„Ufundowaliśmy córce studia za granicą. Teraz jest taka ważna, że przypomina sobie o nas tylko, gdy znów brakuje jej kasy”
„Nie drążyłam. Bałam się, że wyjdę na skąpą matkę, która wylicza dziecku każdą przyjemność. Przecież była młoda, musiała korzystać z życia. Myślę, że wtedy zaczął się mój proces wypierania prawdy. Nie chciałam widzieć, że nasza relacja staje się jednostronna. My byliśmy dostawcami kapitału, ona była konsumentką”.

Oddaliśmy jej wszystko. Nie tylko pieniądze zgromadzone na kontach oszczędnościowych, ale też nasze marzenia o spokojnej starości, remoncie kuchni i wakacjach nad ciepłym morzem, na których nie byliśmy od ponad dekady. Myślałam, że inwestujemy w jej przyszłość, że budujemy fundamenty pod jej szczęście, a okazało się, że hodujemy obcego człowieka, który patrzy na nas wyłącznie przez pryzmat portfela. Kiedy telefon zadzwonił po trzech latach milczenia, moje serce zamarło. Nie z radości, ale z lodowatego przeczucia, że za chwilę znowu zostanę wykorzystana.
Uruchomiliśmy wszystkie rezerwy
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Kinga wpadła do kuchni, machając listem z zagraniczną pieczątką, a jej oczy błyszczały tak, jakby właśnie wygrała los na loterii. Dostała się na prestiżową uczelnię w Londynie. Kierunek: zarządzanie międzynarodowe. Dla nas, prostych ludzi z małego miasta na wschodzie Polski, brzmiało to jak przepustka do innego wszechświata. Mój mąż, Tadeusz, pracował jako brygadzista w zakładzie produkcyjnym, ja byłam księgową w lokalnej spółdzielni. Nie byliśmy biedni, ale nigdy nie spaliśmy na pieniądzach. Każdy większy wydatek był planowany z kalendarzem w ręku.
— Mamo, tato, to jest szansa jedna na milion! — krzyczała, tańcząc po starym parkiecie, który aż prosił się o cyklinowanie. — Zrozumcie, po takich studiach świat stoi otworem. Nie będę musiała liczyć każdego grosza jak wy.
Te słowa trochę ukłuły, ale zrzuciłam to na karb młodzieńczej ekscytacji. Spojrzeliśmy na siebie z Tadeuszem. W jego oczach widziałam to samo, co czułam w sercu: strach przemieszany z dumą. Wiedzieliśmy, że stypendium pokryje tylko czesne, a życie w Londynie kosztuje fortunę.
— Damy radę, Jolu — powiedział wtedy mąż, kładąc swoją spracowaną dłoń na mojej. — Mamy trochę odłożone na czarną godzinę. Wezmę nadgodziny, w weekendy mogę dorabiać na budowach u szwagra. Dla jedynaczki zrobimy wszystko.
I tak zapadła decyzja, która na zawsze zmieniła nasze życie. Uruchomiliśmy wszystkie rezerwy. Sprzedaliśmy działkę pod miastem, którą trzymaliśmy z myślą o emeryturze. Wierzyliśmy, że to inwestycja w rodzinę. Przecież Kinga była naszą córeczką, naszym oczkiem w głowie. Wyobrażałam sobie, jak wraca jako wykształcona kobieta, jak nam dziękuje, jak zabiera nas na wycieczkę do tego wielkiego świata, którego my nigdy nie widzieliśmy.
Musiała korzystać z życia
Początki były trudne, ale pełne entuzjazmu. Kinga dzwoniła codziennie. Opowiadała o kampusie, o ludziach z całego świata, o bibliotece wielkiej jak nasze osiedle. My słuchaliśmy tego z wypiekami na twarzy, siedząc w kuchni przy herbatach parzonych z jednej torebki, żeby zaoszczędzić chociaż złotówkę. Rzeczywistość finansowa uderzyła nas szybciej, niż się spodziewaliśmy. Funt stał wysoko. Przelewy, które robiliśmy co miesiąc, pożerały lwią część naszych wypłat. Tadeusz zaczął wracać do domu po dwudziestej, brudny i wykończony, ale nigdy nie narzekał.
— Ważne, że Kindze niczego nie brakuje — powtarzał, smarując maścią przeciwbólową bolące plecy.
Ja też zacisnęłam pasa. Zrezygnowałam z fryzjera, farbowałam włosy sama w łazience najtańszą farbą z drogerii. Nowy płaszcz na zimę? Stary jeszcze posłuży. Leki na nadciśnienie? Kupowałam tańsze zamienniki. Wszystko szło na konto walutowe. Czasem, kiedy szłam do sklepu i widziałam sąsiadki kupujące dobre wędliny czy ciasta, czułam ukłucie zazdrości. Ale szybko je dusiłam. Przecież moja córka zdobywała świat.
Z biegiem miesięcy telefony od Kingi stawały się rzadsze. Z codziennych rozmów przeszliśmy na cotygodniowe, a potem na krótkie wiadomości tekstowe. Tłumaczyła to nawałem nauki, egzaminami, projektami. Wierzyłam jej.
— Mamo, muszę kończyć, idę na spotkanie koła naukowego — rzucała w pośpiechu.
Dopiero później, dzięki zdjęciom, które wrzucała do sieci, zorientowałam się, że te „koła naukowe” często odbywały się w modnych pubach i klubach. Widziałam ją roześmianą, w nowych ubraniach, z drinkami w dłoni. Kiedy zapytałam o nową kurtkę, którą miała na zdjęciu, zbyła mnie.
— To z second handu, mamo, tu wszyscy tak kupują — powiedziała z nutą irytacji.
Nie drążyłam. Bałam się, że wyjdę na skąpą matkę, która wylicza dziecku każdą przyjemność. Przecież była młoda, musiała korzystać z życia. Myślę, że wtedy zaczął się mój proces wypierania prawdy. Nie chciałam widzieć, że nasza relacja staje się jednostronna. My byliśmy dostawcami kapitału, ona była konsumentką.
Może daliśmy za dużo
Pierwsze Święta Bożego Narodzenia, na które nie przyjechała, były dla nas szokiem.
— Bilety są strasznie drogie w tym okresie — tłumaczyła przez telefon. — Poza tym mam egzamin zaraz po Nowym Roku, muszę się uczyć. Zostaję w akademiku.
Płakałam, lepiąc pierogi. Tadeusz chodził jak struty, choinka wydawała się jakaś mniejsza i mniej błyszcząca bez niej. Ale wysłaliśmy jej dodatkowe pieniądze, „żeby sobie kupiła coś dobrego i nie czuła się samotna”. Później dowiedziałam się od jej koleżanki z liceum, że Kinga wcale nie siedziała w akademiku. Pojechała ze znajomymi na narty w Alpy. Za pieniądze, które jej wysłaliśmy. Kiedy ją o to zapytałam, wściekła się.
— Szpiegujesz mnie?! — krzyczała do słuchawki. — Mam prawo do odpoczynku! Wy nie rozumiecie, pod jaką presją tu żyję! To nie jest wasza zapyziała mieścina, tu trzeba trzymać poziom!
To „zapyziała mieścina” zabolało najbardziej. To miasto i nasza ciężka praca finansowały jej „poziom”. Tadeusz po tej rozmowie wyszedł na balkon i palił papierosa za papierosem, choć rzucił nałóg dziesięć lat wcześniej.
— Cośmy zrobili źle, Jolu? — zapytał cicho, patrząc w ciemność.
Nie znałam odpowiedzi. Wydawało mi się, że daliśmy jej tylko miłość i wsparcie. Może daliśmy za dużo? Może, chroniąc ją przed trudami życia, nauczyliśmy ją, że wszystko jej się należy? Studia dobiegały końca. Byliśmy wykończeni finansowo i psychicznie. Nasze oszczędności zniknęły, mieliśmy nawet mały kredyt, który wzięliśmy, gdy czynsz w Londynie poszedł w górę. Czekaliśmy na dyplom. Planowaliśmy, że pojedziemy na uroczystość. Chciałam zobaczyć moją córkę w todze, chciałam poczuć, że ten wysiłek miał sens.
— Nie przyjeżdżajcie — powiedziała krótko na miesiąc przed terminem. — To tylko formalność. Poza tym nie mam czasu was oprowadzać, będę miała rozmowy o pracę. I nie mam gdzie was przenocować, a hotele są drogie.
— Ale córeczko, sami opłacimy hotel, chcemy tylko być przy tobie — prosiłam.
— Nie róbcie wiochy — rzuciła. — Moi znajomi będą z rodzicami, którzy są... inni. Nie dogadacie się. Bariera językowa i w ogóle. Po prostu nie przyjeżdżajcie. Wyślę wam zdjęcie.
Zostaliśmy w domu. W dniu jej rozdania dyplomów siedzieliśmy przed telewizorem, milcząc. Nie wysłała zdjęcia. Zobaczyłam je dopiero tydzień później na Facebooku. Stała otoczona ludźmi, uśmiechnięta, pewna siebie. W opisie podziękowała „przyjaciołom i mentorom”. O rodzicach nie było ani słowa.
To był koniec
Po studiach Kinga dostała świetną pracę w korporacji. Zarabiała w funtach kwoty, które dla nas były abstrakcją. Myślałam, że teraz, gdy stanęła na nogi, nasze relacje się poprawią. Że może spłacimy ten kredyt, że odetchniemy. Że może zaprosi nas do siebie. Myliłam się. Kontakt urwał się niemal całkowicie. Kiedy dzwoniłam, nie odbierała. Odpisywała po kilku dniach: „Zajęta jestem”.
Aż w końcu, pewnego letniego popołudnia, zadzwoniła sama. Ucieszyłam się jak dziecko.
— Cześć, mamo. — Jej głos był chłodny, rzeczowy. — Dzwonię, żeby ustalić pewne zasady.
— Jakie zasady, kochanie? Coś się stało?
— Nie. Po prostu zaczynam nowe życie. Zamykam etap bycia „córką ze wschodu”. Muszę się skupić na karierze i rozwoju. Wasz styl życia, wasze problemy... to wszystko ciągnie mnie w dół. Czuję się przytłoczona waszymi oczekiwaniami wdzięczności.
— Oczekiwaniami? — Głos mi zadrżał. — Kinga, my cię po prostu kochamy. Tęsknimy.
— To jest toksyczne — stwierdziła, używając modnego słowa, które brzmiało w jej ustach jak wyrok. — Muszę żyć po swojemu. Bez oglądania się za siebie. Proszę, nie dzwońcie do mnie co chwilę. Jak będę chciała, sama się odezwę. Potrzebuję przestrzeni.
— Ale Kinga... — próbowałam coś powiedzieć, ale ona już się rozłączyła.
To był koniec. Przez następne lata żyliśmy w zawieszeniu. Tadeusz podupadł na zdrowiu. Serce zaczęło mu szwankować, lekarz zabronił ciężkiej pracy fizycznej. Przeszliśmy na skromniejsze życie, powoli spłacając długi zaciągnięte na studia córki. W domu panowała cisza. Unikaliśmy rozmów o niej, bo każda wzmianka kończyła się moimi łzami lub jego milczącym gniewem.
Widzieliśmy ją czasem w mediach społecznościowych, chociaż zablokowała nas na swoim głównym profilu. Oglądaliśmy ją przez konto kuzynki. Egzotyczne wakacje na Bali, markowe torebki, kolacje w drogich restauracjach. Żyła tak, jak marzyła. Za cenę odcięcia się od korzeni. Od nas. Bolało jak diabli. Bolało to, że dla obcych ludzi była duszą towarzystwa, a dla nas nie miała nawet minuty.
Serce zabiło mi mocniej
Minęły trzy lata. Trzy lata bez życzeń na Dzień Matki, bez telefonu na Wigilię. Czasem wysyłałam jej SMS-a z życzeniami urodzinowymi. Nigdy nie odpisała. Nauczyłam się żyć z tą dziurą w sercu. Zaczęliśmy z Tadeuszem znowu dbać o siebie. Wyjechaliśmy na kilka dni w Bieszczady, zrobiliśmy mały remont w łazience. Zaczęliśmy sklejać nasze życie, które wcześniej w całości podporządkowaliśmy jej. Zrozumieliśmy, że musimy liczyć tylko na siebie.
I wtedy, w pewien deszczowy dzień, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się: „Córka”. Spojrzałam na Tadeusza. Siedział w fotelu z krzyżówką. Zbladł.
— Odbierz — powiedział cicho.
Ręce mi drżały. Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że może coś się zmieniło. Że może zmądrzała, zatęskniła, że może zostanie matką i zrozumiała, co to znaczy miłość rodzicielska.
— Halo? — szepnęłam.
— Cześć mamo. Słyszysz mnie? — Jej głos był taki sam. Pewny siebie, roszczeniowy, bez krzty ciepła.
— Słyszę, Kinga. Co u ciebie?
— Dobrze. Słuchaj, nie mam dużo czasu, więc przejdę do konkretów — ucięła, nie pytając nawet, czy jesteśmy zdrowi, czy żyjemy. — Wracam do Polski.
Serce zabiło mi mocniej. Wraca? Może chce naprawić relacje?
— Dostałam propozycję przeniesienia do warszawskiego oddziału firmy. Stanowisko dyrektorskie. Będę kupować mieszkanie na Mokotowie. Apartament właściwie.
— To... to wspaniale — wydukałam.
— No właśnie. Problem w tym, że mam większość gotówki, ale bank wymaga wyższego wkładu własnego, żeby dać mi lepsze warunki kredytowania. Brakuje mi stu tysięcy złotych.
Zapadła cisza. Patrzyłam na zegar ścienny, którego tykanie nagle stało się ogłuszające.
— I co w związku z tym? — zapytałam, czując, jak w moim wnętrzu rodzi się chłód.
— Jak to co? Pomyślałam, że możecie mi pomóc. Przecież macie ten duży dom po dziadkach, w którym mieszkacie. Jest za duży dla dwóch osób. Moglibyście go sprzedać, kupić sobie kawalerkę, a różnicę mi przelać. Albo wziąć kredyt hipoteczny pod zastaw. Dla was to bez różnicy, a dla mnie to kwestia prestiżu i dobrej inwestycji. Obiecuję, że kiedyś wam oddam. Albo zajmę się wami na starość.
Słowa „zajmę się wami na starość” brzmiały w jej ustach jak kpina. Po trzech latach milczenia, po tym, jak wyrzuciła nas ze swojego życia jak zużyte śmieci, dzwoniła tylko po to, by zażądać, abyśmy pozbyli się dachu nad głową dla jej „prestiżu”.
Rodzicielstwo to nie tylko dawanie
Spojrzałam na Tadeusza. Patrzył na mnie pytająco, ale widział moją twarz i chyba domyślał się przebiegu rozmowy. Widziałam jego siwe włosy, jego zmęczone oczy. Przypomniałam sobie te wszystkie lata wyrzeczeń, te nadgodziny, te niezjedzone obiady, te stare buty. I to, jak potraktowała nas po tym wszystkim. Coś we mnie pękło. Ale tym razem nie było to serce. To raczej ta niewidzialna więź, która kazała mi zawsze stawiać ją na pierwszym miejscu, bez względu na koszty.
— Kinga — powiedziałam spokojnie, a mój głos nabrał twardości, której nigdy wcześniej nie miał. — Czy ty wiesz, ile lat ma twój ojciec? Czy wiesz, że dwa miesiące temu był w szpitalu?
— Mamo, nie zaczynaj z tymi emocjonalnymi szantażami. Pytam o konkrety biznesowe.
— Biznesowe? — Zaśmiałam się gorzko. — Dobrze, porozmawiajmy biznesowo. Zainwestowaliśmy w ciebie setki tysięcy złotych. Cały nasz majątek. Naszą młodość i zdrowie. Stopa zwrotu z tej inwestycji wyniosła zero. Nie, wyniosła minus. Bo odebrałaś nam nie tylko pieniądze, ale i godność.
— O czym ty mówisz? Przecież osiągnęłam sukces! Powinniście być dumni!
— Jesteśmy dumni z twoich sukcesów zawodowych. Ale jako człowiek poniosłaś klęskę, córeczko. Nie sprzedamy domu. To jest nasz dom. Nasze bezpieczne miejsce. Nie weźmiemy też kredytu. Wciąż spłacamy ten, który wzięliśmy na twoje życie w Londynie.
— Żartujesz sobie? — W jej głosie pojawiła się furia. — Odmawiacie mi pomocy? Własnemu dziecku? Skąpicie mi na start w Polsce?
— Ty już dawno wystartowałaś, Kinga. I poleciałaś bardzo wysoko. Tak wysoko, że nas z tej góry już nie widzisz. Nie dostaniesz od nas ani złotówki. Radź sobie sama. Tak jak chciałaś – „po swojemu”.
— Jeśli mi nie pomożecie, to zapomnijcie, że macie córkę! — krzyknęła. — Nigdy więcej was nie odwiedzę! Nie zobaczycie wnuków!
— Kinga — przerwałam jej cicho. — My już od trzech lat nie mamy córki. Mamy tylko znajomą, która dzwoni, gdy potrzebuje przelewu. Przykro mi, ale bank jest zamknięty.
Rozłączyłam się. Ręka opadła mi z telefonem na kolana. W pokoju panowała absolutna cisza. Tadeusz wstał powoli z fotela, podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. Płakałam, ale to nie były łzy rozpaczy. To były łzy ulgi. Łzy oczyszczenia.
— Dobrze zrobiłaś, Jolu — szepnął mi do ucha. — Dobrze zrobiłaś.
Od tamtej rozmowy minęło pół roku. Kinga nie zadzwoniła więcej. Słyszałam od rodziny, że kupiła to mieszkanie — wzięła po prostu większy kredyt. Dała radę, bo zawsze była zaradna. My wciąż mieszkamy w naszym starym domu. Wczoraj w końcu zamówiliśmy ekipę do remontu kuchni. Tadeusz czuje się lepiej, planujemy wyjazd do sanatorium nad morze. Czy tęsknię? Czasami. Matka zawsze tęskni za dzieckiem, które nosiła pod sercem. Ale nie tęsknię za tą zimną, wyrachowaną kobietą, którą się stała. Kocham wspomnienie o małej dziewczynce, która tańczyła w kuchni z listem w ręku. I to wspomnienie musi mi wystarczyć. Zrozumiałam, że rodzicielstwo to nie tylko dawanie, ale też umiejętność powiedzenia „dość”, gdy miłość zamienia się w wyzysk.
Jolanta, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyprawiłam wesele z pompą, żeby się wszystkim pokazać. Nie sądziłam, że najważniejszy dzień życia zepsuje moja matka”
- „Mąż wyrzucił mnie z dziećmi z domu. Trafiłyśmy do rudery, a ja nie miałam kasy na remont”
- „Gdy teściowa odeszła z innym, teść został sam jak palec. Ulitowałam się nad nim, a on mi to sowicie wynagrodził”

