Reklama

Wiosna zawsze kojarzyła mi się z porządkami i nowym początkiem. Kiedy patrzyłam na nasze mieszkanie, widziałam tylko odpadającą farbę, skrzypiącą podłogę i rzeczy odkładane wiecznie „na potem”. Mirek widział spokój. Ja – chaos. Uparłam się, że teraz albo nigdy. Nie wiedziałam wtedy, jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić i że to ja będę ją dźwigać najdłużej.

Jemu nic nie przeszkadzało

– Ania, naprawdę musimy teraz? – Mirek stał w progu kuchni z kubkiem herbaty i patrzył, jak po raz kolejny rozkładam kartki z rozpiską wydatków. – Przecież nic nam tu nie leci na głowę.

Właśnie dlatego teraz – odpowiedziałam zbyt szybko. – Póki jeszcze możemy o tym decydować, a nie łatać na ostatnią chwilę.

Westchnął i usiadł ciężko na krześle. Znałam ten jego gest. Oznaczał zmęczenie, nie sprzeciw. Mirek rzadko się kłócił. Raczej milczał, a ja brałam to milczenie za zgodę.

Zawsze jest coś pilniejszego – ciągnęłam, chodząc po kuchni. – Najpierw lodówka, potem samochód, potem wakacje u twojej siostry. A te ściany pamiętają jeszcze poprzednich lokatorów.

Mnie nie przeszkadzają – mruknął. – Lubię, jak jest znajomo.

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego ostrzej, niż chciałam.

– Tobie nigdy nic nie przeszkadza. A ja się w tym duszę.

Podniósł na mnie zaskoczony wzrok. Chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie zadzwonił telefon. Ekran mignął nazwą firmy remontowej, do której dzwoniłam dzień wcześniej. Odebrałam bez wahania.

– Tak, jesteśmy zdecydowani – powiedziałam, zanim Mirek zdążył zaprotestować. – Wiosna będzie idealna.

Kiedy się rozłączyłam, w kuchni zapadła cisza. Mirek powoli odstawił kubek.

Już zdecydowałaś za nas oboje – stwierdził spokojnie, ale w tym spokoju było coś, co mnie ukłuło. Miał pretensje.

– Przecież i tak byś się zgodził – rzuciłam, próbując obrócić wszystko w żart. – Zawsze się zgadzasz.

Uśmiechnął się blado.

– Może właśnie w tym problem.

Tego dnia po raz pierwszy pomyślałam, że coś między nami się zmienia, jak mebel odsuwany od ściany. Niby nadal w tym samym pokoju, ale już nie na swoim miejscu. Zignorowałam to. Miałam przecież ważniejsze sprawy: kolory farb, terminy, decyzje. Byłam pewna, że robię dobrze.

Remont był mu nie w smak

Remont zaczął się szybciej, niż się spodziewałam. Pierwszego dnia obudził mnie stukot na klatce schodowej i obcy głos za drzwiami. Pachniało świeżym plastikiem i czymś gryzącym w gardle. Mirek siedział już ubrany przy stole, jakby nie spał całą noc.

Mogli przyjść jutro – rzucił cicho. – Dziś miałem mieć wolne.

– Przecież to dobrze – odpowiedziałam, zakładając kurtkę. – Przynajmniej ich przypilnujesz.

Nie spojrzał na mnie. Otworzył drzwi ekipie i cofnął się, gdy do mieszkania wdarł się hałas. Nasz spokojny azyl zniknął w kilka minut. Dywany zwinięto, meble przesunięto, a kurz osiadał wszędzie, nawet na zdjęciach ze ślubu.

Wracałam z pracy zmęczona, ale z ekscytacją. W głowie widziałam już efekt końcowy. Mirek witał mnie coraz ciszej. Zamiast opowiadać, co się działo, wskazywał ręką kolejne sterty worków.

Trzeba to wynieść – mówił. – I okno się nie domyka.

– Jutro – odpowiadałam. – Teraz usiądź, odpocznij.

Tylko że on nie odpoczywał. Krążył między pokojami, jakby czegoś szukał. Któregoś wieczoru znalazłam go na balkonie, opierającego się o barierkę.

– Jest zimno, wejdź do środka – powiedziałam.

Tu chociaż jest ciszej – odparł.

Zamilkłam. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że dla niego ten remont nie był „odświeżeniem”, tylko końcem znanego mu świata. Próbowałam to naprawić.

– Jak skończą, to pojedziemy gdzieś na weekend – zaproponowałam. – Tylko my dwoje.

Uśmiechnął się, ale to nie był ten uśmiech.

– Najpierw niech się skończy – odpowiedział.

Nie skończył się jeszcze długo. Coś ciągle było do poprawki. Ekipa przychodziła i znikała, a Mirek brał na siebie coraz więcej. Wynosił, nosił, pilnował. Ja mówiłam sobie, że przecież jest dorosły, że jakby nie chciał, to by powiedział. Teraz wiem, jak łatwo można się tak okłamywać.

Zaczynałam już mięknąć

Wiosna rozkręciła się na dobre, a ja po raz pierwszy poczułam, że straciłam kontrolę. Remont trwał już dużo dłużej, niż obiecywano, a Mirek wyglądał, jakby każdy dzień dokładał mu lat. Schudł, zrobił się cichy. Nawet jego ruchy były inne, ostrożniejsze.

Może jednak to wstrzymajmy – powiedziałam pewnego poranka, bardziej do siebie niż do niego. – Przynajmniej na chwilę.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Teraz? – zapytał. – Kiedy już wszystko rozgrzebane?

Chciałam zaprotestować, ale zabrakło mi słów. Widziałam, że jest zmęczony, tylko znów próbowałam to zagadać. Myślałam, że jakoś to będzie.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej. W mieszkaniu było dziwnie cicho. Żadnego radia, żadnych kroków. Mirek siedział w salonie na podłodze, oparty o ścianę, wśród pudeł. Widać, że źle się czuł.

Czemu nie zadzwoniłeś? – zapytałam, klękając obok. – Mogłam przyjść.

– Nie chciałem przeszkadzać – odpowiedział po chwili. – Ty masz swoje sprawy.

Te słowa zabolały bardziej niż pretensje. Uświadomiłam sobie, że przez cały ten czas traktowałam go jak element planu, nie jak człowieka.

– Mirek… – zaczęłam, ale machnął ręką.

– Już nieważne. Po prostu zróbmy to do końca.

Wieczorem zasnął szybciej niż zwykle. Patrzyłam na niego długo, słuchając jego spokojnego oddechu, i po raz pierwszy pomyślałam, że mogłam się mylić. Mój upór nie był troską, tylko ucieczką przed rozmową, przed tym, co naprawdę między nami narastało.

Rano wstałam pierwsza. W kuchni zaparzyłam herbatę, tak jak lubił. Zawołałam go, raz, drugi. Nie odpowiedział. Pamiętam to uczucie, jakby podłoga nagle zrobiła się obca. Dalej wszystko potoczyło się szybko, bez mojego udziału. Ludzie, których nie znałam, słowa, których nie rozumiałam. A potem cisza, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałam.

Mój świat się zatrzymał

Nie wiem, ile czasu minęło, zanim ktoś zapukał do drzwi. Stałam w przedpokoju z kubkiem herbaty w ręku, który dawno wystygł. Dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach mówiło do mnie powoli, jak do kogoś, kto może nie zrozumieć prostych słów.

– Proszę usiąść – powiedział jeden z nich. – Zrobiliśmy wszystko, co było możliwe.

Patrzyłam na jego usta, poruszające się w rytmie zdań, ale sens dotarł do mnie dopiero, gdy padło imię Mirka. Potem drugie zdanie. I trzecie. Aż w końcu to jedno, którego nie da się cofnąć.

Pani mąż zmarł dziś rano we śnie.

Usiadłam na podłodze, dokładnie w tym miejscu, gdzie wcześniej leżały kartony z kafelkami. Pamiętam, że pomyślałam o tym, jak bardzo nie na miejscu jest ta nowa, jasna podłoga. Jakby nie powinna jeszcze istnieć. Jakby wszystko poszło o jeden krok za daleko.

Remont robotnicy skończyli już beze mnie. Ściany były jasne, podłoga nie skrzypiała. Tylko mój Mirek już po nich nie chodził. Nie zobaczył efektu końcowego. Nikt się nie zachwycał nowym salonem ani równo ułożonymi płytkami.

Mam nowy salon i pustkę

Pogrzeb odbył się w słoneczny dzień, jakby ktoś chciał zakpić z mojego poczucia winy. Ludzie mówili, że Mirek zawsze był spokojny, że dobry z niego był człowiek. Kiwałam głową, ściskając w dłoni chusteczkę, ale w środku krzyczałam. Każde dobre słowo było jak przypomnienie, że nie umiałam go ochronić.

Po wszystkim wróciłam do mieszkania. Pachniało nowością, ale obco. Usiadłam na kanapie, tej samej, na której miał spać „tylko przez kilka dni”. Dotknęłam gładkiej ściany i pierwszy raz odważyłam się powiedzieć na głos:

– Przepraszam. To moja wina.

Nikt nie odpowiedział. Właśnie to było najtrudniejsze – że już nigdy nie usłyszę jego cichego „nic się nie stało”. Z czasem zaczęłam porządkować rzeczy. Zostawiłam te, które miały sens. Resztę oddałam. Remont przestał mnie obchodzić. Ważniejsze stało się to, czego nie da się naprawić ani cofnąć.

Dziś wiem, że upór potrafi być wygodny. Zajmuje głowę, odsuwa rozmowy, pozwala nie słuchać. Ja słuchałam za późno. Dom jest teraz spokojny, aż nazbyt. Te wydarzenia nauczyły mnie jednej rzeczy: że cisza bywa głośniejsza niż hałas, a miłość nie potrzebuje idealnych ścian, tylko obecności.

Anna, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama