„Uciekłam do Zakopanego, żeby poszaleć na stoku. Zamiast na nartach skończyłam w objęciach przystojnego instruktora”
„Zauważyłam wtedy jego rękawiczkę, którą położył na moim ramieniu – delikatnie, ale pewnie. Nie uciekałam wzrokiem. Może dlatego, że jego obecność miała w sobie coś kojącego. Albo dlatego, że już od bardzo dawna nikt nie patrzył na mnie z taką uwagą”.

- Redakcja
Cześć. Mam na imię Marta i mam trzydzieści sześć lat. Dobrze zarabiam, mam swoje mieszkanie, prywatną opiekę zdrowotną i konto na aplikacji randkowej, na którym nikt do mnie nie pisze. Pracuję w dziale marketingu dużej korporacji. Lubię porządek, ciepłą kawę i ludzi, którzy nie zadają zbyt wielu pytań. Kiedyś lubiłam jeszcze siebie, ale to było dawno.
Ostatnie dwa lata to był jakiś emocjonalny rollercoaster. Najpierw Janek – związek jak z obrazka: wszystko pięknie, ale szybko pojawiły się rysy. Zostawił mnie dla młodszej, bo „ona go rozumie”. Potem wypalenie w pracy, które zakrywałam makijażem i sztucznym entuzjazmem na zebraniach. I wreszcie ta dusząca świadomość, że budzę się sama i nie mam już nawet ochoty nikogo zapraszać do łóżka. Zrobiłam się twarda i cyniczna. Prawie.
W grudniu coś we mnie pękło. Kiedy patrzyłam przez okno na szare ulice i jeszcze bardziej szare twarze ludzi w metrze, poczułam, że muszę stąd uciec. I zrobiłam to. Kupiłam wyjazd w góry – tydzień w schronisku, z opcją nauki jazdy na nartach dla dorosłych. Narty. Ostatni raz miałam je na nogach chyba w podstawówce, na szkolnym wyjeździe, po którym wróciłam ze stłuczonym biodrem i zdewastowaną dumą. Ale pomyślałam, że może warto znów się poobijać.
Schronisko okazało się stare, drewniane, i z tych, które pachną kurzem. W pokoju było zimno, kołdra drapała, a ja przez godzinę nie mogłam znaleźć włącznika światła w łazience. Ale tam, wysoko, cisza była inna. Nie taka, co boli – raczej taka, co koi. Stok wydawał się ogromny i przerażający. Ja – w obcisłych spodniach narciarskich i z sercem w gardle – wyglądałam karykaturalnie. Nie miałam żadnych oczekiwań. Tylko jedno pragnienie: na chwilę przestać być tą wersją siebie, której już nie lubię.
Czułam przy nim spokój
Zapięłam buty narciarskie z takim oporem, jakby moje ciało już wiedziało, że to nie jest najlepszy pomysł. Było wcześnie, szaro, a śnieg skrzypiał pod nogami. Grupa rozgrzewała się przy dolnej stacji, a ja stałam na uboczu i udawałam, że poprawiam kask. Przerażał mnie sam widok stoku. Wyciąg ciągnął ludzi w górę jakby bezpowrotnie, a ja, zamiast ekscytacji, czułam jedynie chłód i coś w rodzaju niemocy.
Zjechałam raz, drugi – powoli, zachowawczo, jakby śnieg był cienką warstwą lodu, pod którą czekało coś znacznie gorszego niż przewrócenie się. Za trzecim razem narty złapały kant i pojechały szybciej, niż bym chciała. Straciłam równowagę. Uderzyłam bokiem w twardy fragment stoku, a kostka zabolała tak ostro, że aż zrobiło mi się słabo. Próbowałam wstać, ale ból przebił mnie jak szpilka. Poczułam wstyd, złość i to idiotyczne pragnienie, żeby po prostu zniknąć.
– To pani pierwszy raz na nartach? – usłyszałam spokojny głos, ciepły i z odrobiną ironii.
Spojrzałam w górę. Stał nade mną mężczyzna w granatowej kurtce, z zaróżowioną twarzą i lekko zmarszczonym czołem. Miał spokojne, skupione oczy i twarz, której chciało się zaufać.
– Od dwudziestu lat. I pewnie ostatni – syknęłam przez zaciśnięte zęby.
– Niech pani tak nie mówi. Stok jest jak życie – trzeba trochę poobijać kolana, zanim się zacznie czerpać z tego przyjemność – powiedział, przykucając przy mnie.
Zauważyłam wtedy jego rękawiczkę, którą położył na moim ramieniu – delikatnie, ale pewnie. Nie uciekałam wzrokiem. Może dlatego, że jego obecność miała w sobie coś kojącego. Albo dlatego, że bardzo dawno nikt nie patrzył na mnie z taką uwagą.
– Marta – przedstawiłam się cicho.
– Michał. Instruktor – odpowiedział krótko i podał mi termos z herbatą, który wyjął z plecaka. – Poczekamy chwilę. Pogotowie już jedzie.
Nie chciałam tej herbaty, ale wzięłam kubek i napiłam się, głównie po to, by zająć ręce. On nic nie mówił. Siedział obok na śniegu i patrzył w stronę drzew. Czułam się przy nim bezpiecznie w sposób, którego nie umiałam nazwać. Jakby jego milczenie było dokładnie tym, czego potrzebowałam – nie słowami pocieszenia, nie pytaniami, tylko spokojem.
Kiedy zabrano mnie do schroniska, Michał pożegnał się zwykłym „do zobaczenia”. Nic więcej. A mimo to, kiedy zniknął za drzwiami, zrobiło się wyraźnie chłodniej.
Chciałam go pocałować
Nie wróciłam do miasta, chociaż mogłam. Lekarz powiedział, że to tylko skręcenie, że wystarczy kilka dni odpoczynku, maść i usztywnienie. Większość ludzi spakowałaby się i pojechała do domu, ale ja zostałam. Powiedziałam sobie, że to przez rezerwację, za którą już zapłaciłam, że szkoda wyjazdu. Prawda była inna – nie chciałam wracać do pustego mieszkania. Tutaj przynajmniej było coś jeszcze: śnieg za oknem, zapach drewna i odgłosy życia zza ściany.
Pierwszego dnia przyszła kobieta z obsługi z informacją, że „ten instruktor” przysłał mi herbatę i książkę. Przewróciłam oczami, ale serce zabiło szybciej. Po godzinie zjawił się sam, bez zapowiedzi. Wszedł do holu schroniska, jakby robił to codziennie. Miał na sobie tę samą kurtkę i ten sam spokój w oczach.
– Można? – zapytał, jakbyśmy byli na ty, choć przecież nie byliśmy.
Skinęłam głową. Rozmawialiśmy długo. Najpierw o błahostkach – o górach, o pogodzie, o śmiesznych wypadkach na stoku. Potem jakoś zeszło na życie. Michał mówił oszczędnie, ale uważnie. Słuchał jeszcze uważniej. Powiedział, że uczy nart od lat, że przyjeżdża tu co sezon. Że lubi ciszę. I że ma trochę dość ludzi, którzy przyjeżdżają w góry tylko po to, żeby robić zdjęcia.
– Czemu zostałaś dłużej? – zapytał któregoś wieczoru, kiedy znowu przyszedł z kubkiem herbaty. Pachniała imbirem i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.
– Bo tu mniej boli. Nie tylko noga – odpowiedziałam bez zastanowienia.
Nie skomentował. Milczał chwilę. Potem tylko powiedział cicho:
– Dobrze, że zostałaś.
Wpatrywałam się wtedy w jego profil, w sposób, w jaki jego palce obejmowały kubek, i pomyślałam, że chcę go pocałować. Ta myśl przyszła niespodziewanie i tak samo szybko jak mnie zachwyciła, przestraszyła. Odwróciłam wzrok. Udawałam, że ziewam, że już późno, że powinnam odpocząć.
Kiedy wyszedł, długo siedziałam w ciszy. Głowa podpowiadała mi jedno: że to chwilowe, że to tylko iluzja bliskości. Ale ciało – ciało pamiętało ciepło jego dłoni, zapach kurtki, jego obecność. I to, jak bardzo tęskniłam za takim spokojem. Tylko nie umiałam sobie pozwolić, żeby w to wejść. Nie ufałam sobie. Nie ufałam, że coś mogę zbudować, zamiast znów coś zepsuć.
Dałam się ponieść chwili
Wiedziałam, że to ostatni wieczór. Rano miałam wsiąść do pociągu, wrócić do pracy, do harmonogramów, do rozmów o niczym i kawy wypitej w biegu. Obudziłam się już z myślą, że to koniec czegoś, co nawet się nie zaczęło. Siedziałam w saloniku schroniska, przy ogniu z kominka. Pod stopami skrzypiała drewniana podłoga, pachniało suszonymi grzybami i czymś jeszcze, co przypominało dom.
Michał pojawił się bez zapowiedzi, jak zawsze. Trzymał w dłoni termos, a w oczach miał coś miękkiego, czego dotąd nie widziałam.
– Pomyślałem, że może nie śpisz. Przyniosłem coś lepszego niż herbata. Domowy grzaniec. Smakuje, jakby rozgrzewał też myśli.
Podał mi kubek. Usiadł obok, bez słowa. Patrzyliśmy w ogień.
– Myślisz, że to tylko chwila? – zapytałam nagle, zbyt szybko, zbyt szczerze.
Nie odpowiedział od razu. Wziął łyk grzańca. Dopiero potem, cicho, powiedział:
– Nie. Ale nie wiem, czy będziemy mieli więcej chwil.
Siedzieliśmy blisko. Czułam jego ramię. Moje ciało napięło się, jakby samo nie wiedziało, co chce zrobić.
– Nie wiem, czy umiem się odnaleźć w czymś... dobrym – rzuciłam prawie szeptem.
Wtedy się odwrócił. Spojrzał na mnie długo, bez uśmiechu, bez czułostek. I pocałował mnie. Powoli, pewnie. Tak, jakby znał mnie od lat, jakby wiedział, że właśnie tego potrzebuję. Nie cofnęłam się, nie uciekłam. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie po prostu być w czymś, nie analizować, nie planować, nie przewidywać.
Nie rozmawialiśmy więcej. On został tylko chwilę, zanim wyszedł do swojego pokoju, a ja leżałam później pod kołdrą i patrzyłam w sufit. W głowie krążyło mi tylko jedno: że ta cisza po jego wyjściu wcale nie była pusta. Była ciężka, prawdziwa. Nie spałam do rana.
Bałam się zaangażować
Wróciłam do biura z twarzą pozornie wypoczętą i skręconą kostką, która była świetną wymówką, by nie chodzić na zebrania. Ludzie pytali, jak było w górach, a ja odpowiadałam, że biało, zimno i ładnie. Mówiłam półprawdami, bo całej prawdy nie potrafiłabym wypowiedzieć na głos. Nie mieściła się w języku, który miałam do dyspozycji.
W pracy wszystko wyglądało tak samo, ale ja nie. Zbyt często łapałam się na tym, że siedzę bez ruchu i próbuję przypomnieć sobie głos Michała albo zapach jego kurtki. Albo to, jak patrzył na mnie przy kominku, zanim się zbliżył. Pisałam do niego raz, potem drugi. Odpisał ciepło, serdecznie, ale bez obietnic. Bez kontynuacji. Każda jego wiadomość była jak lekki dotyk – delikatny, ale niepewny.
Zadzwoniłam do Zosi. Musiałam wyrzucić z siebie ten chaos, a ona zawsze potrafiła mnie słuchać, nie oceniając.
– To brzmi jak coś więcej niż przygoda – powiedziała po dłuższym milczeniu.
– Właśnie. A ja nie umiem sobie pozwolić na więcej – odpowiedziałam, grzebiąc palcem w kubku z zimną kawą.
Zosia westchnęła. Znała mnie zbyt dobrze, żeby mnie przekonywać. Wiedziała, że jestem mistrzynią w sabotowaniu własnych potrzeb. Tłumaczyłam się tym, że to niepraktyczne, że mam życie w Warszawie, a on tam, w śniegu, w ciszy. Prawda była prostsza: bałam się. Bałam się, że się otworzę, a potem znów zostanę z niczym.
Wieczorami wspomnienie Janka wracało jak echo. Zostawił mnie, bo byłam „zbyt zamknięta w sobie”. Nie potrafił do mnie dotrzeć. Michał był inny. Nie próbował się przebić. Po prostu był. I może właśnie to mnie poruszyło najbardziej – że przy nim niczego nie musiałam udowadniać. Ale przecież i tak wybrałam ucieczkę.
Nie wiedziałam, czy Michał zobaczy coś więcej. Nie wiedziałam, czy w ogóle jeszcze mnie pamięta. Ale zaczęłam się łapać na tym, że nie przestaję o nim myśleć. A to znaczyło więcej, niż chciałam przyznać.
W końcu podjęłam decyzję
Minęły trzy tygodnie. Niby życie wróciło na swoje miejsce, ale tylko z zewnątrz. W środku nosiłam jakieś ciche napięcie, jakby toczyła się we mnie walka. W pracy znów zaczęły się zebrania, śmiechy w kuchni i rozmowy o niczym. A ja siedziałam przy komputerze i zamiast otwierać dokumenty, wpisywałam w wyszukiwarkę prognozę pogody dla Zakopanego.
Któregoś wieczoru weszłam na stronę z biletami. Bez planu, bez przygotowania. Po prostu kliknęłam „kup”. Dwa dni później siedziałam w pociągu. Patrzyłam za okno i nie wiedziałam, po co tam jadę ani co mu powiem. Nie uprzedziłam Michała, nie napisałam do niego. Nie chciałam mu dawać czasu, żeby odpowiedział, że nie ma sensu.
Kiedy dotarłam do schroniska, wszystko wyglądało tak samo. Ten sam zapach drewna, ten sam dźwięk śniegu pod butami. Na recepcji powiedziano mi, że Michał jest na stoku. Poszłam tam. Kostka jeszcze lekko bolała, ale szłam pewnie. Nie chciałam się zatrzymać. Wiedziałam, że jeśli teraz się cofnę, już nie wrócę.
Zobaczyłam go z daleka. Stał bokiem, rozmawiał z jakąś parą. Miał na sobie tę samą kurtkę. Gdy mnie zauważył, zamarł na moment. Nie ruszył się od razu. Przez krótką chwilę patrzył tylko. Potem zrobił kilka kroków w moją stronę.
– Nie sądziłem, że wrócisz – powiedział cicho, jakby bał się, że to sen.
– Ja też nie, ale potem zrozumiałam, że to tu jestem u siebie.
Stał przede mną, z rękami w kieszeniach. Nie dotykał mnie. Nic nie mówił przez dłuższą chwilę. I wtedy zrozumiałam, że nie musi. Oboje nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Nie planowaliśmy, ale byliśmy tu. I to wystarczało.
Marta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie było nas stać na studniówkę, ale córka i tak poszła. Załamałam się, gdy wyznała, skąd wzięła na to pieniądze”
- „W Dniu Dziadka zamiast z laurką przyszłam z kwiatami na pogrzeb. Już nad trumną zaczęła się awantura o ziemię”
- „Gdy wyszło na jaw, że mój ukochany ma żonę, załamałam się. Za 9 miesięcy znów spojrzę w jego oczy”

