Reklama

Każdego wieczoru, gdy słońce chowa się za linią wieżowców, a miasto zapala swoje neonowe światła, czuję ten sam paraliżujący ścisk w żołądku. Dla moich rodziców jestem kobietą sukcesu, która podbiła stolicę, jada w ekskluzywnych restauracjach i ubiera się u projektantów. W rzeczywistości moją kolacją jest czerstwa bułka popijana wodą z kranu, a „apartament” to wilgotna klitka, w której nie mogę w pełni otworzyć okna.

Byli ze mnie dumni

Pamiętam dzień mojego wyjazdu tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. Stałam na peronie w naszej małej miejscowości, ściskając rączkę wielkiej, czerwonej walizki, którą tata kupił mi specjalnie na tę okazję. Mama płakała, poprawiając mi szalik, choć był ciepły wrzesień, i wciskała mi w ręce reklamówkę z kanapkami na drogę.

W ich oczach widziałam dumę, która ważyła więcej niż cały mój bagaż. Byłam tą, której się udało. Tą, która wyrwała się z marazmu prowincji, gdzie jedyną perspektywą była praca w lokalnym sklepie spożywczym albo szybki ślub z chłopakiem z sąsiedztwa i rodzenie dzieci rok po roku.

Ja chciałam więcej. Chciałam biurowców ze szkła i stali, spotkań biznesowych i szpilek stukających o marmurowe posadzki. Miałam dyplom z marketingu, głowę pełną marzeń i absolutny brak pojęcia o tym, jak wygląda prawdziwe życie w metropolii.

– Pokaż im tam, córcia – powiedział tata. – Niech wiedzą, że u nas też rodzą się talenty.

Byłam pełna nadziei

Wsiadłam do pociągu z przekonaniem, że jadę po swoje. Pierwsze tygodnie były jak zderzenie ze ścianą. Mieszkanie, które znalazłam w internecie, na zdjęciach wyglądało na przytulne studio. W rzeczywistości było przerobionym strychem w starej kamienicy na obrzeżach, gdzie ogrzewanie działało tylko wtedy, gdy miało na to ochotę, a sąsiad z dołu codziennie urządzał koncerty heavy metalowe. Ale wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko przejściowe trudności.

Podczas pierwszej rozmowy telefonicznej, dwa tygodnie po przyjeździe, mama zapytała, jak mi się mieszka. Nie miałam serca powiedzieć jej, że śpię na materacu, który znalazłam przy śmietniku, bo na łóżko mnie nie stać, a w łazience jest grzyb.

– Jest cudownie, mamo – skłamałam, patrząc na odrapaną ścianę. – Mam widok na park, a mieszkanie jest bardzo nowoczesne. Jasne, przestronne.

Słyszałam w słuchawce jej westchnienie ulgi. To kłamstwo było jak pierwszy kamyk, który ruszył lawinę. Potem było już tylko gorzej. Kiedy w końcu znalazłam pracę, nie była to posada menedżerki, o której marzyłam. Zostałam młodszą asystentką do spraw administracyjnych w małej agencji reklamowej.

Zarabiałam grosze

W praktyce oznaczało to parzenie kawy, kserowanie dokumentów i wysłuchiwanie humorów szefowej, która uważała, że jej czas jest cenniejszy niż złoto, a my wszyscy jesteśmy tylko pyłem pod jej butami. Po opłaceniu czynszu i biletu miesięcznego zostawało mi tyle, że musiałam wybierać między obiadem a nowymi rajstopami, gdy w starych poszły oczko. Ale rodzicom mówiłam co innego.

– Tak, dostałam awans – kłamałam w grudniu. – Teraz prowadzę własne projekty. Szefowa jest zachwycona moją kreatywnością.

Wysyłałam im zdjęcia. To była moja strategia przetrwania. Kiedy szłam ulicą i widziałam wystawę drogiego butiku, robiłam zdjęcie i pisałam: „Zastanawiam się nad tą sukienką na bankiet firmowy”. Kiedy w pracy, po godzinach, gdy wszyscy już wyszli, mogłam wejść do przeszklonej sali konferencyjnej z widokiem na centrum, robiłam selfie z podpisem: „Moje biuro, praca do późna”.

Stworzyłam w rozmowach z bliskimi awatara. Nową, lepszą wersję siebie. Agatę z wielkiego miasta, która pije latte za dwadzieścia złotych i jeździ taksówkami. Prawdziwa Agata jadła zupki chińskie i chodziła dwa przystanki pieszo, żeby zaoszczędzić na bilecie.

Oszukiwałam ich

Najgorsze były wizyty w domu. Jeździłam tam rzadko, tłumacząc się nawałem pracy, ale kiedy już się pojawiałam, musiałam wyglądać. Odkładałam każdy grosz przez miesiące, żeby kupić jedną markową rzecz – torebkę, buty, płaszcz – którą mogłabym zaprezentować jako dowód mojego sukcesu. Podczas ostatniej Wielkanocy siedzieliśmy przy stole. Moja kuzynka Ewelina, która została na wsi i wyszła za mąż za mechanika, opowiadała o budowie domu.

– Wylaliśmy już fundamenty – mówiła z ekscytacją. – A Tomek dostał podwyżkę. Planujemy drugie dziecko.

Czułam na sobie wzrok całej rodziny. Oczekiwali kontrataku. Oczekiwali, że przebiję te wieści czymś spektakularnym.

– A ja w przyszłym miesiącu lecę do Mediolanu na targi mody – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. – Firma mnie wysyła jako reprezentantkę.

Mama aż klasnęła w dłonie.

– Widzicie? – zwróciła się do ciotek. – Nasza Agatka to światowa dziewczyna. Mediolan! Kto by pomyślał.

Nie mogłam ich zawieść

Ewelina posmutniała, a ja poczułam smak żółci w ustach. Nie było żadnego Mediolanu. Była groźba zwolnień grupowych w agencji i zaległy czynsz za dwa miesiące. Ale nie mogłam przestać. Ich podziw był jak narkotyk. Był jedyną rzeczą, która trzymała mnie w pionie, gdy wracałam do swojego zimnego, pustego życia.

Zaczęłam unikać znajomych w mieście, bo wstydziłam się przyznać, że nie stać mnie na wyjście do kina czy na pizzę. Moja jedyna przyjaciółka Weronika, z którą dzieliłam biurko w pracy, zaczęła coś podejrzewać.

– Agata, czemu ty zawsze przynosisz kanapki? – zapytała pewnego dnia, gdy wszyscy inni zamawiali lunch.

– Lubię kanapki. To taki domowy smak.

Weronika spojrzała na mnie dziwnie, ale nie drążyła tematu. Wiedziałam jednak, że pętla się zaciska. Kryzys nadszedł niespodziewanie, w poniedziałkowy poranek. Moja szefowa, kobieta o sercu z lodu i uśmiechu rekina, wezwała mnie do gabinetu.

– Agato, musimy ciąć koszty – powiedziała bez żadnych wstępów, przeglądając coś w telefonie. – Twoje stanowisko zostaje zlikwidowane. Masz dwutygodniowy okres wypowiedzenia.

Zostałam zwolniona

Świat zawirował mi przed oczami.

– Ale… jak to? – wydukałam. – Przecież robię nadgodziny, staram się…

– To decyzja z góry. Przykro mi. Możesz odejść.

Wyszłam z gabinetu na miękkich nogach. W toalecie zamknęłam się w kabinie i płakałam tak długo, aż zabrakło mi tchu. Co ja teraz zrobię? Nie miałam oszczędności. Miałam długi u właścicielki mieszkania. Jeśli nie zapłacę w przyszłym tygodniu, wyrzuci mnie na bruk. Wróciłam do domu w strugach deszczu. Weszłam do mojego zimnego pokoju, usiadłam na materacu i spojrzałam na telefon. Dzwoniła mama.

Nie odebrałam. Nie mogłam. Co miałabym jej powiedzieć? „Mamo, twoja światowa córka właśnie została bezrobotna i prawdopodobnie bezdomna”? Wyobraziłam sobie ich miny. Rozczarowanie taty. Szepty sąsiadów: „A nie mówiliśmy? Wróciła z podkulonym ogonem”. To było gorsze niż głód. Nikt nie chciał mnie zatrudnić. „Za wysokie kwalifikacje, za małe doświadczenie na menedżera” – słyszałam w kółko.

Byłam spanikowana

Wtedy zadzwonił telefon. Znowu mama. Tym razem odebrałam, starając się, by mój głos brzmiał wesoło.

– Cześć mamo! Właśnie jestem na spotkaniu, nie mogę długo…

– Agatko, kochanie, nie musisz się spieszyć – przerwała mi mama dziwnie radosnym tonem. – Mamy dla ciebie niespodziankę!

Zamarłam.

– Jaką niespodziankę?

– Siedzimy z tatą w pociągu! Będziemy w Warszawie za dwie godziny. Chcemy zobaczyć ten twój apartament i zabrać cię na obiad, żeby uczcić ten Mediolan!

Telefon wypadł mi z ręki na podłogę. To był koniec. Apokalipsa. Moi rodzice, tu, w Warszawie, za dwie godziny. Zobaczą moją norę. Zobaczą, że nie mam lodówki, tylko turystyczną chłodziarkę. Zobaczą pleśń na ścianie, którą zasłaniam plakatem. Zobaczą prawdę.

Wpadłam w szał. Biegałam po pokoju jak zwierzę w klatce. Co robić? Może uciec? Może nie otwierać drzwi? Może udać, że mnie nie ma, że wyjechałam nagle w delegację? Ale przecież wiedzieli, gdzie mieszkam, podałam im adres do wysyłki paczek na święta. Zadzwoniłam do Weroniki. To był akt desperacji.

– Weronika, błagam cię, pomóż mi – krzyczałam do słuchawki, łkając. – Rodzice przyjeżdżają. Oni myślą, że jestem kimś innym. Muszę… nie wiem, pożyczyć mieszkanie na dwie godziny? Cokolwiek!

Chcieli mnie odwiedzić

Weronika milczała przez chwilę.

– Agata, uspokój się. Gdzie ty jesteś?

– W domu. W mojej norze.

– Jadę do ciebie.

Weronika przyjechała po pół godzinie. Gdy weszła do mojego pokoju, stanęła w progu i zamilkła. Rozejrzała się po odrapanych ścianach, stercie ubrań na krześle, bo nie miałam szafy, i resztkach jedzenia na parapecie.

– Boże, Agata… – szepnęła. – Ty tu mieszkasz?

– Widzisz? – rozpłakałam się znowu. – Jestem oszustką. Kłamałam wszystkim. Tobie też. Nie mam pieniędzy, straciłam pracę, a oni zaraz tu będą.

Weronika usiadła obok mnie na materacu i objęła mnie ramieniem.

– Słuchaj, nie pożyczę ci mieszkania, bo to nie rozwiąże problemu. Ale pomogę ci to posprzątać. I zostanę z tobą, kiedy przyjdą.

– Nie rozumiesz! – krzyknęłam, odrywając się od niej. – Oni myślą, że to apartament! Że mam sukcesy! Jak zobaczą to… pęknie im serce.

– Pęknie im serce, jak dowiedzą się, że ich córka głoduje, żeby udawać kogoś, kim nie jest – powiedziała twardo Weronika. – To musi się skończyć. Teraz.

Musiałam z tym skończyć

Miała rację, ale strach był silniejszy od rozsądku. Mimo to zaczęłyśmy sprzątać. Chowałyśmy wszystko, co wyglądało na nędzę. Wietrzyłyśmy pokój. Kupiłam kwiaty w pobliskim dyskoncie, żeby odwrócić uwagę od obdrapanych mebli. To było jak pudrowanie trupa, ale dawało mi złudne poczucie kontroli. Dzwonek do drzwi zabrzmiał godzinę później.

Podeszłam do drzwi na drżących nogach. Otworzyłam. Stali tam. Tata w swoim najlepszym garniturze, który zakładał tylko do kościoła, i mama w nowej sukience. Oboje obładowani torbami i słoikami.

– Córeczko! – mama rzuciła się mi na szyję, prawie przewracając mnie w wąskim korytarzu. Tata uśmiechał się szeroko, choć widziałam, jak jego wzrok błądzi po obskurnej klatce schodowej.

– Wejdźcie… – zaprosiłam ich, czując, jak gardło zaciska mi się w supeł.

Weszli do środka. Zapadła cisza. Widziałam, jak wzrok mamy przesuwa się po materacu na podłodze, po małym stoliku, po oknie, które nie domykało się do końca. Widziałam, jak uśmiech taty powoli gaśnie, zastępowany przez wyraz głębokiego szoku i… bólu?

– To jest… ten apartament? – zapytał cicho tata, stawiając torby na podłodze. Brzęk słoików był ogłuszający.

Nie mogłam już kłamać

Nie miałam siły. Cała ta fasada, którą budowałam przez dwa lata, runęła w jednej sekundzie.

– Nie – szepnęłam, spuszczając głowę. – Nie ma żadnego apartamentu. Nie ma Mediolanu. Nie ma awansu. Straciłam pracę w poniedziałek. Ledwo mam na chleb.

Czekałam na krzyk. Na wyrzuty. Na to słynne: „A tyle w ciebie zainwestowaliśmy”. Zamiast tego poczułam ciepłe dłonie mamy na twarzy. Podniosła moją głowę, zmuszając mnie, bym spojrzała jej w oczy. Były pełne łez, ale nie złości.

– Dlaczego nam nie powiedziałaś? – zapytała cicho. – Dlaczego myślałaś, że musisz udawać?

– Bo chciałam, żebyście byli dumni – wyłkałam. – Chciałam być kimś. Nie chciałam wracać na wieś jako przegrana.

Tata podszedł do nas i objął nas obie swoimi wielkimi ramionami.

– Dziecko – powiedział chrapliwym głosem. – Jesteśmy dumni z ciebie, bo jesteś naszą córką. Nieważne, czy mieszkasz w pałacu, czy tutaj. Myśleliśmy, że jesteś szczęśliwa. To było dla nas najważniejsze. A ty tu cierpiałaś.

Rozpłakałam się na dobre, głośno i bez hamulców. Cały ten stres, to napięcie, ten strach – wszystko wypływało ze mnie razem ze łzami. Weronika wycofała się dyskretnie do wnęki w korytarzu, żeby zrobić herbatę.

Wyznałam im prawdę

Rodzice usiedli na moim materacu. Mama zaczęła wyciągać ze słoików bigos, gołąbki, ciasto drożdżowe. Zapach domu wypełnił to smutne pomieszczenie, sprawiając, że nagle stało się znośne.

– Spłacimy twoje długi – zdecydował tata, jedząc kawałek ciasta. – Mamy trochę oszczędności na czarną godzinę. To jest właśnie ta godzina.

– Nie mogę… – zaczęłam protestować.

– Możesz i przyjmiesz – ucięła mama. – Ale pod jednym warunkiem. Koniec z kłamstwami. Jeśli jest źle, mówisz, że jest źle. Jeśli potrzebujesz pomocy, prosisz o nią. Jesteśmy rodziną.

Tamten dzień zmienił wszystko. Nie wróciłam na wieś na stałe, choć rodzice bardzo tego chcieli. Uparłam się, że spróbuję jeszcze raz, ale tym razem na własnych zasadach. Dzięki pomocy finansowej rodziców spłaciłam zaległy czynsz i przeniosłam się do innego mieszkania – nie apartamentu, ale skromnego pokoju w mieszkaniu studenckim, który był czysty, ciepły i o połowę tańszy.

Znalazłam nową pracę. Nie w wielkiej korporacji, ale w małej, rodzinnej piekarni, która potrzebowała kogoś do prowadzenia mediów społecznościowych i pomocy w sprzedaży. Zarabiam mniej niż w moich marzeniach, ale wystarczająco, by żyć godnie. I co najważniejsze – lubię to. Lubię zapach chleba o poranku i uśmiechy klientów. Moja relacja z rodzicami jest teraz silniejsza niż kiedykolwiek, bo nie jest zbudowana na kłamstwie. Czasami trzeba upaść bardzo nisko, żeby zrozumieć, co tak naprawdę jest na górze.

Agata, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama