Reklama

Pracuję jako księgowa. Lubię mieć kontrolę. Nad liczbami, nad codziennością. Nad budżetem też, choć z tym ostatnim coraz gorzej. Mój mąż, Marek, działa inaczej. On „żyje chwilą”, jak to sam mówi. Problem w tym, że jego chwila kosztuje. Czasem nowy telefon, czasem weekend w górach. Wszystko na kredyt, bo przecież „coś się wymyśli”.

Anka, nie bądź taka spięta, mamy tylko jedno życie – powtarza i włącza kolejny sprzęt z ratami ukrytymi drobnym druczkiem.

Na początku próbowałam go przekonywać, potem prosić, później błagać. Ale zawsze słyszałam to samo: „Jakoś będzie. Przecież jeszcze nie zbankrutowaliśmy”. No to kiedy zrozumiałam, że nic się nie zmieni, zaczęłam odkładać. Po cichu. Na inne konto. Dla córki. Dla siebie. Na spokój.

– Zrób coś z tym, zanim cię pociągnie na dno – doradziła Renata, przyjaciółka. Posłuchałam.

Nie ukradłam. Nie oszukałam. Po prostu próbowałam się zabezpieczyć. Ale gdy Marek odkrył moje tajne konto, nie było rozmowy. Była awantura. I jedno słowo, które do dziś dźwięczy mi w uszach:

– Złodziejka.

Zablokowałam dostęp do konta

– Co to ma znaczyć?! – Marek wszedł do kuchni jak burza i rzucił kartą o stół. – Zablokowałaś mi dostęp do konta?

– Bo znowu byłeś na minusie. Nie mogłam zapłacić rachunku za przedszkole.

– Bez pytania? Bez słowa? – syknął. – Traktujesz mnie jak gówniarza.

Zamknęłam oczy. W środku już się gotowało.

– Bo się zachowujesz jak gówniarz – rzuciłam. – Nie rozumiesz, że nie mamy z czego pokrywać twoich zachcianek?

– Aha. Czyli jestem problemem? Może powinnaś mi kieszonkowe dawać? – parsknął.

– Nie. Może po prostu powinniśmy mieć wspólny plan, a nie twoje „kupiłem, bo była okazja”.

– Święta się znalazła… – zaczął szydzić. – A może sama coś ukrywasz, co?

Zamarłam.

– Coś jeszcze schowałaś przede mną? Jakiś skarbiec pod podłogą?

Wstał i szarpnął krzesło tak, że Zuzia w pokoju obok zapłakała.

– Ciszej, do cholery – syknęłam. – Nie przy niej.

Marek spojrzał na mnie z taką pogardą, jakbym zrobiła coś niewybaczalnego.

– Pamiętasz, jak mówiłaś, że wszystko razem? Że będziemy się wspierać? – warknął. – Chyba tylko wtedy, gdy tobie pasuje.

Trzasnął drzwiami. Zostałam sama. W rękach ściskałam zablokowaną kartę. Na środku stołu stał kubek z zimną już herbatą. A w głowie kołatała jedna myśl: to nie miało tak wyglądać. Zaczęłam drżeć. Bo to była tylko kłótnia o pieniądze. Ale czułam, że pękło coś więcej.

To był mój sekret

– I co teraz? – zapytała Renata, upijając łyk cappuccino. – Powiesz mu?

Siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, choć nic dziś nie smakowało. Czułam, jak pod powiekami zbierają mi się łzy, ale nie zamierzałam płakać. Nie przy niej. Jeszcze nie.

– Założyłam to konto ponad rok temu – przyznałam. – Na początku wrzucałam tam tylko resztki. Stówkę, czasem dwie. Potem premie, jakieś zwroty z podatku… Czasem resztki z jego pensji.

Renata tylko kiwnęła głową.

– Wiem. Ale dla niego to będzie zdrada.

– A dla mnie czym była każda jego decyzja za moimi plecami? – rzuciłam ostro. – Te wszystkie kredyty, pożyczki, gadżety… Czułam się, jakbym miała drugie dziecko, nie partnera.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Anka… Wiesz, że jeśli się dowie, nie wybaczy ci tego. Nawet jeśli to było dla waszego dobra.

– Coś podejrzewa – powiedziałam cicho.

Zapanowała cisza. Niewygodna, pełna niewypowiedzianych pytań.

– Może… jestem tą złą? – zapytałam.

– Nie. Po prostu przestałaś wierzyć, że się zmieni – odpowiedziała, ściskając moją dłoń. – I zrobiłaś to, co kobiety robią, gdy już przestają czekać na cud.

Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Może nawet siłę.

Mąż się zdenerwował

Wróciłam do domu późno. W korytarzu panowała cisza, jakby wszyscy spali. Ale kiedy weszłam do salonu, zobaczyłam go. Marek siedział przy stole. Na blacie leżała kartka z banku. Jego palce były zaciśnięte w pięści. Nawet nie spojrzał.

– To twoje? – zapytał cicho, wskazując na wydruk.

Wzięłam głęboki oddech.

– Tak.

Ile jeszcze przede mną ukrywasz?

Podniosłam wzrok. Twarz miał kamienną. Oczy puste.

– Marek… To nie było przeciwko tobie. Po prostu… bałam się. O nas. O Zuzię. Ty wydajesz pieniądze, jakby miały się nigdy nie skończyć. A ja już nie mam siły łatać tego wszystkiego.

Wstał.

– Złodziejka – wysyczał. – Zabrałaś kasę z naszego wspólnego. Za plecami.

– To nie kradzież. To była ostatnia deska ratunku. Ty tego nie rozumiesz…

– Nie. Nie rozumiem. Bo ja, mimo wszystkich błędów, nigdy cię nie okłamałem.

Zrobił krok w moją stronę, ale nie podniósł ręki. Nawet nie podniósł głosu. To było gorsze. Ta jego cisza miała więcej furii niż jakakolwiek awantura.

– Jeśli mnie nie szanujesz, to po co jeszcze ze mną jesteś?

Nie odpowiedziałam. Bo nie wiedziałam. Patrzyłam tylko, jak wychodzi do sypialni, zostawiając otwarte drzwi. I przez sekundę miałam ochotę go zatrzymać, ale nie ruszyłam się z miejsca.

To chyba koniec

Spakowałam się w dwie godziny. Nie płakałam. Nie miałam na to siły. Marek nie wrócił na noc, a rano tylko przyszedł, stanął w drzwiach i zapytał:

– Zabierasz Zuzię?

– Myślałam, że zapytasz, czy mamy gdzie iść.

– Znasz odpowiedź.

Wzięłam torbę, ulubioną przytulankę córki i dokumenty. Zuzia patrzyła na mnie zdezorientowana.

– A tata? – zapytała, ściskając moją rękę.

– Tata zostaje. Ale my jedziemy na trochę do babci. Pamiętasz, jak tam fajnie?

Pokiwała głową, choć widziałam, że nic nie rozumie. I jak miałaby rozumieć? Miała sześć lat, a ja właśnie przewracałam jej świat do góry nogami.

– Jedźcie – powiedział Marek i odwrócił się plecami.

W aucie zadzwoniłam do Renaty.

– Już po wszystkim. Jedziemy do mojej mamy.

– Dobrze, że się odezwałaś. Czekałam. Jak się czujesz?

Milczałam chwilę. Potem tylko wyszeptałam:

– Nie wiem, czy jestem tą złą. Ale wiem, że nie chcę żyć w ciągłym strachu o jutro.

U matki było cicho, pachniało zupą ogórkową i lawendowym płynem do płukania. Zuzię położyłam spać wcześnie. Sama siedziałam przy stole z herbatą. Nie miałam planu.

Nie ufaliśmy już sobie

Przyszedł tydzień później. Nie dzwonił wcześniej, nie zapowiadał się. Po prostu stanął w drzwiach mamy, trzymając ręce w kieszeniach.

– Możemy pogadać? – zapytał.

Wyszliśmy na spacer. Szliśmy w milczeniu, mijając znajome podwórka z mojego dzieciństwa. W końcu odezwał się pierwszy:

Nie przyszedłem się kłócić. Po prostu... nie rozumiem. Zrobiłaś to za moimi plecami. Jak mam ci teraz ufać?

Zatrzymałam się.

– A ja? Jak miałam ufać tobie, gdy na koncie zostało sto złotych, a ty przyniosłeś nowy telefon, bo stary był już nudny?

Spojrzał na mnie. Pierwszy raz od dawna bez złości, tylko ze zmęczeniem.

– Myślałem, że to chwilowe. Że jakoś się ułoży...

– Marek, całe nasze życie to było „jakoś się ułoży”. I to zawsze ja musiałam to „jakoś” załatwiać.

– Więc to już? Tak po prostu się poddałaś?

– Może. A może po prostu w końcu pomyślałam o sobie.

Długo staliśmy w milczeniu. Przypadkowa para starszych ludzi przeszła obok nas, ściskając się za ręce. Zrobiło mi się duszno. Zimny wiatr wiał mi prosto w twarz.

– Zostawiłaś mnie z niczym – powiedział cicho.

– Nie. Zostawiłam cię z tym, co zostało. A mnie… zabrakło.

Odszedł pierwszy. Nie odwrócił się. A ja wiedziałam, że ta rozmowa była ostatnia. I że nie była dla żadnego z nas ulgą.

Anna, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama