patrząc, jak mocuje się ze sznurówką. – Dowiedziałam się od pani Basi z mięsnego.
Zaśmiał się. Rechoczący, pijacki śmiech.
– Basia! Stara plotkara. Ale dobre ma te… kiełbasy.
Podniósł się i spojrzał na mnie. Jego oczy były przekrwione, szkliste, nieobecne. Patrzył na mnie, ale mnie nie widział. Patrzył przeze mnie.
– Coś ty się tak wystroiła? – zapytał, mrużąc oczy. – Jak na bal.
– Mieliśmy zjeść kolację. Świętować twój awans. Zdobiłam de volaille’e. Twoje ulubione.
Wojtek skrzywił się, jakbym zaproponowała mu zjedzenie gruzu.
– Jadłem na mieście sushi z chłopakami. Jestem pełny. Idę spać.
Przeszedł obok mnie, potrącając mnie ramieniem. Nawet nie przeprosił. Poszedł prosto do sypialni, zostawiając za sobą smugę zapachu zdrady i obojętności.
Miarka się przebrała
Stałam w przedpokoju, patrząc na jego plecy, a potem wbiegłam do kuchni. Wyciągnęłam z piekarnika blachę z kotletami. Złapałam talerz, nałożyłam na niego wysuszonego, smutnego de volaille’a, kopiec zimnych ziemniaków i weszłam do sypialni. Wojtek leżał już na łóżku, w ubraniu, w butach na mojej białej narzucie.
– Wstawaj – powiedziałam.
– Daj mi spokój – wymamrotał w poduszkę.
– Wstawaj i jedz! – krzyknęłam. Mój głos załamał się, przechodząc w pisk.
Wojtek podniósł głowę. Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Odbiło ci? Jestem zmęczony.
– Jesteś pijany! – wrzasnęłam, rzucając talerz na szafkę nocną. – Jesteś pijany w dniu, w którym mieliśmy świętować twój sukces! Stałam w kuchni sześć godzin! A ty wracasz, śmierdząc inną babą i mówisz mi, że jadłeś sushi?!
Wojtek usiadł na łóżku. Jego twarz stwardniała. Zniknął błazen, pojawił się ten drugi Wojtek. Ten zimny, okrutny manipulator.
– Przestań histeryzować – syknął. – Znowu robisz z siebie ofiarę. Pracuję na ten dom. Pracuję na te twoje sukienki, na te fanaberie kulinarne. Mam prawo się odstresować.
Nie widział problemu
– Odstresować? Kłamiąc mi w żywe oczy? – Podeszłam bliżej, czując, jak trzęsą mi się ręce. – Kiedy ostatnio zrobiliśmy coś razem? Kiedy ostatnio zapytałeś mnie, co u mnie słychać, nie oczekując, że podam ci obiad?
Wstał. Górował nade mną wzrostem.
– Jesteś nudna. Rozumiesz? Nudna. Ciągle tylko ten dom, te obiadki, to czekanie. Dusisz mnie. Wszyscy inni żyją, bawią się, a ja wracam do muzeum, gdzie kustosz w kapciach pilnuje, żeby kurz nie osiadł na meblach.
Przez lata starałam się być idealna. Perfekcyjna pani domu. Wspierająca partnerka. Zadbana kobieta. A on widział w tym nudę. Moja miłość, moja troska, moje poświęcenie – dla niego to była pętla na szyi.
– Skoro jestem taka nudna – powiedziałam cicho, czując, jak łzy wreszcie spływają mi po policzkach, rozmazując makijaż, nad którym siedziałam godzinę – to dlaczego tu jesteś? Dlaczego nie zostałeś z tą, której perfumy masz na koszuli?
Wojtek zaśmiał się krótko.
– Bo tu mam wyprane gacie i ciepły obiadek. Proste.
Nie chciałam tak żyć
I wtedy sięgnął po widelczyk z talerza, który stał na szafce, dźgnął nim zimnego de volaille’a, oderwał kawałek, włożył do ust, przeżuł ostentacyjnie i wypluł go na podłogę.
– Suchy – stwierdził. – Jak twoje życie.
Wyszłam z sypialni i zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami i osunęłam na podłogę. Patrzyłam na kuchnię, na pobojowisko moich starań. Sterta brudnych naczyń w zlewie, tłusta patelnia, mąka rozsypana na blacie i mus czekoladowy w miseczkach. Wzięłam miseczki z musem. Podeszłam do kosza na śmieci. Wahałam się przez ułamek sekundy. To była najlepsza belgijska czekolada. To były godziny mojej pracy. Ale to było też symbolem kłamstwa. Wyrzuciłam wszystko. Mus, de volaille’e, ziemniaki. Całą „romantyczną kolację”. Z brzękiem wyrzucałam resztki moich złudzeń.
Wtedy przypomniałam sobie moją matkę. Widziałam ją w kuchni, płaczącą nad garnkiem przypalonej zupy pomidorowej, bo ojciec znowu nie wrócił na noc. Pamiętam, jak mówiła mi: „Kamilko, trzeba być cierpliwym. Mężczyźni tacy są. Trzeba zacisnąć zęby”.
Opamiętał się
Całe życie obiecywałam sobie, że nie będę nią. Że moje życie będzie inne, że będę nowoczesną, silną kobietą w partnerskim związku, a skończyłam dokładnie w tym samym miejscu. W kuchni, zmywając gary po facecie, który traktuje mnie jak służącą. „Wszyscy inni żyją, bawią się, a ja wracam do muzeum”. Jego słowa wciąż dźwięczały mi w uszach. Miał rację. Stworzyłam muzeum. Mauzoleum naszego związku. Polerowałam gabloty, w których leżały martwe wspomnienia.
Nie spałam tej nocy. Kiedy Wojtek wstał i wszedł do kuchni, byłam tam. Piłam czarną kawę. Wyglądał okropnie. Podkrążone oczy, szara cera, ale był już trzeźwy i chyba pamiętał.
– Kama… – zaczął, drapiąc się w kark. – Słuchaj, wczoraj… przesadziłem. Praca, stres… Wiesz jak jest.
Podszedł do lodówki, szukając czegoś do jedzenia. Otworzył ją. Była pusta. Wywaliłam wszystko.
Odwrócił się zdziwiony.
– Nie ma śniadania?
Spojrzałam na niego znad kubka. Po raz pierwszy od lat patrzyłam na niego bez filtra miłości, bez filtra nadziei. Widziałam po prostu słabego, egoistycznego faceta, który myśli, że wszystko mu się należy.
Dostał nauczkę
– Nie ma – powiedziałam spokojnie. – Restauracja jest zamknięta. Kustosz odszedł.
– O co ci chodzi? – zmarszczył brwi. – Będziesz się teraz dąsać przez tydzień o te głupie kotlety? Kupię ci kwiaty. Pójdziemy do kina. Dobra?
Wstałam i odstawiłam kubek do zlewu.
– Nie chodzi o kotlety, tylko o to, że wczoraj, kiedy wyplułeś moje jedzenie na podłogę, wyplułeś też resztki mojego szacunku do ciebie.
– Daj spokój, byłem pijany – machnął ręką lekceważąco. – Nie pamiętam tego.
– Ale ja pamiętam – odparłam, biorąc torebkę z krzesła. – I będę pamiętać.
– Dokąd idziesz?
– Do koleżanki.
– W sobotę rano? Po co?
– Bo ona, w przeciwieństwie do ciebie, zapyta mnie, jak się czuję, i naprawdę będzie ją to obchodzić.
Wyszłam z mieszkania. Wiedziałam, że kiedy wrócę, to tylko po to, żeby podzielić książki i ustalić, kto bierze telewizor. Szłam ulicą, wdychając rześkie, poranne powietrze. Pachniało deszczem i spalinami, ale dla mnie był to zapach wolności. Po raz pierwszy od lat nie zastanawiałam się, co zrobić na obiad, żeby go zadowolić. Zastanawiałam się, na co ja mam ochotę. Poszłam na kebaba. Jadłam go, idąc ulicą i nigdy nic nie smakowało mi tak dobrze.
Kamila, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam na ferie zimowe w Tatry, żeby odpocząć od narzeczonego. Wróciłam zakochana po uszy w krzepkim góralu”
- „Wysłałem syna na ferie i przeżyłem drugą młodość. Chciałem zacząć nowe życie, ale powrót dzieci wszystko zepsuł”
- „Kupiłam teściowej piżmowe perfumy na imieniny. A ona prychnęła, że lepszym prezentem byłby święty spokój”

