„Uciekłam do sanatorium przed wredną synową, bo miałam dość jej złośliwości. Wolę leżeć w borowinie niż słuchać obelg”
„Po tej rozmowie długo siedziałam na łóżku, wpatrując się w wyłączony telefon. Cisza w pokoju była gęsta, zupełnie inna niż ta kojąca, której szukałam, przyjeżdżając tu. W głowie wciąż słyszałam głos syna, obcy, szorstki, jakby mówił do kogoś zupełnie innego niż jego matka”.

- Redakcja
Pakowałam walizkę z myślą, że ten wyjazd pozwoli mi wreszcie odetchnąć. Zostawiłam w domu niedopowiedziane pretensje, chłodne spojrzenia i słowa, które bolały bardziej, niż chciałam przyznać. W sanatorium liczyłam na ciszę, zwykłe rozmowy przy herbacie i dni, w których nikt niczego ode mnie nie chce. Nie przewidziałam tylko jednego telefonu.
Jego słowa zabrzmiały jak groźba
Pierwsze dni w sanatorium były dokładnie takie, jak sobie wymarzyłam. Poranne spacery po alejkach pachnących sosnami, zabiegi, po których czułam przyjemne zmęczenie, i długie rozmowy przy stoliku w jadalni. Nikt nie pytał, dlaczego jestem smutna. Nikt nie oceniał. Byłam tylko jedną z wielu kobiet w kapciach, z kubkiem herbaty w dłoni.
– Pani tu pierwszy raz? – zagadnęła mnie Helena, drobna blondynka z sąsiedniego pokoju.
– Tak. I mam nadzieję, że nie ostatni – odpowiedziałam szczerze.
Uśmiechnęła się porozumiewawczo, jakby wiedziała, że każdy z nas przyjechał tu nie tylko dla zdrowia. Ja przyjechałam, żeby przestać w kółko analizować jedno zdanie synowej, jej zaciśnięte usta i to, jak mój syn milczał, gdy mówiła rzeczy, których nie potrafiłam zapomnieć. Telefon przez dwa dni leżał nietknięty. Celowo nie sprawdzałam połączeń. Bałam się, że jedno spojrzenie na ekran cofnie mnie do kuchni mojego mieszkania, gdzie napięcie wisiało w powietrzu.
Trzeciego dnia, tuż po kolacji, aparat zawibrował. Na wyświetlaczu zobaczyłam imię syna. Serce zabiło mi szybciej, choć próbowałam się uspokoić.
– Mamo, musimy porozmawiać – powiedział bez przywitania.
– Jestem w sanatorium. Czy to nie może poczekać? – zapytałam cicho, wychodząc na korytarz.
– Nie. Sprawa jest poważna – odparł sztywno. – Asia jest bardzo zdenerwowana. Powiedziała, że jeśli jej nie przeprosisz, ograniczymy kontakty.
Oparłam się o zimną ścianę. Przez chwilę nie mogłam wydobyć głosu.
– Za co mam przepraszać? – wyszeptałam. – Za to, że powiedziałam, co czuję?
– Mamo, nie komplikuj. Albo spróbujesz się dogadać, albo… – urwał.
To niedopowiedziane „albo” zabrzmiało jak groźba. Po raz pierwszy poczułam, że ten wyjazd może nie być ucieczką, tylko przystankiem przed czymś trudniejszym.
Bałam się zostać sama
Po tej rozmowie długo siedziałam na łóżku, wpatrując się w wyłączony telefon. Cisza w pokoju była gęsta, zupełnie inna niż ta kojąca, której szukałam, przyjeżdżając tu. W głowie wciąż słyszałam głos syna, obcy, szorstki, jakby mówił do kogoś zupełnie innego niż jego matka. Następnego dnia na śniadaniu Helena spojrzała na mnie uważnie.
– Coś się stało. Wczoraj była pani inna – zauważyła bez ogródek.
Zawahałam się, ale nagle poczułam, że muszę to z siebie wyrzucić.
– Mój syn… postawił mi warunek – powiedziałam cicho. – Mam przeprosić jego żonę, inaczej zerwą ze mną kontakt.
– A jest za co? – zapytała spokojnie.
To pytanie uderzyło mnie najmocniej. Przed oczami stanęła mi scena sprzed miesiąca. Siedzieliśmy przy stole, a synowa z lodowatym spokojem oznajmiła, że „powinnam znać swoje miejsce”. Kiedy zaprotestowałam, uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że przesadzam. Syn milczał.
– Powiedziałam jej wtedy, że rani mnie jej sposób mówienia – odpowiedziałam. – I że nie pozwolę się tak traktować.
Helena pokiwała głową.
– To brzmi jak postawienie granicy, a nie jak obraza.
Po południu znów zadzwonił syn. Tym razem nie odebrałam od razu. Spacerowałam wolno po parku, licząc kroki. W końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę.
– Podjęłaś decyzję? – zapytał od razu.
– Potrzebuję czasu – odpowiedziałam. – Nie mogę przepraszać za coś, co było prawdą.
Zapadła cisza.
– Mamo, jeśli tak, to nie przyjeżdżaj do nas przez jakiś czas – powiedział chłodno. – Asia nie chce konfliktu.
Rozłączył się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Stałam chwilę bez ruchu, a potem usiadłam na ławce. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że mogę zostać sama. I że może właśnie tego najbardziej się boję.
Nie chciałam rezygnować z siebie
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W sanatoryjnym pokoju wszystko było takie samo jak wcześniej, a jednak czułam się tak, jakbym znalazła się w obcym miejscu. Słowa syna wracały uparcie. „Nie przyjeżdżaj do nas”. Brzmiało to jak kara, a jednocześnie jak decyzja podjęta bez mojego udziału.
Następnego dnia zrezygnowałam z jednego zabiegu. Zamiast tego poszłam do kawiarni przy parku. Usiadłam przy stoliku pod oknem i zamówiłam herbatę. Obserwowałam ludzi, którzy śmiali się, rozmawiali, trzymali za ręce. Pomyślałam, że ja przez całe życie starałam się, żeby w rodzinie było spokojnie. Zawsze ustępowałam pierwsza.
– Mogę się dosiąść? – zapytała Helena, trzymając tacę.
– Oczywiście – skinęłam głową.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu.
– Wie pani – zaczęła ostrożnie – ja kiedyś też bałam się, że stracę syna. I dlatego milczałam. A potem zorientowałam się, że milczenie też jest wyborem.
Te słowa zapadły mi głęboko w pamięć. Po południu zadzwoniła córka mojego kuzyna, z którą rzadko rozmawiałam. Pytała, jak się czuję. Po raz pierwszy od dawna opowiedziałam komuś wszystko, bez łagodzenia, bez usprawiedliwiania syna.
– Masz prawo do szacunku – powiedziała spokojnie. – Nawet jeśli to trudne dla twojego syna.
Wieczorem znów spojrzałam na telefon. Nie było żadnych nowych połączeń. I nagle dotarło do mnie, że od kilku godzin nie czuję już tego ścisku w żołądku. Zamiast niego pojawiło się coś innego. Cicha, nieśmiała myśl, że może nie muszę wybierać między godnością a miłością.
Nie cofnęłam się ani o krok
Kilka dni później dostałam kartkę z recepcji, że mam telefon. Zeszłam na dół z uczuciem, jakby ktoś ścisnął mi gardło. Wiedziałam, kto dzwoni. Tym razem to nie był syn.
– Dzień dobry – odezwał się znajomy, kobiecy głos. – Tu Asia.
Przez moment milczałam, zbierając myśli.
– Słucham – odpowiedziałam w końcu.
– Uważam, że to wszystko poszło za daleko – zaczęła szybko. – Marek jest między nami, a ja nie chcę ciągłych napięć. Powinna pani zrozumieć, że teraz to my jesteśmy rodziną.
Te słowa, choć wypowiedziane spokojnie, zabolały bardziej niż krzyk.
– Rozumiem, że jesteście rodziną – powiedziałam wolno. – Ale ja też nią jestem. I nie zgadzam się na rozmowy, po których czuję się gorsza.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Nie o to mi chodziło… – westchnęła. – Po prostu oczekuję przeprosin.
Zamknęłam oczy. Przez głowę przemknęły mi lata, w których przepraszałam, by było ciszej. Tym razem jednak poczułam coś nowego.
– Nie przeproszę za to, że powiedziałam o swoich uczuciach – odpowiedziałam spokojnie. – Ale mogę porozmawiać, jeśli będziemy się słuchać nawzajem.
– Muszę to przemyśleć – rzuciła chłodno i się rozłączyła.
Wieczorem spotkałam Helenę na korytarzu.
– I jak? – zapytała.
– Po raz pierwszy nie cofnęłam się ani o krok – powiedziałam z lekkim zdziwieniem.
Uśmiechnęła się.
– To widać. Chodzi pani inaczej.
Tej nocy spałam głęboko. Nie wiedziałam, jak potoczą się relacje z synem i jego żoną, ale wiedziałam jedno. Przestałam być tylko tłem w cudzym życiu. A to dawało mi spokój, którego nie znalazłam nawet tutaj, dopóki nie odważyłam się odezwać.
Przestałam się bać samotności
Telefon zadzwonił dzień przed moim wyjazdem z sanatorium. Tym razem nie musiałam patrzeć na wyświetlacz, żeby wiedzieć, że to Marek. Odebrałam spokojnie, bez tego znanego drżenia w dłoniach.
– Mamo… – zaczął niepewnie. – Dużo myślałem.
– Ja też – odpowiedziałam cicho.
Opowiedział, że Asia płakała po naszej rozmowie, ale pierwszy raz nie obwiniała tylko mnie. Powiedziała mu, że boi się, że nigdy mnie nie przekona do siebie. A on zrozumiał, że pozwolił, by konflikt urósł, bo łatwiej było naciskać na mnie niż stanąć pośrodku.
– Nie chcę wybierać stron – powiedział. – Chcę, żebyśmy wszyscy spróbowali jeszcze raz. Bez ultimatum.
Milczałam chwilę, ważąc każde słowo.
– Spróbuję – odpowiedziałam w końcu. – Ale nie kosztem siebie.
Zgodził się. Nie entuzjastycznie, nie z ulgą, raczej z ostrożnością. I to wystarczyło. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że rozmawiamy jak dorośli ludzie, a nie jak ktoś, kto musi zasłużyć na miejsce w cudzym życiu.
Kiedy wróciłam do domu, nie pobiegłam od razu z wizytą. Dałam sobie czas. Asia zadzwoniła po tygodniu. Rozmowa była krótka, oszczędna w słowach, ale bez chłodu. Ustaliliśmy spotkanie. Bez wystawnego obiadu, bez napiętej atmosfery. Po prostu rozmowa przy kawie.
Nie wiem, czy będziemy blisko. Wiem natomiast, że przestałam się bać samotności. Sanatorium nie uleczyło relacji, ale uleczyło coś we mnie. Nauczyło mnie, że spokój nie zawsze przychodzi z ustępstw, czasem rodzi się wtedy, gdy wreszcie przestajemy się cofać.
Zofia, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek robiłem remont kuchni u teściowej. Zamiast słodkich pączków dostałem gorzkie żale i pretensje”
- „Mąż żałował na serwis okien i wciąż odkręcał kaloryfery. W końcu pozbyłam się darmozjada i uszczelniłam domowy budżet”
- „Byłam taka szczęśliwa, gdy w walentynki mąż zaskoczył mnie różami. Szkoda, że nie tylko dla mnie był taki słodziutki”

