Reklama

Warszawa mnie zjadała. Po kawałku, cierpliwie, bez pośpiechu. Zaczęło się od niewinnego zmęczenia, takiego, które można było przeczekać przy winie i serialu. Potem przestałam spać. Praca w agencji reklamowej, którą kiedyś kochałam, stała się klatką. Klienci byli coraz bardziej bezwzględni, briefy coraz bardziej absurdalne, a mój szef zdawał się zapominać, że jestem człowiekiem, a nie AI z deadline'em.

W międzyczasie rozpadł się mój związek. Czteroletnia relacja, która miała być „tą ostatnią”. W praktyce wyglądało to jak powolne dryfowanie w stronę obojętności, a potem zdrada. Klasyka. Zastanawiałam się, czy bardziej bolało, że odszedł, czy że właściwie nie było mi już smutno. W końcu pewnego dnia w biurze, zamiast przygotowywać kolejną kampanię, kupiłam bilet do Zakopanego. Złożyłam wypowiedzenie, wynajęłam pokój w drewnianym domu z widokiem na Giewont i postanowiłam, że zniknę na chwilę z życia. Telefon zostawiłam wyciszony.

Nie miałam planu. Miałam tylko jedną myśl, która chodziła mi po głowie jak mantra: Chciałam się zgubić. Żeby nikt nie zadawał mi pytań, na które nie znałam odpowiedzi.

Zrobiło się naprawdę zimno

Wyszłam na szlak bez większego namysłu. Miałam na sobie cienką kurtkę, buty, które wyglądały turystycznie, ale nadawały się raczej do miejskiego spaceru niż górskiej wędrówki. Rano było ciepło, więc nie wzięłam nic więcej. Wydawało mi się, że przejdę się dla zasady, żeby coś zrobić ze sobą i z tym, co kotłowało mi się w głowie. Ścieżka wydawała się prosta, oznaczona, prowadząca tam, gdzie ponoć było pięknie.

Po godzinie zaczęłam marznąć. Wiatr wiał coraz mocniej, a ja zorientowałam się, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. Szłam dalej, uparcie, byle przed siebie, jakby odwrót był przyznaniem się do porażki. W pewnym momencie straciłam zasięg i znaki na drzewach przestały się zgadzać z tym, co pokazywała mi aplikacja. Poczułam panikę. Nie taką filmową, spektakularną. Raczej tę cichą, w środku, kiedy człowiek wie, że zrobił coś głupiego i nie bardzo wie, jak to odkręcić.

Zatrzymałam się, żeby pomyśleć, ale w głowie miałam tylko echo. Zrobiło się naprawdę zimno. I właśnie wtedy usłyszałam kroki. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam mężczyznę, który spokojnie schodził w moją stronę. Miał ciepłą kurtkę, plecak i twarz, którą od razu przypisałabym komuś stąd — nie było w niej pośpiechu ani niepokoju.

Zgubiłam się. Totalnie. Nie wiem nawet, gdzie miałam dojść — powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy.

— To może dobrze. Niektóre miejsca nie są warte dotarcia — odpowiedział i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

Zmarszczyłam brwi. Był zbyt spokojny jak na kogoś, kto widzi przemarzniętą kobietę na zboczu góry.

— A ty? Skąd wiesz, dokąd idziesz?

— Bo się tu zgubiłem już nie raz — odparł, jakby to była naturalna rzecz.

Zastanawiałam się, czy mogę mu ufać. Przestrzeń była otwarta, ale poczułam się, jakbym stała w zamkniętym pomieszczeniu. Nie miałam wyjścia. On natomiast wyjął termos z plecaka.

— W schronisku pół godziny stąd mają jeszcze ciepło. Chodź. Dam ci herbaty.

Nie odpowiedziałam od razu. Byłam zbyt zmęczona, żeby protestować. I zbyt zmarznięta, żeby zgrywać niezależną. Ruszyłam za nim.

Nie obiecałam, że przyjdę

Schronisko było małe, pachniało mokrą wełną i czymś przypominającym kompot z goździkami. Weszłam za nim do środka, a on skinął głową kobiecie za ladą i rzucił do niej coś, czego nie dosłyszałam. Przysunął mi krzesło przy stoliku pod oknem i zajął miejsce naprzeciwko. Czułam, jak gorąco zaczyna rozchodzić się po dłoniach i karku, ale mimo tego nie potrafiłam się rozluźnić. On natomiast wyjął termos, odkręcił go i nalał herbaty do dwóch metalowych kubków. Podał mi jeden bez słowa.

— Masz ten wzrok kogoś, kto ucieka — powiedział po chwili.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam w szybę, za którą wiatr wyginał gałęzie świerków, aż w końcu usłyszałam własny głos:

— Może. Albo po prostu kogoś, kto ma dość.

Pokiwał głową, jakby rozumiał, chociaż przecież nic o mnie nie wiedział.

— A jednak przyszłaś tu sama. To odwaga czy rezygnacja?

— To desperacja — powiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Uśmiechnął się, ale nie było w tym politowania, raczej cicha zgoda, że nie każda decyzja wymaga planu. Przez chwilę nie mówiliśmy nic. Ja trzymałam kubek obiema dłońmi, on rozsiadł się wygodnie, jakby wiedział, że nie trzeba zadawać więcej pytań. Nie przysuwał się, nie dopytywał. Po prostu siedział. I ta jego obecność, tak odmienna od wszystkiego, co znałam, była zaskakująco kojąca.

Nie pamiętam, kto zaproponował, że czas wracać. On prowadził, ja szłam krok za nim, ale bez lęku. Nie pytał, dlaczego akurat dziś wyszłam bez sensu w góry. Nie chciałam mu tego mówić, a on nie zamierzał tego wyciągać. I to było w nim najdziwniejsze. Że umiał być obok, nie będąc ciężarem.

Kiedy dotarliśmy do rozstaju, zatrzymał się i odwrócił do mnie.

— Jutro ma być słońce. Jeśli masz ochotę i wciąż nie wiesz, gdzie iść, możemy się spotkać pod tym samym szlabanem. Dziesiąta.

Nie obiecałam, że przyjdę. Kiwnęłam tylko głową.

Szliśmy w milczeniu

Wstałam później niż planowałam. Przez chwilę siedziałam na łóżku, patrząc na plecak, który leżał przy drzwiach. Nie byłam pewna, czy chcę tam iść. Nie znałam tego człowieka. Nie wiedziałam nawet, czy mam na to siłę. Ale coś mnie pchało. Może ciekawość, a może to, że po raz pierwszy od długiego czasu ktoś nie chciał ode mnie niczego więcej niż obecności. Wyszłam z domu chwilę przed dziesiątą. Stał już pod szlabanem. Nie wyglądał na kogoś, kto się niecierpliwi. Trzymał termos i złożoną mapę, jakby przygotował się bardziej ode mnie.

— Dzisiaj mam dla ciebie termos i mapę. Żeby się nie zgubić — powiedział, podając mi obie rzeczy z lekkim uśmiechem.

Wzięłam je z wahaniem.

— Dzięki. Ale wiesz… wtedy też nie chciałam znaleźć drogi.

Patrzył na mnie uważnie, bez oceniania.

— A teraz?

Zamilkłam. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Potem wzruszyłam ramionami.

— Jeszcze nie wiem.

Szliśmy w milczeniu. Czasem ktoś mijał nas na szlaku, czasem tylko wiatr poruszał trawy. On nie opowiadał historii swojego życia. Ja też nie. Ale to nie było niezręczne milczenie. Raczej takie, w którym każdy ma prawo być sam, mimo że idziemy razem. Kiedy zatrzymaliśmy się na krótką przerwę, usiedliśmy na głazie. On nalał mi herbaty i wyciągnął kawałek ciasta zawiniętego w papier. Nie mówiłam, że nie chcę. Po prostu jadłam. Czułam się, jakbym po długim czasie przestała grać rolę, której już nie rozumiałam.

Nie pytał, co robię w życiu. Nie zapytał, czy mam dzieci, partnera, plany. To, że nie musiałam tłumaczyć się z istnienia, było dla mnie czymś zaskakująco nowym. Tego dnia nie zdobyliśmy żadnego szczytu. Ot, poszliśmy kawałek lasem i wróciliśmy inną drogą. Ale coś we mnie drgnęło. Nie pokochałam go. Nie chciałam z nim układać życia. Ale czułam, że w jego obecności mogę przez chwilę przestać uciekać. I to wystarczyło.

Patrzyłam długo na telefon

Powrót był cichy. Nie opowiadałam nikomu, co się wydarzyło w górach. Nikt o to nie pytał, a ja nie miałam ochoty tłumaczyć, dlaczego kilka dni w ciszy z nieznajomym człowiekiem były dla mnie ważniejsze niż całe miesiące terapii, rozmów, maili i prób. Wracałam do rzeczywistości, która wciąż pachniała kurzem klimatyzacji w biurze, kawą z automatu i stresem, który oblepiał mnie już od wejścia do windy.

Telefon znów dzwonił zbyt często. Pojawiły się wiadomości od byłego — niektóre natarczywe, inne z pozoru niewinne. Nie odpisywałam. Praca wróciła na swoje miejsce, jakby nigdy mnie nie opuszczała. A ja robiłam swoje. Mechanicznie. Od Kacpra nie dostałam żadnej wiadomości przez tydzień. I dobrze. Nie obiecywaliśmy sobie niczego. To była tylko obecność. Kilka wspólnych kroków i cisza, której nie trzeba było zapełniać.

Aż pewnego wieczoru, kiedy siedziałam na kanapie, patrząc bezmyślnie na ekran, przyszła wiadomość. Zdjęcie. Ścieżka, którą szliśmy razem. Drzewa jeszcze zielone, słońce nisko, dokładnie tak, jak wtedy. A pod zdjęciem jedno zdanie: „Za miesiąc znów tam idę. Idziesz ze mną?”. Patrzyłam długo na telefon. Nie czułam euforii ani lęku. Raczej coś w rodzaju decyzji, która już we mnie była, tylko potrzebowała pretekstu, żeby wypłynąć na powierzchnię.

Odpisałam: „Tak. Tym razem się nie zgubię”. Nie wiedziałam, co to znaczy. Nie wiedziałam, kim dla mnie jest i czy cokolwiek z tego wyniknie. Ale czułam, że chcę iść. Że nie boję się już tak bardzo.

Czasem trzeba się zgubić

Nie wiem, co będzie dalej. Naprawdę nie wiem. Nie mam scenariusza, nie planuję zakończenia. Nie siedzę wieczorami i nie wyobrażam sobie, jak układamy sobie życie. Nie maluję w głowie obrazków, w których jesteśmy razem. I dobrze mi z tą niewiedzą. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie potrzebuję planu.

Wróciłam do pracy. Jestem w tym samym zespole, przy tym samym biurku. Ale nie jestem już tą samą osobą. Nadal męczy mnie hałas i wieczne próby bycia wystarczającą. Ale potrafię już wstać i wyjść, kiedy czuję, że zbliża się granica. Mam kilka ciepłych bluz i porządne buty. Mam też mapę, na której Kacper zaznaczył mi trasę na następny wyjazd. Nie wiem, kim dla mnie będzie. Może nikim więcej niż człowiekiem, z którym przez chwilę można było spokojnie milczeć. Może zostanie. Może odejdzie. Może jeszcze się pogubię. Ale teraz wiem, że nie każda samotność jest ucieczką. Czasem jest początkiem.

Czasem trzeba się zgubić, żeby przestać się bać. I może człowiek, który ma ciepłą herbatę, dobre buty i ciepły głos, to już całkiem niezły początek.

Klaudia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama