Reklama

Ten dzień miał pachnieć drożdżami, cukrem pudrem i naszą wspólną, trzydziestoletnią historią. Wstałam o czwartej rano, żeby ciasto wyrosło idealnie, tak jak lubił Robert. Kiedy jednak wrócił z pracy, nawet nie spojrzał na półmisek pełen złotych pączków wypełnionych domową konfiturą. Zbył mnie machnięciem ręki, tłumacząc się dietą i zmęczeniem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jego głód zaspokajał ktoś inny, i to wcale nie wykwintnymi wypiekami, a czymś znacznie tańszym. Prawda okazała się bardziej gorzka niż przypalony karmel.

Pączki miały przywołać wspomnienia

W kuchni krzątałam się od świtu. Tłusty czwartek w naszym domu to nie była zwykła data w kalendarzu. To było nasze święto. Przez lata ten dzień świętowaliśmy razem, nie odmawiając sobie przyjemności. Pamiętam, jak kiedyś, jako biedni studenci, mieliśmy tylko mąkę i najtańszą marmoladę, a Robert i tak powtarzał, że moje pączki smakują lepiej niż te z wiedeńskiej cukierni.

Moje dłonie, choć już nie tak gładkie jak trzydzieści lat temu, wciąż znały ten ruch. Mąka unosiła się w powietrzu, tworząc delikatną mgiełkę w promieniach wschodzącego słońca. Czułam się potrzebna. Czułam się żoną, mimo że ostatnio między nami nie układało się najlepiej. Robert był nieobecny, zamyślony, a jego powroty z biura przesuwały się na coraz późniejsze godziny. „Nowy projekt”, „fuzja”, „restrukturyzacja” – te słowa brzmiały obco w naszym przytulnym salonie.

Miałam nadzieję, że dzisiaj będzie inaczej. Że domowy aromat smażonego ciasta przyciągnie go do mnie z powrotem. Konfitura z róży nie była taka ze sklepu. To były płatki, które sama zbierałam w czerwcu na działce i ucierałam w makutrze, aż ręce drętwiały. Słoik pełen miłości, schowany specjalnie na tę okazję.

Gdy zegar wybił siedemnastą, pączki – idealnie okrągłe, z jasną obwódką – piętrzyły się na porcelanowym półmisku. Czekałam z sercem bijącym jak na pierwszej randce. Chciałam zobaczyć ten błysk w jego oku, usłyszeć to mruknięcie z rozkoszy: „Jolu, jesteś mistrzynią”.

Nie na taką reakcję liczyłam

Klucz w zamku zgrzytnął dziesięć minut po osiemnastej. Zerwałam się, poprawiając fartuszek. Chciałam wyglądać jak strażniczka domowego ogniska, do której wraca się z wytęsknieniem i ulgą po całym dniu pracy. Robert wszedł, rzucił teczkę i westchnął ciężko, opierając się o ścianę.

– Cześć, kochanie – powiedziałam, podchodząc, by go pocałować.

Nadstawił policzek, chłodny i szorstki.

– Cześć – mruknął. – Ależ był dzień. Myślałem, że nie wyjdę z tego biura.

– Wiem, biedaku. Ale już jesteś. Chodź, usiądź. Zrobiłam pączki. Twoje ulubione, z różą. Jeszcze ciepłe.

Wskazałam na stół, gdzie pączki pyszniły się pod pudrem. Robert spojrzał na nie, ale w jego wzroku nie było pożądania. Była irytacja.

– Jola, błagam cię – jęknął, zdejmując buty. – Przecież wiesz, że muszę uważać na takie jedzenie. Poza tym jadłem lunch z klientem. Jestem pełny.

– Ale to tłusty czwartek – próbowałam ratować sytuację, czując gulę w gardle. – Jeden ci nie zaszkodzi. Robiłam je od czwartej rano. Specjalnie dla ciebie.

– Nikt ci nie kazał wstawać o czwartej – rzucił oschle, mijając mnie w drodze do łazienki. – Naprawdę, doceniam to, ale zrozum, że jestem zmęczony. Nie mam ochoty na żadne słodkości. Mdli mnie od samego patrzenia na ten tłuszcz.

Zamarłam. „Mdli mnie”. Moje pączki, symbol naszej miłości, stały się dla niego obrzydliwym tłuszczem. To nie było zwykłe odrzucenie jedzenia. To było odrzucenie mnie. Wieczór spędziliśmy w milczeniu. On przed telewizorem, ja w kuchni, pakując wypieki dla sąsiadów. Kiedy kładliśmy się spać, Robert odwrócił się plecami.

– Dobranoc – rzucił w ciemność.

– Dobranoc – odpowiedziałam szeptem, czując łzę na policzku.

Czułam, że coś mi umyka

Następnego dnia atmosfera była gęsta. Robert wyszedł wcześnie. Zostałam sama z natrętnymi myślami i zadzwoniłam do córki.

– Mamo, przesadzasz – powiedziała Marta. – Może tata naprawdę ma stres w pracy? Faceci po pięćdziesiątce zaczynają świrować na punkcie zdrowia.

– Ale Martusia, on nawet nie spróbował – tłumaczyłam. – Powiedział, że go mdli. A potem... czułam od niego coś dziwnego.

– Co takiego?

– Jakiś... obcy zapach. Nie jego wodę kolońską. Coś słodkiego, jakby wanilię, ale taką tanią, syntetyczną. I zapach smażonego oleju, ale innego niż mój.

– Mamo, nie nakręcaj się. Pewnie był w jakiejś stołówce.

Może miała rację, ale intuicja krzyczała co innego. Kobieta po trzydziestu latach małżeństwa wie, kiedy mąż staje się obcy. A Robert właśnie taki się stał. Dwa dni później sytuacja się powtórzyła. Wrócił późno, znowu „bez apetytu”. Ale kiedy wrzucałam jego koszulę do prania, znowu poczułam ten lepki, jarmarczny zapach. I znalazłam wymięty paragon z kawiarni. Data: wczoraj, 17:30. Pozycje: Dwie kawy latte z syropem. Dwie porcje oponek serowych.

Serce podeszło mi do gardła. Oponki? Te proste krążki z sera, którymi Robert zawsze gardził, nazywając „wyrobami pączkopodobnymi”? Teraz jadł je w kawiarni... z kimś innym? Sprawdziłam adres – modna miejscówka w dzielnicy biurowców, zupełnie nie po drodze do domu. Kłamstwo Roberta urosło w moich oczach do rozmiarów wieżowca.

Postanowiłam go śledzić

Przez tydzień żyłam jak w transie. Obserwowałam go. Widziałam te ukradkowe SMS-y, te nowe perfumy i młodzieżowe koszule, w których wyglądał groteskowo. W kolejny czwartek zadzwonił w południe:

– Jola, będę dziś później. Mamy audyt, muszę zostać z księgowością. Nie czekaj z kolacją.

– Dobrze, rozumiem. Powodzenia – powiedziałam spokojnie, choć w środku się gotowałam.

Nie zamierzałam płakać w poduszkę. Wsiadłam w samochód i pojechałam pod jego biuro. Czułam się jak w tanim filmie, ale ból był prawdziwy. O 16:45 wyjechało jego srebrne kombi. Nie został na żaden audyt. Ruszył prosto do kawiarni. Wysiadł z auta, ale nie był sam. Z miejsca pasażera wysiadła kobieta – młodsza, około czterdziestki, z burzą rudych loków i w jaskrawym płaszczu. Jej perlisty śmiech słyszałam nawet przez szybę.

Wahałam się. Wejść? Zrobić scenę? Wyszłam z auta, naciągnęłam kaptur i podeszłam do witryny. Siedzieli w rogu. Ona żywo gestykulowała, on patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Na papierowych talerzykach leżały oponki. Zwykłe, serowe oponki. Robert wziął jedną, ugryzł spory kawałek, uśmiechnął się i oblizał palce. Ten sam człowiek, którego „mdliło” na widok domowego wypieku, zajadał się tłustym fast-foodem.

Ona nachyliła się i starła mu cukier z ust. Nie cofnął się. Pocałował ją w rękę. Zrozumiałam symbolikę. Ona była jak te oponki – łatwa, słodka, dostępna od ręki. Ja byłam jak pączek z różą – wymagająca czasu, może bardziej tradycyjna, ale prawdziwa. On wybrał fast-food.

Widok, który otworzył mi oczy

Stałam na zimnie i patrzyłam, jak człowiek, z którym planowałam starość, zachowuje się jak nastolatek. Zrozumiałam swój błąd. Przez lata starałam się bardziej, gotowałam, sprzątałam, myśląc, że kupuję tym jego wierność. A on nie szukał ideału. Szukał ucieczki od rutyny, którą sam współtworzył. Wolał oponki u kochanki, bo nie niosły bagażu trzydziestu lat i kredytów. Były niezobowiązujące.

Nie weszłam do środka. To byłoby poniżej mojej godności. Zrobiłam telefonem jedno zdjęcie przez szybę i wróciłam do domu.
W ciszy wyjęłam jego walizkę. Spakowałam go – koszule, spodnie, bieliznę, kosmetyczkę. Wszystko złożone w kostkę, tak jak zawsze. Walizkę wystawiłam do przedpokoju. Na stole w kuchni położyłam ostatniego, czerstwego pączka z różą i wydrukowane zdjęcie. Obok kartka: „Smacznego. Mam nadzieję, że oponki nie staną ci kością w gardle”.

Wrócił po dwudziestej drugiej, w świetnym humorze.

– Cześć, kochanie! Już jestem! Audyt się przeciągnął, ale chyba poszło dobrze – zawołał, wchodząc do kuchni.

Zamarł. Zobaczył walizkę, pączka, a potem zdjęcie. Wyszłam z salonu i usiadłam w fotelu.

– Jola... co to jest? – zapytał drżącym głosem. Cała pewność siebie z niego uleciała.

To jest koniec, Robert – powiedziałam spokojnie. – To jest twoja walizka. A to dowód, że twoja dieta jest bardzo wybiórcza.

– To nie tak, jak myślisz! To koleżanka z pracy, poszliśmy na kawę...

– Przestań – przerwałam, nie podnosząc głosu. – Nie obrażaj mojej inteligencji. Widziałam, jak na nią patrzysz. Widziałam, jak jesz te tanie oponki z takim apetytem, jakiego nie widziałam u ciebie od lat. Nie chodzi o jedzenie. Chodzi o to, że kłamałeś mi w żywe oczy. Zlekceważyłeś coś, co zrobiłam z serca, żeby polecieć do kogoś, kto daje ci chwilową przyjemność.

Próbował się tłumaczyć. Kryzys wieku średniego, przytłoczenie, „to tylko niewinna znajomość”. Słuchałam tego z dystansem.

– Wybierz, Robert. Albo bierzesz tę walizkę i wracasz do swoich oponek, albo zostajesz, ale na bardzo twardych warunkach.

Patrzył na mnie zszokowany. Nigdy nie byłam tak stanowcza.

– Jola, ja... nie mam dokąd iść – wydukał.

To już nie mój problem.

Wyrzuciłam go. Tej nocy spał w hotelu. Zrobiłam sobie herbatę i po raz pierwszy od tygodnia poczułam spokój. Płakałam, oczywiście. Trzydzieści lat to kawał życia. Ale wiedziałam, że nie mogę konkurować z nowością. Mogę za to zadbać o swoją wartość.

Mój nowy przepis na życie

Minęły trzy miesiące. Nie rozwiedliśmy się, ale żyjemy w separacji. Robert wynajmuje mieszkanie. Próbuje wracać, dzwoni, przynosi kwiaty. Mówi, że tamta kobieta była pomyłką, że oponki szybko mu się przejadły i zatęsknił za domowym obiadem. Że tamto życie jest puste i bez znaczenia.

Może mu wybaczę. Może nie. Na razie odkrywam siebie na nowo. Zapisałam się na kurs cukierniczy – taki profesjonalny. Okazało się, że moje pączki z różą zrobiły furorę wśród uczestników i prowadzącego. Namawiają mnie, żebym otworzyła małą pracownię. Kto wie? Może życie, tak jak dobre ciasto, potrzebuje czasem solidnego wyrobienia, żeby wyrosło na nowo – piękniejsze i silniejsze.

Jolanta, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama