Reklama

Walentynki zawsze budziły we mnie ciche napięcie, którego Rafał zdawał się nie zauważać. Niby byliśmy razem od lat, mieszkaliśmy pod jednym dachem, dzieliliśmy codzienność, ale we mnie wciąż tkwiło uczucie niedomknięcia. Tego dnia obudziłam się z nadzieją, że wreszcie wydarzy się coś, co nada sens temu całemu „my”, które od dawna trwało bardziej z przyzwyczajenia niż z odwagi.

Poczułam, jak serce przyśpiesza

Rano obudziłam się szybciej niż zwykle. Rafał jeszcze spał, odwrócony plecami, z ręką niedbale rzuconą na moją stronę łóżka, jakby zaznaczał obecność, ale bez potrzeby bliskości. Leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit, licząc w myślach wszystkie walentynki, które już za nami były. Kwiaty bez okazji, kolacje „kiedyś nadrobimy”, rozmowy urwane w pół zdania. Tego dnia jednak wmówiłam sobie, że może będzie inaczej.

W pracy zerkałam co chwilę na telefon. Wiadomości od Magdy były krótkie i pełne entuzjazmu.

„Jestem ciekawa, co tym razem wymyślił” — napisała.

„Ja też” — odpisałam, choć czułam, że bardziej się boję, niż cieszę.

Po południu Rafał przyszedł wcześniej niż zwykle. Uśmiechnął się dziwnie, trochę za bardzo, jakby coś ukrywał.

— Mam coś dla ciebie — powiedział, wyciągając kopertę. Zwykłą, białą, bez serduszek.

Usiadłam na kanapie. Przez moment tylko gładziłam papier palcami, przeciągając tę chwilę. Chciałam, żeby trwała. Kiedy w końcu otworzyłam list, poczułam, jak serce przyspiesza. Czytałam wolno, zdanie po zdaniu. Było w nim wszystko, czego tak długo mi brakowało: uważność, czułość, słowa o wspólnych porankach i wieczorach, o tym, że jestem jego wyborem, nie przypadkiem.
Rafał stał naprzeciwko mnie, obserwując moją twarz.

— Podoba ci się? — zapytał niepewnie.

Jest piękny — odpowiedziałam szczerze, bo wtedy jeszcze wierzyłam.

W środku coś się we mnie rozluźniło. Jakby ktoś wreszcie nazwał to, co od lat próbowałam mu podsunąć między wierszami. List brzmiał jak obietnica bez daty, ale wystarczyło mi to na tamtą chwilę. Pomyślałam, że może właśnie tak wygląda przełom. Że nie zawsze musi być głośno i spektakularnie. Wieczorem, gdy Rafał poszedł do kuchni, wróciłam jeszcze raz do listu. Czytałam go ponownie, czując wdzięczność pomieszaną z ulgą. Nie zauważyłam jeszcze, że to uczucie było zbudowane na kruchym fundamencie. Byłam zbyt zajęta tym, jak bardzo chciałam, żeby te słowa były prawdziwe.

Zamknęłam oczy

Przez resztę wieczoru nosiłam list przy sobie, jakby mógł się rozpłynąć, gdy tylko odłożę go na bok. Rafał krzątał się po mieszkaniu, opowiadał o pracy, o korkach, o czymś zupełnie zwyczajnym. Kiwałam głową, odpowiadałam półsłówkami, a w głowie wciąż miałam zdania z kartki. Brzmiały zbyt gładko. Zbyt idealnie. Kiedy zamknęły się za nim drzwi łazienki, usiadłam przy stole i jeszcze raz zaczęłam czytać. Tym razem wolniej, uważniej. Nagle poczułam lekki ucisk w żołądku. Jedno zdanie wydało mi się boleśnie znajome. Potem kolejne. Rytm. Sposób, w jaki autor budował napięcie, jak kończył akapity niedopowiedzeniem.

Przesadzam — szepnęłam do siebie, ale już wiedziałam, że to nieprawda.

Przypomniał mi się wieczór sprzed kilku lat. Leżałam wtedy z laptopem na kolanach, bez konkretnego celu, klikając w kolejne strony. „Najpiękniejsze listy miłosne”, „Słowa, które wzruszą ją do łez”. Czytałam je z ciekawości, trochę z zazdrości, trochę z nadziei, że może kiedyś coś takiego usłyszę. Nie zapamiętałam wszystkiego, ale niektóre fragmenty utkwiły mi w głowie na dobre. Sięgnęłam po telefon. Palce drżały mi lekko, gdy wpisywałam pierwsze zdanie z listu w wyszukiwarkę. Przez chwilę ekran ładował się w ciszy, która nagle stała się zbyt głośna. Potem zobaczyłam wynik. Strona. Tekst. Słowo w słowo.

Zamknęłam oczy. Poczułam gorąco na twarzy, jakby ktoś mnie przyłapał na czymś wstydliwym. Tylko że to nie ja byłam winna. A jednak wstyd uderzył we mnie pierwszy. Że się ucieszyłam. Że dałam się porwać. Że tak bardzo chciałam wierzyć.

Rafał wyszedł z łazienki, uśmiechnięty, z ręcznikiem na ramieniu.

Wszystko okej? — zapytał.

— Tak — odpowiedziałam zbyt szybko.

Nie zapytałam, skąd wziął te słowa. Nie zrobiłam awantury. Siedziałam tylko, trzymając w dłoni kartkę, która jeszcze godzinę wcześniej była dla mnie dowodem miłości, a teraz stała się lustrem. Odbijała nie tylko jego wygodę, ale też moje własne przyzwolenie na bylejakość. Gniew nie był gwałtowny. Był cichy i lepki. Skierowany bardziej do mnie niż do niego. Bo nagle zrozumiałam, że to nie był pierwszy raz, kiedy zgodziłam się na pójście na skróty.

Wtedy zmieniłam temat

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Rafał oddychał miarowo obok, a ja wpatrywałam się w ciemność, w której zaczęły wyświetlać się wspomnienia. Przeprowadzka do pierwszego wspólnego mieszkania — decyzja podjęta szybko, bez planu, za to z entuzjazmem. „Jakoś damy radę” — powiedział wtedy. I dawaliśmy. Zawsze jakoś.

Widziałam nas przy stole, z rozłożonymi rachunkami, gdy żartował, że to taka namiastka dorosłości. Widziałam rozmowy o przyszłości prowadzone przy okazji, między jednym tematem a drugim, nigdy na serio. Gdy wspominałam o ślubach znajomych, wzruszał ramionami.

— My nie musimy się spieszyć — mówił spokojnie. — Przecież jest nam dobrze.

Było. Przynajmniej jemu. Ja uczyłam się cierpliwości, tłumacząc sobie, że każdy ma swoje tempo. Że presja nie jest dobra. Że pierścionek niczego nie zmienia. Te zdania powtarzałam jak mantrę, aż w końcu same zaczęły brzmieć obco. Przypomniałam sobie rozmowę z Magdą sprzed roku. Siedziałyśmy w kawiarni, a ona patrzyła na mnie uważnie.

— A ty wiesz, na co właściwie czekasz? — zapytała wtedy.

— Na odpowiedni moment — odpowiedziałam automatycznie.

Tylko czyj on ma być? — drążyła.

Wtedy zmieniłam temat. Teraz to pytanie wróciło ze zdwojoną siłą. Zrozumiałam, że przez lata byłam w trybie oczekiwania. Na sygnał, na decyzję, na ruch z jego strony. Moja rola była wygodna — nie naciskać, nie psuć spokoju, nie wymagać za dużo. List z internetu nagle przestał być wyjątkiem. Stał się podsumowaniem. Tak jak nasze plany: zarysowane, ale nigdy niedoprowadzone do końca. Tak jak rozmowy, które zawsze można było odłożyć.

Leżąc obok Rafała, poczułam pierwszy raz nie smutek, a zmęczenie. Głębokie, ciężkie. Nie chciałam już usprawiedliwiać tego, co było brakiem decyzji. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że ten związek nie ma daty ważności, bo nigdy nie miał być trwały. Trwał tylko dlatego, że ja pozwalałam mu trwać.

Wzruszył ramionami

Nie zapytałam go wprost. Nie usiadłam naprzeciwko z listem w dłoni, nie domagałam się wyjaśnień. Zamiast tego zaczęłam uważniej patrzeć. Na jego reakcje, na pauzy między słowami, na to, jak szybko zmieniał temat, gdy rozmowa zbliżała się do granicy niewygody. Przy kolacji wspomniałam mimochodem o Magdzie i jej planach na przyszły rok. Rafał skinął głową, nie podnosząc wzroku znad talerza.

— Fajnie — rzucił. — Dobrze, że wiedzą, czego chcą.

Zawiesiłam głos.

— A my? — zapytałam cicho.

Podniósł wzrok, jakby zaskoczony, że pytanie padło.

— Przecież mówiłem… jest nam dobrze — odpowiedział po chwili. — Po co to komplikować?

Nie było w tym złości. Była irytacja, że poruszam temat, który burzy spokój. Zauważyłam, jak szybko chce go zamknąć, jak skraca emocje do minimum, jakby obawiał się, że jedno zdanie za dużo pociągnie za sobą konieczność decyzji.

Nie pytam o jutro — dodałam. — Pytam, czy ty w ogóle widzisz jakieś dalej.

Wzruszył ramionami.

— Kamila, nie wszystko trzeba nazywać. Nie wszystko musi mieć ramy.

Wtedy coś we mnie pękło, ale bez hałasu. Zrozumiałam, że on naprawdę nie widzi problemu. Nasza relacja była dla niego wygodną przystanią. Stałą, przewidywalną, bez konieczności brania odpowiedzialności za czyjeś oczekiwania. Dla mnie zaczęła przypominać klatkę, w której sama zamknęłam drzwi. Patrzyłam na niego i nagle pierścionek przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Pytanie, które nie dawało mi spokoju, nie dotyczyło już przyszłości, tylko teraźniejszości. Czy chcę być z kimś, kto wybiera mnie tylko wtedy, gdy nie musi niczego wybierać naprawdę?

Rafał wstał od stołu, jakby rozmowa dobiegła końca.

Nie róbmy z tego dramatu — rzucił przez ramię.

Zostałam sama w kuchni, z ciszą, która była bardziej szczera niż wszystkie nasze dotychczasowe rozmowy. I po raz pierwszy pomyślałam, że odpowiedź już mam. Tylko jeszcze nie byłam gotowa jej wypowiedzieć na głos.

Uśmiechnęłam się smutno

Punkt kulminacyjny przyszedł cicho, bez sceny i bez łez. Następnego dnia rano siedziałam przy stole z kubkiem herbaty, a list leżał przede mną, złożony starannie, jakby wciąż zasługiwał na szacunek. Patrzyłam na niego inaczej niż wcześniej. Nie jak na dowód uczucia, ale jak na symbol. Skrót. Minimum wysiłku. Bez ryzyka, bez odsłonięcia się.

Rafał wyszedł z sypialni, ziewając.

— Zrobić ci herbatę? — zapytał odruchowo.

Pokręciłam głową.

Nie trzeba.

Usiadł naprzeciwko, zerknął na kopertę.

— Fajnie, że ci się spodobało — rzucił, jakby zamykał temat na dobre.

Wtedy dotarło do mnie z całą jasnością, że on naprawdę nie widzi niczego więcej. Dla niego to był gest odhaczony na liście. Dla mnie natomiast ostatni sygnał ostrzegawczy. Zrozumiałam, że całe nasze „my” było dokładnie takie jak ten list: zapożyczone, wygodne, bez własnych słów. Nie chciałam już tłumaczyć. Nie chciałam negocjować własnych potrzeb ani udowadniać, że zasługuję na coś więcej. Ulgę poczułam w momencie, w którym przestałam walczyć. To było jak wyprostowanie pleców po latach chodzenia w zgarbionej pozycji.

Wieczorem spakowałam kilka rzeczy. Rafał patrzył na mnie z niedowierzaniem.

— Przesadzasz — powiedział. — To tylko list.

Uśmiechnęłam się smutno.

— Właśnie o to chodzi — odpowiedziałam.

Nie było wielkiego pożegnania. Było zamknięcie drzwi i cisza na klatce schodowej. Schodząc, czułam strach, ale pod nim było coś nowego. Przestrzeń. Myśl, że wolę nie mieć planu niż trwać w czymś, co było na skróty. Kilka dni później spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i pierwszy raz pomyślałam, że brak pierścionka był dla mnie ochroną, nie porażką. Że nie dostałam obietnicy, która i tak nie miałaby pokrycia. Samotność przestała mnie przerażać. Stała się wyborem.

Kamila, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama