„Ukrywałam przed mężem, że straciłam pracę. Moje kłamstwo zaczęło jednak rosnąć szybciej niż długi”
„Codziennie rano ubierałam się jak zwykle – garsonka, makijaż, perfumy. Żegnałam się z Jarkiem i Karoliną, wychodziłam z domu i... szłam do biblioteki, do parku, do kawiarni. Czasem siedziałam na ławce i udawałam, że coś planuję. Czasem patrzyłam w okno kawiarni, obserwując ludzi, którzy mieli dokąd iść. Ja nie miałam”.

- Redakcja
Mam męża, 10-letnią córkę i do niedawna... pracę, która wydawała mi się pewna jak amen w pacierzu. Przez ostatnie osiem lat byłam zatrudniona w banku – zaczynałam jako doradca klienta, potem awansowałam na stanowisko starszej specjalistki. Miałam swoje biurko, służbowy laptop, kawę z ekspresu o dziewiątej trzydzieści i grafik spotkań na tydzień do przodu. Stabilizacja. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Zostałam bez pracy
To było zwykłe wtorkowe przedpołudnie, kiedy wezwał mnie do siebie dyrektor. Powiedział, że musimy „porozmawiać” – i od razu wiedziałam, że to nie będzie nic dobrego. Zwolnienia grupowe. Oszczędności. Redukcja etatów. Mimo że miałam dobre wyniki i byłam lubiana w zespole, trafiło na mnie. Zwolnienie wręczyli mi z dnia na dzień.
Wyszłam z budynku z kartonem swoich rzeczy – kubkiem z napisem „Queen of Finance”, doniczką z sukulentem i długopisem z logo banku – i poczułam, że grunt usuwa mi się spod nóg. Stałam na chodniku jak idiotka, z tą roślinką w dłoni, jakbym miała wrócić do biura już jutro. Ale nie miałam gdzie wrócić.
Nie powiedziałam nikomu. Wróciłam do domu o zwykłej porze, jakbym właśnie skończyła dniówkę. Przebrałam się, zrobiłam obiad. I tak zaczęło się moje kłamstwo.
Codziennie rano ubierałam się jak zwykle – garsonka, makijaż, perfumy. Żegnałam się z Jarkiem i Karoliną, wychodziłam z domu i... szłam do biblioteki, do parku, do kawiarni. Czasem siedziałam na ławce i udawałam, że coś planuję. Czasem patrzyłam w okno kawiarni, obserwując ludzi, którzy mieli dokąd iść. Ja nie miałam.
– Jak w pracy? – zapytał Jarek któregoś ranka, siadając do śniadania.
– Normalnie – odpowiedziałam, podając mu kawę. – Dużo papierów, wiesz jak jest.
– Nie rozumiem, jak ty się w tym wszystkim nie gubisz – zaśmiał się, nieświadomy, że gubię się coraz bardziej. W swoim strachu, wstydzie, w tym udawaniu.
Udawałam przed mężem, przed córką, przed siostrą. Że wszystko jest w porządku. Że nadal jestem tą samą Eweliną – ogarniętą, odpowiedzialną, mającą wszystko pod kontrolą. Tylko że już nie byłam. Nie miałam pracy. Nie miałam planu. Miałam tylko rosnące kłamstwo i coraz większe rachunki do zapłacenia.
Mąż miał pretensje
– Ewelina, czemu z konta znowu ubyło tyle pieniędzy? – zapytał Jarek, stojąc przy kuchennym blacie z telefonem w dłoni. Jego brew była uniesiona, ton – jeszcze spokojny, ale już czaiła się w nim podejrzliwość.
– Inflacja... rachunki... Wiesz, jak jest – odpowiedziałam szybko i aż za lekko, wycierając blat szmatką, jakby ten temat wcale nie był ważny.
– Mówiłaś, że czekasz na podwyżkę. Była?
Zamarłam. Na ułamek sekundy. Potem znowu ruszyłam ręką.
– Była... znaczy... jeszcze się nie rozliczyli – bąknęłam, modląc się, żeby nie drążył. Ale Jarek odłożył telefon i popatrzył na mnie uważnie.
– Ewelina, nie chodzi tylko o to. Od dwóch miesięcy prawie nic nie dorzucasz się do rachunków. Ja płacę wszystko. Okej, mogę – ale coś tu nie gra.
– Daj spokój, przecież wiesz, że nie zawsze wszystko przychodzi od razu – warknęłam, czując, że się zagotowuję. – Przecież nie wydaję na siebie! Może Karolina czegoś więcej potrzebowała? Albo ty tankujesz za często?
– Ej! – podniósł głos. – Co ty wymyślasz?
– Przestań! – ucięłam. – Mam dużo na głowie.
Jarek przez chwilę patrzył na mnie, potem tylko westchnął i wyszedł z kuchni. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi do łazienki. Oparłam się o blat. Ręce mi się trzęsły. To była pierwsza poważna rysa. Wiedziałam, że jeśli nie zacznę zarabiać, to kolejne pytania będą tylko gorsze. Ale nie byłam jeszcze gotowa przyznać się, że wszystko zawaliłam. Że nie jestem już tą „ogarniętą Eweliną z banku”. Byłam oszustką. I właśnie pokłóciłam się z mężem, żeby to kłamstwo ochronić.
Siostra mnie widziała
– Ewela, byłaś dziś w pracy? – zapytała Agnieszka, wchodząc bez pukania do mojego mieszkania. Miała ten swój typowy, czujny wyraz twarzy, który zwiastował jedno: coś zauważyła.
– No... tak, a co? – odparłam, wkładając naczynia do zmywarki, z sercem bijącym jak młotem.
– Bo widziałam cię na mieście. O jedenastej. Siedziałaś w kawiarni koło rynku.
– Miałam przerwę – rzuciłam szybko.
– Dziwne... – spojrzała na mnie z ukosa. – Ty nigdy nie chodziłaś na przerwy w ciągu dnia. Nawet kawę piłaś przy biurku, bo „szkoda czasu”.
– Może zmieniłam tryb pracy? Może teraz mam więcej luzu? Nie wiem, czemu w ogóle mnie śledzisz!
– Nikt cię nie śledzi – odpowiedziała spokojnie, ale nie spuszczała ze mnie wzroku. – Po prostu przechodziłam tamtędy. A ty wyglądałaś... dziwnie.
– Dziwnie? – parsknęłam. – To teraz nie mogę sobie pójść na kawę jak człowiek?
– Ewelina, coś się dzieje. Czuję to. Znam cię. Kłamiesz mi prosto w oczy i nawet się nie zająkniesz.
Zamarłam. Nie miałam przygotowanej żadnej kolejnej wersji.
– Może jestem po prostu zmęczona. Czy to już przestępstwo? – rzuciłam i zaczęłam wycierać blat, jakby to miało zakończyć rozmowę.
Agnieszka patrzyła jeszcze chwilę, potem tylko powiedziała:
– Jak będziesz gotowa, to mi powiedz. Ale nie rób ze mnie idiotki, dobrze?
I wyszła, zostawiając mnie w ciszy, która bolała bardziej niż jej pytania.
Mąż znalazł wypowiedzenie
Znalazł to przypadkiem. Przysięgam, nie zostawiłam tego na wierzchu. Ten cholerny papier był w teczce, schowany w szafce, między starymi umowami i rachunkami. Ale oczywiście akurat wtedy Jarek postanowił „posegregować papiery”.
– Ewelina... – usłyszałam jego głos z pokoju. – Co to jest?
Zamknęłam oczy. Przez sekundę miałam ochotę uciec. Po prostu wyjść i już nie wrócić. Ale poszłam. Stał z kartką w dłoni. Moim wypowiedzeniem z banku. Trzymał ją tak, jakby miała go oparzyć.
– To nie tak, jak myślisz... – zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo Jarek rzucił dokument na stół.
– Nie pracujesz tam od trzech miesięcy?! Trzech?! – jego głos podniósł się gwałtownie. – I nic mi nie powiedziałaś?!
– Bałam się... Wstydziłam się... Chciałam to naprawić! Szukałam pracy, naprawdę...
– Nie o to chodzi! – przerwał mi. – Chodzi o to, że mnie okłamywałaś. Codziennie. Wychodziłaś z domu, uśmiechałaś się do mnie, a potem... co? Siedziałaś w parku?
Zaniemówiłam.
– A Karolina? Pomyślałaś o naszej córce? – dodał już ciszej, ale ten ton bolał bardziej niż krzyk.
– Nie wiedziałam, jak to powiedzieć. Wydawało mi się, że jeśli szybko znajdę coś nowego...
– Ale nie znalazłaś – uciął. – Znalazłaś tylko sposób, żeby kłamać.
Zamilkł. Spojrzał na mnie jak na kogoś, kogo pierwszy raz widzi. I wyszedł, zostawiając drzwi otwarte.
Przyznałam się
Dwa dni. Tyle trwała cisza. Jarek spał na kanapie, jadł byle co, wychodził z domu, nie pytając dokąd ja idę i czy w ogóle wrócę. Karolina coś wyczuwała. Chodziła przygaszona. Ale dopiero w sobotę, kiedy przyszła Agnieszka, wszystko pękło.
– Słyszałam – rzuciła od progu. – Jarek do mnie nie zadzwonił, ale znam go. Jak nie odbiera, to znaczy, że jest wściekły.
Usiadłam przy stole. Było mi wszystko jedno.
– Okłamywałam was wszystkich – powiedziałam, patrząc na wzór obrusu. – Straciłam pracę. Wyrzucili mnie. Trzy miesiące temu.
Zapanowała cisza. Długa i ciężka.
– Codziennie wychodziłam z domu – ciągnęłam dalej. – Wsiadałam do autobusu i jechałam donikąd. Do kawiarni, do parku. Wstydziłam się przyznać. Bałam się, że mnie ocenicie. Że Jarek powie, że to moja wina.
– Ewelina, dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytała Agnieszka cicho. – Jesteśmy siostrami.
– Bo ty zawsze wszystko ogarniasz. Ty masz wszystko pod kontrolą. Ja... ja już nie mam nic.
W tym momencie wszedł Jarek. Zatrzymał się w progu. Patrzył na nas z rezerwą, ale nie odwrócił się na pięcie.
– Przestań się nad sobą użalać – powiedział twardo. – Nie chodzi o to, że straciłaś pracę. Każdemu się może zdarzyć. Chodzi o to, że żyłaś sobie w jakimś teatrze, a ja byłem widzem bez biletu.
– Przepraszam – wyszeptałam. – Naprawdę myślałam, że to chwilowe. Że uda się to naprawić, zanim się zorientujecie...
– No to się przeliczyłaś – uciął.
Agnieszka wstała i złapała mnie za rękę.
– Pomogę ci. Ale więcej mnie nie okłamuj, dobra?
Tylko pokiwałam głową. A potem po raz pierwszy od miesięcy... się rozpłakałam.
Mąż stracił do mnie zaufanie
Jarek siedział na brzegu łóżka Karoliny. Czekał, aż zaśnie. Ja stałam w drzwiach. Po raz pierwszy od wielu dni nie miałam w sobie żadnej złości – tylko strach i pustkę. Gdy wyszedł z jej pokoju, spojrzał na mnie.
– Musimy pogadać – powiedział cicho.
Usiedliśmy w salonie. Ja z kubkiem zimnej herbaty. On – bez niczego.
– Nie wiem, czy potrafię ci jeszcze ufać – zaczął. – I to mnie przeraża najbardziej. Bo kiedy z kimś mieszkasz, dzielisz życie, łóżko, rachunki... to zakładasz, że ta osoba jest po twojej stronie. Że nie gra za plecami.
– Nie proszę o wybaczenie – przerwałam mu. – Proszę tylko o szansę. Na odbudowanie czegokolwiek. Wiem, że wszystko zawaliłam. Ale nadal chcę... być częścią tej rodziny.
Milczał. Patrzył gdzieś za moje ramię, jakby szukał tam odpowiedzi.
– A Karolina? – spytał w końcu. – Co jej powiemy?
Zacięłam się. Przez chwilę myślałam, żeby dalej ją chronić. Ale miałam dość udawania.
– Prawdę – odpowiedziałam. – Tylko może nie od razu całą. Że mama musi poszukać nowej pracy. Że trochę się pogubiła, ale już próbuje z tego wyjść.
W tym momencie z korytarza dobiegł nas jej cichy głos:
– Mamo, czemu płaczesz?
Zerwałam się i podeszłam do niej. Stała w piżamie, z rozczochranymi włosami, trzymając w ręku misia.
– Bo kłamstwo niszczy rodzinę szybciej niż bieda – odpowiedziałam szczerze.
Objęła mnie. A ja objęłam ją i wiedziałam, że choć nic nie jest dobrze – to jeszcze nie wszystko stracone.
Ewelina, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka żeruje na nas i nie ma żadnych planów na przyszłość. Boję się, że zmarnuje całe swoje życie”
- „Oszczędzałam na jedzeniu, ale kupiłam nowy telefon. Mąż wściekł się, że nie potrafię szanować jego kasy”
- „Nie chciałam wydawać fortuny na znicze. Siostra oskarżyła mnie o brak serca i plucie na grób rodziców”

