Reklama

Zawsze wierzyłam, że miłość przychodzi wtedy, gdy się jej nie spodziewasz. Że budzi motyle w brzuchu, sprawia, że świat wydaje się lepszy, a codzienność bardziej znośna. Dlatego, kiedy w moim życiu pojawił się Adrian, nie zadawałam zbyt wielu pytań. Przymknęłam oczy na znaki ostrzegawcze, ignorowałam jego chłód i niedostępność. Chciałam widzieć tylko to, co piękne – i chyba dlatego długo nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś jest nie tak.

Tak bardzo pragnęłam bliskości, prawdziwego uczucia i poczucia, że jestem dla kogoś najważniejsza. Zbliżały się walentynki, a ja nie mogłam się doczekać. W głowie miałam obraz romantycznego upominku, drobnego gestu, który rozwieje moje wątpliwości. Jeszcze wtedy wierzyłam, że wszystko się ułoży. Nawet nie przyszło mi do głowy, że w prezencie dostanę prawdę, przed którą długo uciekałam.

Poczułam ukłucie niepokoju

Każdy dzień z Adrianem zaczynał się od małych rytuałów. Ja przygotowywałam kawę, on przeglądał wiadomości na telefonie, ledwo na mnie zerkając. Próbowałam nie zwracać na to uwagi, wmawiałam sobie, że taki już jest – skupiony, introwertyczny, trochę roztargniony. Był inny niż ja, może właśnie dlatego mnie fascynował. Nie należał do tych mężczyzn, którzy obsypują komplementami czy przynoszą kwiaty bez okazji. Raczej zbywał moje zaczepki krótkim uśmiechem, a na czułość reagował żartem.

– Długo dziś będziesz w pracy? – zagadnęłam, kiedy zakładał buty, już spóźniony.

– Znowu jakieś zebrania. Wiesz, jak jest – odpowiedział, nie patrząc w moją stronę.

– Może wieczorem obejrzymy film?

– Zobaczymy. Dam ci znać – rzucił przez ramię i zniknął za drzwiami.

Zostawałam sama w mieszkaniu, wsłuchując się w ciszę. Przesuwałam palcem po jego półce z perfumami, szukając tego zapachu, który czasem czułam na nim, ale nie potrafiłam go zidentyfikować. W głębi serca czułam ukłucie niepokoju, lecz ignorowałam je. Przecież każdy związek miewa gorsze momenty, prawda?

Dałam się zwieść jego wymówkom

Z czasem drobne niejasności zaczęły się piętrzyć. Adrian coraz częściej się spóźniał, tłumacząc to „awarią systemu”, nagłą delegacją czy koniecznością spotkania ze wspólnikiem. Próbowałam nie naciskać, nie być tą natarczywą dziewczyną, która nie ufa. Chciałam, żeby czuł się przy mnie swobodnie. Zamiast zadawać pytania, przygotowywałam jego ulubione spaghetti i czekałam, aż wróci. Często kończyłam dzień sama przy stole.

Jednego wieczoru, kiedy zerkałam na zegarek już po raz dziesiąty, zadzwoniłam do niego.

– Adrian, wszystko w porządku? – zapytałam, starając się brzmieć spokojnie.

– Tak, kochanie, zaraz będę. Zostałem dłużej, musieliśmy coś omówić – odpowiedział szybko.

– To może kup po drodze mleko, skończyło się…

– Jasne, pamiętam. Muszę kończyć, pa – przerwał mi niemal w pół zdania.

Zamknęłam oczy, próbując nie snuć domysłów. Przecież ludzie pracują, prawdziwe życie nie wygląda jak w komedii romantycznej. Jednak nawet najpiękniejsze słowa nie tłumiły tego cichego zgrzytu, który pojawił się między nami. Rano znalazłam na blacie mleko, ale nie było w tym już nic pocieszającego. Było jak plaster na ranę, której nie chciałam oglądać. Tak łatwo dałam się zwieść jego zapewnieniom, że wszystko jest w porządku.

W prezencie dostałam rozczarowanie

Walentynki miały być naszą małą tradycją – tak przynajmniej wyobrażałam to sobie w głowie. Już kilka dni wcześniej zaczęłam przebąkiwać, że może warto gdzieś wyjść, zjeść kolację poza domem, chociaż raz w roku udawać, że jesteśmy beztrosko zakochani. Adrian tylko wzruszył ramionami.

– Przecież wiesz, że nie znoszę tych komercyjnych świąt – powiedział. – To dobre dla nastolatków.

Próbowałam więc przygotować coś sama – upiekłam ulubione ciasto czekoladowe, zapaliłam świece, nałożyłam czerwoną sukienkę, którą kiedyś tak bardzo lubił. Czekałam na niego, patrząc przez okno na zakochane pary wracające z restauracji, ściskające się w półmroku ulicznych lamp. Z każdą minutą mój entuzjazm gasł.

Drzwi otworzyły się tuż przed dwudziestą. Adrian nawet nie zdjął płaszcza, tylko od razu rzucił torbę na krzesło.

– Długo dziś posiedziałem w pracy. Coś się przypala? – zapytał, czując zapach ciasta.

– Myślałam, że… może chociaż zjemy razem kolację – odparłam cicho.

– Nie jestem głodny. Zjadłem coś po drodze. Padam z nóg – uciął, znikając w łazience.

Świece powoli dogasały, a ja siedziałam przy stole sama, czując narastający żal. Tego wieczoru zrozumiałam, że prezentu nie będzie.

Prawda, której się bałam

Następnego ranka wciąż czułam ten dziwny ucisk w żołądku. Adrian był wyjątkowo uprzejmy, jakby chciał zagłuszyć wyrzuty sumienia. Wręczył mi małą torebkę, w której zamiast wymarzonych perfum znalazłam balsam do ciała. Zwykły, bezzapachowy. Nawet nie zapytał, czy mi się podoba.

– Wybacz, nie miałem głowy do prezentów. Miałem ciężki tydzień – rzucił, przewracając oczami, jakby to ja wymagałam od niego zbyt wiele.

– Rozumiem – powiedziałam cicho, choć wszystko we mnie krzyczało.

W ciągu dnia dzwonił do mnie telefon, numer nieznany. Odebrałam i przez chwilę słyszałam tylko ciszę po drugiej stronie.

– Czy rozmawiam z partnerką Adriana? – odezwał się w końcu kobiecy głos.

Zamarłam, z trudem znajdując w sobie siłę, by odpowiedzieć.

– Tak… o co chodzi?

– Przepraszam, nie powinnam dzwonić, ale musisz wiedzieć, że on nie jest z tobą szczery. Wiem, bo… przez ostatnie miesiące spotykał się ze mną. Nie chcę się mieszać, ale nie mogłam już dłużej udawać – głos zadrżał jej jakby ze wstydu.

Nie pamiętam, co powiedziałam. Chyba tylko rozłączyłam się i długo patrzyłam na ekran telefonu. Wtedy zrozumiałam, że wszystko, czego się bałam, było prawdą. Gorycz, która ścisnęła gardło, była mocniejsza niż jakikolwiek zapach perfum.

Nie chciałam dłużej udawać

Wszystko nagle stało się jasne, aż za bardzo. Każda wymówka, każde spóźnienie, zapach obcych perfum, który czułam na jego kurtce – to nie były przypadki ani moje przewrażliwienie. To była prawda, której przez tyle miesięcy nie chciałam zobaczyć. Chodziłam po mieszkaniu jak we śnie, próbując złożyć w całość fragmenty naszej relacji, ale nagle wszystko się rozpadało. Adrian wrócił do domu jak gdyby nigdy nic.

– Coś się stało? – zapytał, widząc moją twarz.

– Siadaj, mam ci coś do powiedzenia – wykrztusiłam, siląc się na spokój.

Usiadł naprzeciwko mnie, wyczuwając już, że coś jest nie tak. Przez chwilę panowała ciężka cisza.

– Wiesz, dzwoniła do mnie pewna kobieta… Powiedziała mi o was. Nie zaprzeczaj, Adrian. Nie mam już siły, żeby dalej udawać.

Westchnął ciężko, odwrócił wzrok. W jego oczach nie było już ani krzty skruchy, tylko zmęczenie i obojętność.

– Nie chciałem cię ranić, serio. To po prostu… jakoś się stało. Sam nie wiem, co teraz powiedzieć.

– Chciałabym usłyszeć prawdę, choć raz. I żebyś mi wreszcie dał spokój.

Pokiwał głową, jakby tylko czekał na tę chwilę. Bez słowa spakował kilka rzeczy i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Zostałam sama – w ciszy, która była znacznie trudniejsza do zniesienia niż kłamstwa.

Nie mam już złudzeń

Nie płakałam już więcej tej nocy. Patrzyłam na rozrzucone w zlewie okruszki walentynkowego ciasta i powoli przyjmowałam do siebie to, co się wydarzyło. Przez tyle miesięcy zamykałam oczy na wszystko, co niewygodne. Bałam się przyznać, że nie jestem tą jedyną, choć serce podpowiadało mi prawdę znacznie wcześniej niż rozum. W zamian za perfumy, o których marzyłam, dostałam trudną lekcję: czasem miłość nie pachnie słodyczą, lecz smutkiem i samotnością.

Od tamtego dnia już nigdy nie pozwoliłam, by moje potrzeby i uczucia były spychane a margines. Przestałam udawać, że wystarczy mi bycie „tą drugą”, „tą czekającą”. Zrozumiałam, jak łatwo zgubić siebie w oczekiwaniu na czyjeś ciepło i jak trudno później odzyskać zaufanie do własnych uczuć.

Nie umiem powiedzieć, czy Adrian naprawdę mnie kochał, czy tylko nie chciał być sam. Może oboje byliśmy sobie potrzebni na chwilę – ja, żeby uwierzyć, że zasługuję na coś lepszego, on, by przez moment poczuć się ważny. Teraz wiem, że nie warto ślepo wierzyć w iluzje. Czasem łzy są potrzebne, żeby znów móc patrzeć przed siebie z podniesioną głową. I choć wciąż brakuje mi dawnych złudzeń, dziś już wybieram siebie.

Oliwia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama