Reklama

Nie miałem planu na życie, tylko zestaw kompromisów. Studiowałem biologię, bo lubiłem wiedzieć, jak coś działa. Komórki, układy, mechanizmy – wydawało się, że wszystko ma sens, dopóki nie zderzałem się z rzeczywistością. Mieszkałem w kawalerce na Mokotowie, z oknem wychodzącym na śmietnik i lodówką, która robiła więcej hałasu niż cokolwiek innego w tym bloku. Miałem 26 lat, nosiłem używane płaszcze z lumpeksów i dorabiałem jako korepetytor dzieci z bogatych domów.

Wchodziłem w te wille, apartamenty i segmenty na przedmieściach jakby na palcach. Zawsze z lekkim wstydem, że ich świat nie był moim. Uczyłem głównie matematyki i biologii, czasem chemii, jeśli ktoś nie miał wielkich wymagań. Niektórzy rodzice traktowali mnie jak pomoc domową, inni jak powietrze. Dzieci były różne – rozpuszczone, wycofane, znudzone. Ale tamtego dnia, w styczniu, kiedy po raz pierwszy trafiłem do domu Anny, coś się zmieniło.

Dom był ogromny, cichy, niemal muzealny. Pachniało herbatą i drewnem. Dywany tłumiły kroki, a światło wpadające przez ogromne okna odbijało się od szklanych bibelotów. Maks – jej syn – czekał przy stole z książką do biologii i otwartym zeszytem. Nie wyglądał na przerażonego ani zniechęconego. Po prostu czekał. Ale to nie on przykuł moją uwagę.

Anna weszła do salonu powoli, z filiżanką w dłoni. Miała na sobie szarą, miękką sukienkę i coś w spojrzeniu, czego nie umiałem nazwać. Może kontrolę, może dystans. Albo po prostu obojętność, którą nosi się jak drogą biżuterię.

– Dzień dobry – powiedziała cicho, ale nie uprzejmie. Raczej jak ktoś, kto nie jest pewien, czy warto się witać.

Podałem jej dłoń, przedstawiłem się. Skinęła głową. Maks wrócił do książki, a ja do notatek, próbując nie patrzeć w stronę drzwi, którymi zniknęła. Było w niej coś, co nie dawało mi spokoju. Coś, co przypominało chłód zimowego poranka – drażnił skórę, ale nie chciało się go zostawić. To była zima, która wszystko zmieniła. Wtedy jeszcze myślałem, że przychodzę uczyć biologii.

Coś mnie do niej ciągnęło

Po pierwszych zajęciach z Maksem chciałem od razu się zbierać, jak zwykle. Spakowałem zeszyt, podziękowałem chłopakowi za uwagę i już miałem iść w kierunku drzwi, kiedy usłyszałem za plecami jej głos.

Zostanie pan na chwilę? Zaparzyłam herbatę. Zimą to jedyne, co działa.

Zawahałem się, ale skinąłem głową. Usiadłem z powrotem przy stole, niepewny, czy to zaproszenie do rozmowy, czy tylko kurtuazja. Przyniosła dwie filiżanki, bez pytania, jakby wiedziała, że się zgodzę. Usiadła naprzeciwko mnie, nieznacznie bokiem, jakby w każdej chwili mogła się podnieść i odejść.

– Studiuje pan biologię, tak? – zapytała, zerkając na mnie uważnie.

– Tak. Jestem na magisterce.

Dlaczego biologia?

Zacząłem coś tłumaczyć, że zawsze mnie interesowało, jak działa ciało, jak wszystko się łączy. Mówiłem to już tyle razy w życiu, że zdania same się układały. Tym razem jednak miałem wrażenie, że brzmią inaczej. Banalnie, nastoletnio. Jakby patrzyła na mnie z miejsca, w którym te powody nie miały już znaczenia.

– A nie nudzi to pana? – zapytała, patrząc mi w oczy.

– Czasem. Ale nie mam lepszego pomysłu.

Uśmiechnęła się lekko, ale bez ciepła.

To przynajmniej uczciwie.

Przez chwilę panowała cisza. Tylko zegar na ścianie tykał gdzieś w tle, i odległe odgłosy zamykanych drzwi. Maks pewnie siedział już w swoim pokoju. Poczułem się, jakbym został wpuszczony za kulisy tego domu. Zobaczyłem ją bez tej codziennej fasady – w lekko rozczochranych włosach, z ramieniem opartym o stół.

– Skąd pan jest?

– Z Lublina. Przeniosłem się do Warszawy na studia.

– Sam?

– Tak. Mieszkałem chwilę z kolegą, teraz wynajmuję kawalerkę.

Kiwnęła głową. Popijała herbatę w milczeniu. Jej ruchy były precyzyjne, spokojne. Czułem, że każda jej reakcja jest wyważona, jakby nieustannie analizowała, ile powiedzieć, jak spojrzeć, kiedy zamilknąć.

– I co pan robi oprócz uczenia dzieci bogatych ludzi?

Roześmiałem się, choć nie byłem pewien, czy to był żart. Pokręciłem głową.

– Staram się kończyć studia. I czasem udaję, że wiem, czego chcę od życia.

Wszyscy tak robią – powiedziała, odstawiając filiżankę.

Nie umiałem powiedzieć, dlaczego tak bardzo chciałem zostać. Przecież to była tylko uprzejma rozmowa po lekcji. Ale z każdą minutą czułem, że coś się dzieje. W spojrzeniach, w niedopowiedzeniach, w tym, że jej głos brzmiał tak... miękko, choć mówiła rzeczy zupełnie neutralnie.

Zorientowałem się, że myślę o niej jeszcze, kiedy wracałem do domu autobusem. Patrzyłem przez brudną szybę na miasto pogrążone w styczniowym półmroku i czułem, że coś mnie ciągnie z powrotem do tamtego salonu. Do niej.

Chciałem zostać dłużej

Było już po osiemnastej, Maks skończył ćwiczenia wcześniej niż zwykle, więc chciałem od razu wyjść. Włożyłem zeszyt do torby i stanąłem w korytarzu, czekając, aż Anna wróci, żeby się pożegnać. Przyszła po chwili, tym razem w spodniach i luźnym swetrze, bez makijażu. Wyglądała inaczej. Mniej jak właścicielka tego miejsca, bardziej jak ktoś, kto właśnie zrzucił z siebie troski całego dnia.

– Już pan wychodzi?

– Tak. Maks zrobił dziś wszystko szybciej.

Zerknęła na mnie uważnie, jakby coś ważyła w myślach. Potem bez słowa odwróciła się i weszła do salonu. Stałem przez chwilę w tym chłodnym korytarzu, zapięty pod szyję, z torbą przewieszoną przez ramię. Wydawało mi się, że to wszystko powinno być proste – powiedzieć „do widzenia”, zamknąć drzwi i iść do domu. Ale nie ruszyłem się.

Usłyszałem, że nalała sobie czegoś do szklanki. Wróciłem do salonu. Siedziała na kanapie z podwiniętymi nogami, lampka przy niej rzucała ciepłe światło na jej twarz.

– Przepraszam, chciałem się tylko pożegnać – powiedziałem, ale nie zrobiłem kroku w stronę drzwi.

– Siadaj – powiedziała cicho, bez spojrzenia.

Usiadłem na fotelu obok, w milczeniu. Przez kilka minut nie mówiła nic. Ja też nie. Tylko wpatrywałem się w plamkę światła na dywanie. I wtedy powiedziała:

To nie może się wydarzyć.

Odwróciłem głowę. Patrzyła prosto na mnie. Nie było w tym żadnego kokietowania, żadnego udawania niezdecydowania. To było stwierdzenie. Zimne, rzeczowe. Mimo to nie wstałem.

Ale właśnie się dzieje – odpowiedziałem i sam byłem zdziwiony, jak spokojnie to powiedziałem.

Znowu ta cisza. Czułem napięcie w karku, jakby coś mnie przyciskało od środka. Nie dotykałem jej, nie zrobiłem żadnego ruchu, ale wiedziałem, że jeśli nie wstanę teraz, zostanę do końca wieczoru. I ona też to wiedziała. Nie powiedziała już nic. Tylko przesunęła wzrok na lampkę, potem na stół, a na końcu z powrotem na mnie.

– Maks śpi – dodała tylko.

I znowu ta cisza, która mówiła więcej niż wszystko, co mogliśmy powiedzieć. Nie całowaliśmy się, nie było nic z tego, co można by opisać jako intymność. A jednak czułem, że przekroczyliśmy granicę. Taką, zza której nie ma powrotu. Siedziałem u niej do późna. Nie wracałem do tego, co powiedziała. Nie zadawałem pytań. Ona raz się zaśmiała, tak lekko, że pomyślałem, że nigdy wcześniej jej takiej nie słyszałem. I w tej chwili, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, poczułem, że chcę zostać.

Wracając do domu po północy, czułem się jak ktoś, kto dopuścił się czegoś niewłaściwego, ale nie żałuje ani sekundy. Nie powinienem był tam być. Wiedziałem to. A jednak miałem w sobie coś, czego nie miałem od dawna – poczucie, że jestem ważny.

Chciałem mieć ją dla siebie

Spotykaliśmy się tak, żeby nikt nie zauważył. Maks miał lekcje gry na fortepianie we wtorki i basen w czwartki – to były nasze wieczory. Udawałem, że wychodzę zaraz po lekcji, a potem wracałem cicho, czasem przez ogród, jeśli furtka była otwarta. Ona czekała. Zawsze w innym swetrze, z zaparzoną już herbatą. Czasem tylko patrzyliśmy na siebie w półmroku. Innym razem rozmawialiśmy długo, jakbyśmy chcieli nadrobić całe życie, które przegapiliśmy.

Nie wiedziałem, co to było. Romans? Przygoda? Nigdy tego nie nazwaliśmy. Ona nie mówiła o uczuciach, ja nie pytałem, ale z każdym tygodniem zostawałem dłużej. Chciałem wiedzieć, co robiła w dzień, co myśli, jak pachnie jej pościel, kiedy nie ma jej w pokoju.

– Nigdy nie rozmawiamy o mnie, nie pytasz o moją przyszłość – powiedziałem pewnego wieczoru, kiedy siedziała na podłodze, oparta o sofę. Miała rozpuszczone włosy i nie patrzyła mi w oczy.

Bo nie chcę o niej myśleć. To nie jest prawdziwe życie – odpowiedziała, bez cienia wahania.

Zabolało mnie to bardziej, niż chciałem przyznać, a jednak zostałem. I przychodziłem znowu. Szukałem siebie w jej świecie. Próbowałem znaleźć jakiś ślad – kubek, którego nikt inny nie używa, zapach moich perfum w przedpokoju, cokolwiek. Ale wszystko w tym domu było czyste, eleganckie, nienaruszone. Jakby mnie tam nigdy nie było.

Zaczynałem myśleć o niej wszędzie – na wykładach, w metrze, nawet kiedy rozmawiałem z kolegami. Wiedziałem, że to nie ma przyszłości, ale już mnie to nie obchodziło. Chciałem ją mieć tylko dla siebie, choćby przez kilka godzin w tygodniu.

W marcu zrobiło się cieplej. Śnieg zniknął z ulic, a ja coraz częściej czułem, że wszystko wymyka się spod kontroli. Pewnego wieczoru, kiedy wychodziłem, odwróciłem się w drzwiach.

– Wiem, że nic z tego nie będzie. Ale ja i tak się zakochałem – powiedziałem cicho.

Nie zareagowała od razu, a potem wzruszyła ramionami. Może chciała to ukryć, a może naprawdę jej to nie ruszyło.

– Musisz już iść – powiedziała tylko. I odwróciła się do okna.

Brnęliśmy w to dalej, jakby nic się nie stało. Ale od tego dnia coś się zmieniło. Ja już nie udawałem, że to tylko gra. A ona już nie udawała, że tego nie widzi.

Wszystko zaczęło się sypać

Wiosna przyszła nagle. Z dnia na dzień zniknęły czapki i rękawiczki, na ulicach zrobiło się gwarno. Ja nadal przychodziłem we wtorki i czwartki, ale coś się zmieniło. Już nie siadała przy mnie, już nie śmiała się, kiedy mówiłem, że Maks zadaje mądrzejsze pytania niż moi wykładowcy. Była obecna, ale jakby wycofana. Wiedziałem, co to znaczy, ale nie chciałem jeszcze tego mówić na głos.

Pewnego dnia lekcja się skończyła, Maks poszedł do swojego pokoju, a ja zostałem w salonie, jak zawsze. Anna stała przy oknie. Nie odwróciła się, kiedy wszedłem.

To już koniec? – zapytałem.

– To się nigdy nie miało zacząć – odpowiedziała bez emocji.

Patrzyłem na nią długo. W tej chwili nie wyglądała jak kobieta, którą znałem przez te miesiące. Była obca, zbyt spokojna. Jakby wcześniej tylko udawała, albo teraz to z siebie zdarła. Od tego dnia przychodziłem już tylko do Maksa, a po lekcji wychodziłem. Nie zapraszała mnie, nie zatrzymywała. Niby wszystko było po staremu, a jednak inaczej. Kiedyś siedziałem tam godzinami. Teraz kończyłem notatkę i już byłem przy drzwiach.

Raz usłyszałem, jak rozmawiała przez telefon w kuchni. Nie widziała, że stoję w przedpokoju.

– Tak, on wciąż przychodzi, ten chłopak. Trochę się za bardzo przywiązał.

Te słowa zostały mi w głowie na długo. Nie powiedziała mojego imienia, nie powiedziała: Tomek. Powiedziała: chłopiec. Jakbym był kimś obcym. Jakbym sobie coś ubzdurał.

Nie potrafiłem o tym zapomnieć. Wszystko zaczęło się sypać. Na uczelni zawalałem egzaminy, z kolegami przestałem wychodzić. W kółko wracałem myślami do tamtych wieczorów, do tego, jak mnie dotykała, jak mówiła, że nie chce myśleć o przyszłości. Nie wiedziałem, czy bardziej ją kochałem, czy nienawidziłem. Ale tęskniłem. Tęskniłem tak, że bolało.

Nic nie było takie samo

W kwietniu przestałem przychodzić. Anna wysłała mi krótką wiadomość, że Maks już nie potrzebuje korepetycji, że dziękuje za współpracę. Brzmiało to jak coś, co mógłby napisać ktoś, kto nigdy nie zaprosił mnie do swojego salonu po zmroku. Nie odpisałem.

Zdarzało mi się jeszcze przechodzić tamtą ulicą. Udawałem, że przypadkiem, ale zawsze zwalniałem przy tym domu. Stał tak samo jak wcześniej – biały, z dużym oknem wychodzącym na ogród, zasłoniętym od wewnątrz białą zasłoną. Nigdy więcej jej nie widziałem. Maks czasem mi się przypominał, kiedy widziałem dzieci w metrze z plecakami, rozgadane, zamyślone. Zastanawiałem się, czy coś podejrzewał. Czy kiedykolwiek zadał pytania. Nie chciałem znać odpowiedzi.

Wróciłem do swoich wykładów, do pisania pracy magisterskiej, do swojego mieszkania, które po tej zimie wydawało się jeszcze bardziej puste. Herbatę piłem sam. Chodziłem, jadłem, uczyłem, oddychałem. Ale już nic nie było takie samo. Byłem, jak człowiek, który przez chwilę miał coś więcej, a potem został z niczym. Z jednym wspomnieniem.

Nie opowiadałem o niej nikomu. Nie dlatego, że się wstydziłem. Po prostu nie dało się jej opisać tak, żeby ktoś zrozumiał. Była kobietą, która nauczyła mnie, że można być dla kogoś ważnym tylko przez chwilę. I że dla niektórych ludzi ta chwila nigdy nie staje się czymś więcej.

Zastanawiam się czasem, czy kiedykolwiek przestanę jej szukać w innych kobietach. W spojrzeniu, w geście, w milczeniu. Czy kiedyś spotkam kogoś, kto też zostawi uchylone drzwi, ale nie wypchnie mnie, kiedy już wejdę. Zimą przychodziłem uczyć biologii. Wiosną już tylko ją kochałem.

Tomasz, 26 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama