Reklama

Mazury miały być ucieczką. Od hałasu, od deadline'ów, od spojrzeń ludzi, którzy wiecznie czegoś ode mnie chcą. Od Tomka też – choć tego ostatniego bałam się przyznać nawet przed sobą. "Przeziębiłem się. Katar jak stąd do Olsztyna – nie chcę cię zarazić", mówił, gdy pytałam, czy pojedzie ze mną. Dodał, że dobrze mi zrobi taki babski weekend.

Powiedziałam „jasne”, że rozumiem. A potem patrzyłam, jak wkłada do walizki mój polar, podsuwa mi herbatę z miodem i całuje w czoło z tym swoim chłodnym uśmiechem. „Daj znać, jak dojedziesz” – rzucił jeszcze zanim zamknęłam za sobą drzwi. Tylko... coś było nie tak. Od tygodni był inny. Cichy. Sprawdzał telefon częściej niż zwykle. Unikał rozmów o wspólnym mieszkaniu, o wakacjach w Chorwacji, o czymkolwiek. A kiedy pytałam – zbywał, że „to nie czas”, że „zobaczymy”.

Z dziewczynami pojechałyśmy w pięć. Rano spacery, potem jezioro, wino, plotki i trochę śmiechu. Chciałam się wyluzować. Ale myśli o Tomku wciąż wracały.

Tej nocy wróciłam do hotelu trochę później. Ognisko się przeciągnęło, śmiałyśmy się z głupot, śpiewałyśmy jakieś stare kawałki Edyty Bartosiewicz. I wtedy, kiedy już wchodziłam po schodach na piętro, usłyszałam znajomy głos.

Dobiegał zza drzwi pokoju 306. Męski, ciepły... mój głos.

– Tomek? – szepnęłam, zatrzymując się jak wryta.

Drzwi były lekko uchylone. Ze środka dobiegał śmiech i coś, co brzmiało jak czułe szepty.

Nie zrobiłam nic. Stałam. Potem, drżącą ręką, sięgnęłam po telefon. Nacisnęłam „nagrywaj”. I trwałam tak w bezruchu – aż cisza po drugiej stronie drzwi stała się głośniejsza niż jakiekolwiek słowa.

Może to jednak nie był on?

Drzwi mojego pokoju zamknęłam po cichu. Usiadłam na łóżku, jeszcze w kurtce, z telefonem w ręku. Palce miałam lodowate, jakbym przed chwilą wróciła nie z ogniska, tylko z przerębla.

Nie chciałam tego słuchać. Nie chciałam wiedzieć.

Ale przecież już wiedziałam. Moje ciało wiedziało. To napięcie w karku, to uczucie, że zaraz zwymiotuję, to nie było „przemęczenie”. To był szok.

Włączyłam nagranie.

Najpierw słychać było mój oddech, potem skrzypnięcie podłogi. Głos kobiecy – nie do rozpoznania. Śmiech. I potem... jego głos.

– Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś – mówił cicho, z tym swoim tonem, jakiego używał, gdy leżeliśmy razem i nic nie trzeba było mówić.

– Tęskniłam – odpowiedziała ona. Cicho. Zbyt cicho.

– Ja też. Cały czas myślałem o tym... o tobie – wyszeptał.

Zapadła cisza. Potem jeszcze coś. Szept. A potem imię. Tak wyraźnie, że aż się wzdrygnęłam:

– Justyna.

Zamknęłam oczy.

Justyna.

Ta Justyna.

Koleżanka z pracy. Dziewczyna, z którą chodziłam na lunche, z którą płakałam kiedyś w toalecie po kłótni z Tomkiem, która mówiła „faceci to idioci, Anka, nie martw się, on cię kocha, tylko czasem nie ogarnia”.

Wbiłam wzrok w ekran, jakbym oczekiwała, że ten telefon mnie jakoś wybawi. Może powie, że to nieprawda. Że się przesłyszałam. Że to nie on.

Ale to był jego głos. Każdy dźwięk tego brzmienia znałam. Rozpoznałabym go nawet w ciemności, pośród miliona.

– To nie może być prawda... – szepnęłam. – Może... może to nie ona. Może... może jakaś inna Justyna...

Ale przecież nie było żadnej innej Justyny. I nie mówi się do koleżanki z pracy takim tonem. Nie mówi się „tęskniłem” do kogoś, komu miesiąc temu podpisywało się delegację. Poczułam się, jakbym właśnie została zepchnięta z klifu, o którym nie wiedziałam, że w ogóle istniał.

W mojej głowie nie było żadnego logicznego ciągu zdarzeń. Tylko obrazy: Justyna w czerwonej sukience z firmowego bankietu. Tomek, który nagle kończył rozmowę, gdy wchodziłam do pokoju. Justyna mówiąca: „Lubię twojego chłopaka, ma fajne poczucie humoru”.

A ja wtedy się uśmiechałam. Teraz czułam tylko, jak to wszystko we mnie pęka. W milczeniu. Bezgłośnie. Jak szkło.

Spotkanie przy bufecie

Poranek był rześki. Mgła jeszcze snuła się nad jeziorem, a ja czułam się jak duch – obecna ciałem, ale nieobecna myślami. Nie spałam ani minuty. Przekładałam się z boku na bok, a potem patrzyłam w sufit, aż zrobiło się jasno. W głowie wciąż dźwięczało to jedno słowo. To imię. Ta zdrada.

Zeszłam na śniadanie z marsową miną, w swetrze narzuconym niedbale na piżamę. Nie chciało mi się nawet udawać, że wszystko gra.

I wtedy go zobaczyłam.

Stał przy bufecie. Ściągał kromkę chleba z talerza, jakby nigdy nic. I przez chwilę wydawało mi się, że może mi się przewidziało. Że to jakiś chory żart. Że przyjechał tu dla mnie.

Ale nie.

Gdy tylko mnie zauważył – zamarł. Dosłownie. Opuścił rękę z tą cholerną bułką. Patrzył na mnie jak na ducha. Zrobił krok do przodu, jakby chciał coś powiedzieć, coś naprawić... Ale ja już szłam.

Nie patrzyłam na niego. Szłam powoli, pewnie. Telefon trzymałam w dłoni, ekran już odblokowany. Odtwarzacz gotowy.

Stanęłam tuż przed nim. Nie mówiłam nic. Przez sekundę miałam ochotę wrzeszczeć. Wyrzucić z siebie całą noc. Ale wtedy byłam już kimś innym.

Po prostu podniosłam telefon. Wcisnęłam „play”.

Jego oczy rozszerzyły się. Twarz pobladła. Słychać było śmiech. Potem „tęskniłem”. I „Justyna”.

– Anka... – wyszeptał. – To nie tak...

Zaczęło mu drżeć gardło. I wtedy – pierwszy raz odkąd go znam – zobaczyłam, jak płacze. Prawdziwie. Brzydko. Bez osłony.

– Przepraszam... Ja... Ja nie chciałem... – mówił, ale jego słowa nie miały już żadnej mocy.

Nie odpowiedziałam. Nie umiałam. Nie chciałam.

Odwróciłam się. Wyszłam z jadalni, czując, że moje serce bije w rytmie zimnej, milczącej furii.

Nie było żadnej sceny. Żadnej szarpaniny. Żadnych „jak mogłeś?”.

Zamiast tego – spokój. Spokój, który krzyczał głośniej niż cokolwiek innego.

Powrót do domu

W pokoju spakowałam się szybko. Bez łez. Bez sentymentów. Jedyna myśl, jaka mi wtedy towarzyszyła: „Nie dam mu tej satysfakcji. Nie teraz. Nie tu”.

Warszawa przywitała mnie zgiełkiem, jakby wszystko było po staremu. Tramwaje jechały swoim rytmem, ludzie z kubkami kawy w dłoniach spieszyli się do pracy, śmiali się, całowali na przejściu dla pieszych. Tylko ja byłam już jakby z innego świata.

Weszłam do mieszkania. Tego samego, w którym Tomek zostawił mi swoje ulubione kapcie i niedopite espresso w filiżance. Wszystko wyglądało tak samo – ale ja nie byłam tą samą Anką, która tydzień temu wyjeżdżała na Mazury.

Usiadłam na kanapie. Włączyłam nagranie jeszcze raz. Tym razem nie płakałam. Słuchałam jak dokumentu. Jak dowodu rzeczowego. Głos Justyny brzmiał już inaczej – nie jak kogoś znajomego, tylko jak echo obcości. W moim domu. W moim życiu.

Wyciągnęłam telefon. Pisałam wiadomość przez kilka minut, usuwając i poprawiając każde słowo. W końcu zostało jedno zdanie: „Nie musisz już nic wyjaśniać”. Dołączyłam plik. Nazwałam go: „Prezent pożegnalny”. Wysłałam. Potem zablokowałam numer.

I tylko wtedy, kiedy ekran zgasł, przez chwilę poczułam ulgę. Jakby wreszcie coś się skończyło.

Wstałam i zaczęłam pakować jego rzeczy. Nie ze złości – z potrzeby. Każda koszula, każdy flakonik perfum, każde skarpetki wrzucałam do pudełka z obojętnością. To już nie były rzeczy mojego chłopaka. To były przedmioty.

Nie wiedziałam, co będzie dalej. Ale wiedziałam jedno – nie chcę być już częścią tej historii.

Anna, 35 lat


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama