„Ukrywam przed narzeczoną, że moi rodzice mieszkają na wsi. Nie po to stamtąd uciekłem, by teraz myśleć o ich biedzie”
„Wstydziłem się ich spracowanych, popękanych dłoni, ich braku uzębienia, ich prostego języka pełnego błędów i gwary. Wstydziłem się ich ubrań kupowanych na targu, które zawsze pachniały naftaliną. Nie pasowali do mojego świata ze szkła i betonu”.

Mój garnitur kosztował tyle, co roczny dochód moich rodziców, a zegarek na nadgarstku był wart więcej niż ich dom wraz z całym inwentarzem. Patrycja, kobieta mojego życia, córka warszawskiej elity, była przekonana, że jestem jednym z nich. Opowiadałem jej bajki o ojcu profesorze i matce artystce, którzy podróżują po świecie, szukając inspiracji. W rzeczywistości moi rodzice nie szukali inspiracji, tylko promocji na margarynę w dyskoncie, a ich świat kończył się na płocie obory w zapadłej wsi na Podlasiu.
Uciekłem stamtąd
Moi współpracownicy widzieli we mnie wizjonera, rekina biznesu, który z zimną krwią negocjuje wielomilionowe kontrakty. Ja jednak, ilekroć patrzyłem w lustro, widziałem małego chłopca w za dużych gumiakach, brodzącego w błocie zmieszanym z gnojówką.
To paranoja, wiem, ale ilekroć wracałem do mojego apartamentu na Powiślu, szorowałem ciało najdroższymi żelami, jakbym chciał zedrzeć z siebie skórę. Bałem się, że ten specyficzny, słodkawy zapach biedy, wilgoci i zwierząt wciąż się za mną ciągnie. Że Patrycja, przytulając się do mnie w nocy, nagle pociągnie noskiem i zapyta: „Kochanie, dlaczego pachniesz jak obora?”.
Patrycja była uosobieniem wszystkiego, czego pragnąłem i czego nienawidziłem z zazdrości. Jej skóra była gładka, nigdy nieskalana ciężką pracą fizyczną. Jej dłonie były miękkie, stworzone do grania na pianinie, a nie do wyrywania chwastów czy dojenia krów. Jej rodzice? Ojciec był wziętym kardiochirurgiem, matka prowadziła fundację. Kiedy poznaliśmy się na bankiecie charytatywnym, skłamałem instynktownie. To był odruch bezwarunkowy, jak mrużenie oczu przed słońcem.
Okłamałem ich
– A czym zajmują się twoi rodzice, Arturze? – zapytała wtedy.
– Są na emeryturze, ale dość aktywnej – rzuciłem gładko, poprawiając mankiet koszuli. – Ojciec wykładał historię sztuki, matka zajmowała się rzeźbą. Teraz głównie podróżują. Obecnie chyba siedzą w Prowansji, unikają zgiełku.
Kłamstwo poszło gładko. Patrycja uśmiechnęła się z uznaniem. W jej świecie to było normalne. W moim świecie Prowansja brzmiała jak nazwa choroby zakaźnej, a jedyną podróżą, jaką odbywał mój ojciec, była trasa traktorem na pole i z powrotem.
Przez dwa lata byłem mistrzem logistyki. Każde święta Bożego Narodzenia to był majstersztyk uników. „Rodzice są na rejsie dookoła świata”, „utknęli w Andach”, „ojciec ma badania w klinice w Szwajcarii”. Patrycja była wyrozumiała, choć czasem w jej oczach widziałem cień smutku. Chciała rodziny. Chciała tych ciepłych spotkań przy stole, gdzie teściowie wymieniają się anegdotami.
To był mój sekret
Moi rodzice istnieli naprawdę, ale w równoległej rzeczywistości. Dzwoniłem do nich raz w miesiącu, zawsze z biura, nigdy przy Patrycji.
– Artuś, synku, kiedy przyjedziesz? Matka pierogi zrobiła, te z serem, co lubisz – głos ojca w słuchawce zawsze był chrapliwy, przerywany kaszlem palacza tanich papierosów.
– Nie mam czasu, tata. Praca. Duży projekt – odpowiadałem sucho, patrząc na swój kalendarz. – Prześlę wam pieniądze. Kupcie sobie węgiel.
– Nie o węgiel chodzi, synku. Tęsknimy. Sąsiedzi pytają, co u ciebie, a my nawet zdjęcia nie mamy.
– To niech nie pytają. Muszę kończyć.
Rozłączałem się i czułem wstyd, złość i poczucie winy. Wstydziłem się ich spracowanych, popękanych dłoni, ich braku uzębienia, ich prostego języka pełnego błędów i gwary. Wstydziłem się ich ubrań kupowanych na targu. Nie pasowali do mojego świata ze szkła i betonu. Kiedy oświadczyłem się Patrycji, wiedziałem, że zegar tyka. Ślub to nie bankiet. Ślub to rodzina.
– Kochanie – powiedziała pewnego wieczoru, gładząc mnie po policzku. Leżeliśmy w łóżku, światła miasta migotały za oknem. – Musimy ustalić listę gości. Moi rodzice nalegają, żeby w końcu poznać twoich. To robi się dziwne.
Oświadczyłem jej się
Moje serce uderzyło w rytm młota pneumatycznego.
– Wiem. Ale wiesz jacy oni są. Ekscentryczni. Trudni.
– Artur – jej głos stwardniał. – Bierzemy ślub. Nie wyobrażam sobie, że ich nie będzie. Jeśli nie przyjadą, to ja pojadę do nich. Gdzie teraz są?
Zrobiło mi się gorąco. Wyobraziłem sobie Patrycję w jej szpilkach, wysiadającą przed chałupą, gdzie kury chodzą po podwórku, a wychodek wciąż stoi za stodołą jako awaryjna opcja. Wyobraziłem sobie jej minę, gdy moja matka, w chustce na głowie i fartuchu ubabranym mąką wybiega ją uściskać, mówiąc: „O jezusicku, jaka chudzina, zjedzże co!”. To byłby koniec szacunku jej ojca, który uważał mnie za partnera intelektualnego. Zobaczą we mnie chłopa, który przebrał się w garnitur.
– Są w Polsce – wypaliłem, zanim zdążyłem pomyśleć. – Wrócili. Ale ojciec jest chory. Nie przyjmują gości. To skomplikowane.
Patrycja zmieniła wyraz twarzy na pełen współczucia.
– O Boże… Dlaczego nie powiedziałeś? Musimy tam pojechać tym bardziej.
Musiałem im powiedzieć
Wpadłem we własną pułapkę.
– Nie! – krzyknąłem zbyt gwałtownie. Ona drgnęła. Ściszyłem głos. – Nie, kochanie. Oni się wstydzą. Matka nie chce, żeby ktokolwiek widział tatę w takim stanie. Prosiła o prywatność. Pojadę tam sam w ten weekend. Spróbuję ich przekonać, żeby chociaż na chwilę wpadli na ślub, ale nic nie obiecuję.
W sobotę rano wsiadłem w samochód. Wypożyczyłem przeciętnego Opla, żeby nie rzucać się w oczy we wsi. Im bliżej byłem domu, tym bardziej czułem się fizycznie chory. Krajobraz zmieniał się z nowoczesnych osiedli na zaniedbane pola, dziurawe drogi i szare domy typu kostka z lat 70. Zajechałem na podwórko. Brama wisiała na jednym zawiasie, tak jak dwa lata temu. Burek, stary kundel, zaszczekał ledwo, machając ogonem. Z domu wyszła matka. Była jeszcze mniejsza i bardziej zgarbiona niż zapamiętałem. Wytarła ręce w fartuch.
– Artuś! Janek, chodź no prędko! Syn przyjechał! – krzyknęła, a w jej głosie była taka radość, że poczułem się jak ostatnia szmata.
Ojciec wyszedł powoli, podpierając się laską. Miał na sobie ten sam sweter, co pięć lat temu.
– A jednak pamiętał o starych – zaśmiał się, ale kaszel przerwał mu w połowie.
Nic się nie zmieniło
Usiedliśmy w kuchni. Cerata na stole była lepka, muchy latały nad talerzem z ciastem. W powietrzu unosił się zapach gotowanej kapusty i starości. Patrzyłem na nich i czułem odrazę, wstręt do biedy, z której uciekłem. Do tego, że oni w tym tkwią, że nie potrafili, tak jak ja, wyrwać się, zmienić, stać się kimś.
– Słuchajcie – zacząłem, nie dotykając ciasta. – Żenię się.
Matka klasnęła w dłonie, łzy stanęły jej w oczach.
– Dzięki Bogu! Kiedy? Gdzie? Muszę sukienkę uszyć, ojciec garnitur ma jeszcze po wujku Staszku, to się odświeży.
– Nie – przerwałem jej ostro. Zapadła cisza. Tylko zegar ścienny tykał głośno. – Nie przyjedziecie.
– Jak to? – ojciec zmarszczył brwi. – Wstydzisz się nas?
To pytanie wisiało w powietrzu od lat, ale nigdy nie padło wprost.
– To jest inna uroczystość. Zamknięta. Tylko dla świadków i… to skomplikowane biznesowo – bełkotałem, używając słów, których nie rozumieli. – Nie odnajdziecie się tam. Tam są ludzie z rządu, z zagranicy. Mówią w obcych językach. Nie macie o czym z nimi rozmawiać. Źle byście się czuli.
Wstydziłem się ich
– Źle byśmy się czuli na weselu własnego syna? – głos matki drżał. – Artuś, my cię wychowaliśmy. Myśmy sobie od ust odejmowali, żebyś ty do szkół poszedł w mieście…
– I za to jestem wdzięczny! – wyciągnąłem z kieszeni grubą kopertę. – Tu jest dziesięć tysięcy złotych. Wyremontujcie dach. Kupcie leki, ale na ślub nie przyjeżdżajcie. Powiedziałem narzeczonej, że jesteście chorzy i nie możecie podróżować. Nie róbcie mi wstydu i nie psujcie mi życia.
Położyłem pieniądze na lepkiej ceracie. Wyglądały tam obco. Ojciec wstał z trudem. Jego twarz poczerwieniała.
– Zabieraj te pieniądze! – ryknął, uderzając pięścią w stół. – Nie chcę twoich pieniędzy. Wstydzisz się nas? Dobrze. Dla ciebie nas nie ma, ale pamiętaj, synu… Kłamstwem świata nie zbudujesz. Ono cię przygniecie.
Wyszedłem. Nie obejrzałem się. Wsiadłem do Opla i odjechałem, zostawiając za sobą tuman kurzu i dwoje ludzi, którzy dali mi życie.
Chciałem zapomnieć
Miesiąc później odbywała się próbna kolacja przedślubna w ekskluzywnej restauracji. Byli tam wszyscy: rodzice Patrycji, jej wujek senator, znajomi. Kryształowe żyrandole, kwartet smyczkowy, kawior. Byłem w swoim żywiole. Patrycja wyglądała zjawiskowo.
– Wznoszę toast! – ojciec Patrycji wstał z kieliszkiem. – Za człowieka, który własnymi rękami zbudował swoją pozycję. To rzadkość w dzisiejszych czasach. Żałuję tylko, że nie możemy poznać twoich rodziców, tych wspaniałych intelektualistów, o których tyle słyszeliśmy.
Uśmiechnąłem się, choć czułem, jak pot spływa mi po plecach.
– Dziękuję, panie Stanisławie. Oni też żałują. Duchowo są z nami.
Wtedy otworzyły się drzwi restauracji. Zrobiło się małe zamieszanie przy wejściu. Kelner próbował kogoś zatrzymać.
– Państwo nie mogą wejść! To zamknięta impreza! – słyszałem podniesiony głos.
– My do syna! Do Artura! – ten głos, znałem go. Przeszył mnie dreszcz grozy.
Odwróciłem się. W drzwiach stali oni. Matka w swojej najlepszej, kwiecistej sukience z poliestru, która pamiętała lata 90. Ojciec w za dużym o dwa rozmiary garniturze, który wisiał na nim jak na wieszaku, i w zniszczonych butach. Wyglądali na zagubionych, przerażonych przepychem, ale zdeterminowanych.
– Artur? – Patrycja spojrzała na drzwi, potem na mnie. – Kto to jest?
Zaskoczyli mnie
Czas zwolnił. Wszyscy patrzyli na wejście. W tej sekundzie miałem wybór. Mogłem wstać, podejść do nich, objąć ich i powiedzieć: „To moi rodzice. Kocham ich”. To byłby moment odkupienia, ale strach przed utratą twarzy, przed kpiną w oczach teścia, przed tym, że zobaczą we mnie wieśniaka, był silniejszy.
– Nie mam pojęcia – powiedziałem głośno, wstając. – To chyba jakaś pomyłka. Proszę wyprowadzić tych państwa!
Zobaczyłem, jak twarz mojej matki blednie. Ojciec stanął prosto, prostując swoje schorowane plecy.
– Artur… – szepnęła matka, a jej głos rozszedł się po nagle ucichłej sali. – Przynieśliśmy ci błogosławieństwo… I chleb, który upiekłam.
Wyjęła ze zwykłej, żółtej reklamówki z marketu, bochenek chleba zawinięty w białą ściereczkę.
– Ochrona! – krzyknąłem, tracąc panowanie nad sobą. – Ci ludzie mnie nękają! Nie znam ich!
I wtedy Patrycja wstała. Podeszła do mnie, patrząc mi głęboko w oczy. Widziałem w nich coś, czego nigdy wcześniej tam nie było. Przerażenie i zrozumienie.
– Artur… – powiedziała powoli. – Oni mają twoje oczy.
To był koniec
Spojrzała na matkę, potem na mnie. Podobieństwo było niezaprzeczalne. Kształt nosa, oprawa oczu. Genetyki nie oszukasz garniturem.
– To są twoi rodzice, prawda? – zapytała cicho.
Milczałem. To milczenie było gorsze niż przyznanie się do winy.
– Patrycja, wytłumaczę ci to… – zacząłem, wyciągając rękę.
Odsunęła się, jakbym był trędowaty.
– Wyrzucasz własnych rodziców, bo są biedni? Bo nie pasują do dekoracji? – Jej głos załamał się, ale po chwili krzyknęła na całą salę: – Ty żałosny, mały człowieku!
Podeszła do drzwi. Ochroniarze stali zdezorientowani. Patrycja stanęła przed moją matką.
– Dzień dobry – powiedziała. – Jestem Patrycja. Przepraszam za niego.
Wzięła od matki ten chleb. Przytuliła ją, moją matkę, która pachniała wsią i starym mydłem. Teść podszedł do mnie. Spojrzał na mnie z góry.
– Biznesmen bez honoru to tylko złodziej w krawacie – powiedział. – Wynoś się.
Wszystko zniszczyłem
Patrycja zerwała zaręczyny tego samego wieczoru. Nie dlatego, że moi rodzice byli biedni. Jak mi potem napisała w mailu: „Mogłabym żyć z synem rolnika, ale nie będę żyć z człowiekiem, który traktuje ludzi jak śmieci, żeby podbić swoje ego. Jeśli potrafiłeś wyprzeć się matki, co zrobiłbyś ze mną, gdybym przestała ci pasować?”.
Straciłem szacunek środowiska – plotki rozeszły się błyskawicznie. A rodzice? Pojechałem tam miesiąc później. Brama była naprawiona – ktoś inny im pomógł. Chciałem wejść, przeprosić, błagać na kolanach, ale nie miałem odwagi. Stałem pod płotem, patrzyłem, jak matka sypie ziarno kurom. Wyglądała na spokojną, szczęśliwszą beze mnie i mojego toksycznego wstydu.
Wsiadłem do samochodu i wróciłem do mojego pustego apartamentu. Mam pieniądze, mam stanowisko, ale kiedy w nocy gaszę światło, czuję ten zapach zdrady, którą popełniłem na własnej krwi. I żadne perfumy tego nie zagłuszą.
Artur, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dniu Babci nie miałam co liczyć na laurki i życzenia. Obcy ludzie mieli dla mnie więcej serca niż własna rodzina”
- „W Dzień Dziadka wnuk wpadł do mnie jak do banku i spytał, czy pożyczę mu kasę. A myślałem, że to ja dostanę prezent”
- „W Dniu Dziadka mój świat się zawalił. Dziadek płakał rzewnymi łzami i usłyszałem od niego najgorsze słowa w życiu”

