Reklama

Tłusty czwartek od zawsze kojarzył mi się z babcią, która smażyła pączki w starej kuchni w bloku. Pachniało różą, drożdżami i olejem. Teraz sama mam trzydzieści lat i męża – Pawła. I teściową – Janinę, z którą próbuję się dogadywać, ale czasem mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, zawsze będzie źle.

W tym roku postanowiłam zrobić coś wyjątkowego – pączki z konfiturą różaną, własnoręcznie zrobioną według przepisu mojej babci. Chciałam poczuć się jak u siebie, przypomnieć sobie dom, smak dzieciństwa. Cały dzień spędziłam w kuchni. Paweł podjadał jeszcze ciepłe i mówił, że są idealne.

Zaprosiłam całą rodzinę – Janinę, jej córkę Kingę... Liczyłam, że chociaż raz teściowa powie coś miłego. Że się ucieszy. Że może nawet zapyta o przepis. Wiedziałam, że to naiwne, ale każdy ma jakieś marzenia. Usmażyłam ponad 30 pączków. I kiedy wszystko było gotowe, a ja otwierałam drzwi, słysząc dźwięk domofonu – miałam tylko jedną myśl: „Byle nie powiedziała, że są niedobre.”

Teściowa od razu krytykowała

– O, takie blade? – usłyszałam zanim jeszcze usiedliśmy.

Teściowa stanęła nad talerzem z pączkami jak nad czymś, co wymaga natychmiastowej interwencji sanepidu.

– U mnie to zawsze wychodziły złociutkie. I te Twoje trochę… krzywe, nie? Zacisnęłam usta. Chciałam odpowiedzieć coś niemiłęgo, ale w mojej głowie wybrzmiała dobrze znana myśl, że lepiej ugryźć się w język.

Może i krzywe, ale nadziane po brzegi – odpowiedziałam z uśmiechem, zbyt słodkim, by był szczery. – Konfitura z róży, własna.

Paweł, widząc moje spięte ramiona, szybko włączył się do rozmowy:

– No ale pachną super, Martuś. Serio, aż ślinka cieknie.

– W pracy to już nikt nie piecze – dorzuciła Kinga, siadając obok. – Wszystko z cukierni. Kto by miał czas się tak bawić?

Janina tylko cmoknęła, jakby ten argument był najlepszym dowodem na to, że moje pączki są... passé. Spojrzała na talerz raz jeszcze, jakby musiała się upewnić, że naprawdę nie zamówiłam ich w sklepie.

Zobaczymy, jak smakują – dodała, sięgając po jeden. Jej brwi drgnęły, jakby właśnie podjęła wielką ofiarę, decydując się na pierwszy kęs.

A ja? Usiadłam, poprawiłam fartuch i udawałam, że nie czuję tego ukłucia w żołądku. Bo przecież to tylko pączki. Tylko że ja włożyłam w nie wszystko – nadzieję, wspomnienia i całą siebie.

Pączki znikały błyskawicznie

Po obiedzie atmosfera trochę się rozluźniła. Janina rozsiadła się na kanapie z filiżanką herbaty i udawała zmęczoną. Paweł zabrał się za nalewanie kawy, a ja, zgodnie z planem, wniosłam talerz z pączkami do salonu.

No dobrze, częstujcie się – powiedziałam z wymuszonym entuzjazmem. – Pączki są specjalne, domowe.

Janina uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Po chwili sięgnęła po jednego. Zjadła go bez słowa. Potem drugiego. I trzeciego.

Kinga sięgnęła po jednego i z gracją odgryzła kawałek, jakby degustowała truflę z paryskiej cukierni.

– Dobre – mruknęła. – Ta konfitura to naprawdę z róży?

– Tak.

Janina już w połowie czwartego pączka. Bez komentarza. Bez ani jednego słowa pochwały.

– Widziałaś? – Paweł nachylił się do mnie z rozbawionym uśmiechem. – Mama już piąty...

– Ale przecież były blade i krzywe – syknęłam przez zęby.

– No widzisz. Czasem lepiej nic nie mówić.

Siedziałam, obserwując, jak znika ostatni pączek. I miałam w sobie wszystko naraz: ulgę, że smakowało. Złość, że nie potrafiła po prostu powiedzieć „dobre”. I żal, że ja wciąż tak bardzo tego potrzebuję. Zostały tylko okruchy. A we mnie – pustka.

Wygrałam to starcie

Rodzina szykowała się do wyjścia. Paweł wynosił kubki po kawie do kuchni, Kinga poprawiała makijaż przed lustrem w przedpokoju, a ja zbierałam talerze, czując w sobie mieszankę wyczerpania i rozczarowania. Teściowa, jakby od niechcenia, podeszła do stołu i wzięła serwetkę. Stała przez chwilę, gniotąc ją w dłoniach, aż w końcu rzuciła niby od niechcenia:

– A ten dżem różany... to skąd? Bo chyba nie kupny?

Spojrzałam na nią. Czy to była próba okazania uznania?

– Nie. Sama robiłam – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku zadrgało mi serce.

To daj mi ten przepis. I na ciasto też. Może zrobię w przyszłym roku.

Stałam z talerzem w dłoniach, patrząc na nią z niedowierzaniem.

– Pewnie. Dam – odpowiedziałam, pozwalając sobie na nutkę ironii. – Tylko nie wiem, czy wyjdą takie… złociutkie i idealne.

Janina nie drgnęła nawet o milimetr.

– E tam. Ważne, żeby dobre były. A twoje… no, były zjadliwe – rzuciła, jakby mówiła o czymś zupełnie neutralnym. Jakby nie pochłonęła pięciu pączków.

Nie odpowiedziałam. Tylko odwróciłam się w stronę kuchni, żeby nie musiała widzieć mojego wyrazu twarzy. Nie zasłużyła. Paweł podszedł i objął mnie lekko ramieniem.

– Brawo, kochanie – szepnął z uśmiechem. – Wygrałaś.

Pokiwałam głową. Wygrałam. Tylko dlaczego czułam się tak, jakbym jednak przegrała?

Nie wiedziałam, co myśleć

Weszłam do sypialni, zamknęłam drzwi i usiadłam na łóżku. Wciąż miałam na sobie fartuch z lekko tłustą plamką od lukru. Wzięłam telefon i bez wahania wybrałam numer Żanety.

– No i jak poszło z teściową? – odezwała się w słuchawce, zanim jeszcze zdążyłam coś powiedzieć.

– Powiedziała, że są blade i krzywe – zaczęłam. – A potem zjadła pięć i jeszcze chce przepis!

– Typowa Janina – westchnęła Żaneta. – Ona cię po prostu nie znosi. A teraz nie potrafi się przyznać, że coś jej smakowało.

– Wiesz, nie chodzi nawet o te pączki. Ja już nie chcę, żeby mnie kochała jak córkę. Ja bym chciała, żeby raz... raz w życiu powiedziała: „Dobra robota, Marta”. Tylko tyle.

– A ja bym chciała wygrać w totka – mruknęła. – Ale skoro obie wiemy, że się nie doczekamy, to może trzeba to zaakceptować?

– Łatwo ci mówić – syknęłam, choć wiedziałam, że ma rację. – Wiesz co? Dam jej ten przepis. Tylko w wersji... „dla zaawansowanych”. Niech się pomęczy.

– O, właśnie! Zemścij się elegancko. Daj jej wersję babci sprzed poprawki. Tę, gdzie trzeba było wszystko wyrzucać.

Zaśmiałyśmy się jednocześnie. Przez łzy, ale jednak.

– Marta – powiedziała Żaneta po chwili ciszy – ty jesteś porządną dziewczyną. Nawet jeśli ona tego nie widzi, ty to wiesz. I ja wiem.

– Dzięki. Serio. To mi więcej znaczy niż cały słoik tej cholernej konfitury.

Siedziałam jeszcze długo z telefonem w dłoni, gapiąc się w ścianę. I po raz pierwszy tego dnia poczułam, że nie jestem z tym wszystkim sama.

I tak mnie nie polubi

Siedziałam przy stole z zeszytem w kratkę, tym samym, w którym babcia zapisywała przepisy. Strona z pączkami była już tłusta od oleju i lekko pogięta. Przepisałam przepis dla Janiny. Tylko… pominęłam jeden szczegół. Nie wspomniałam o tym, że mleko do rozczynu musi być tylko lekko ciepłe – ani za zimne, ani za gorące. Za gorące zabije drożdże. Tak niewiele, a tak dużo. Złośliwe? Może. Ale w tym był też mój żart. Moje „mam cię”. I może odrobina ulgi. Zamknęłam zeszyt i schowałam go głęboko do szuflady, jakby miał tam odpocząć po tych wszystkich emocjach.

Paweł wszedł do kuchni i przytulił mnie od tyłu.

– Co robisz?

– Zastanawiam się, czy powinnam jej to dać..

– A myślisz, że zrobi?

– Nie. Ale poprosiła, więc coś jej dam.

Usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał z troską.

Wiesz, że ona chyba cię nigdy nie zaakceptuje?

Pokiwałam głową.

– Wiem. Ale może to już nie ma znaczenia. Może wystarczy, że ja wiem, że zrobiłam coś dobrze. I że... jestem dobra, nawet jeśli nikt tego nie mówi.

Paweł się uśmiechnął. Ten jego spokojny, miękki uśmiech, który zawsze mnie rozbrajał.

– Moje serce i mój żołądek już dawno cię zaakceptowały.

Zachichotałam. Krótko, ale szczerze. Potem podniosłam się i zgasiłam światło w kuchni.

Nie wiem, czy Janina kiedykolwiek spróbuje zrobić te pączki. Ale ja wiem, że tamtego czwartku wygrałam coś więcej niż pojedynek na ciasto. Wygrałam sama ze sobą.

Marta, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama