Reklama

Mieszkanie po śmierci żony ucichło tak bardzo, że zacząłem słyszeć własne myśli. Gotowałem jak dawniej, tylko porcje były mniejsze, a rozmowy kończyły się, zanim się zaczęły. Zima w starym bloku ciągnęła chłodem po klatce, ludzie mijali się bez słowa. Kiedy dowiedziałem się o awarii ogrzewania u sąsiadów, poczułem odruch, którego dawno nie znałem – potrzebę, by komuś podać talerz gorącej zupy i na chwilę przestać być sam.

Było mi jej szkoda

Zaproponowałem jej tę zupę trochę odruchowo, trochę z potrzeby, której nie umiałem nazwać. Spotkaliśmy się na klatce schodowej, kiedy wracała z pracy, owinięta w gruby płaszcz, z policzkami zaczerwienionymi od zimna.

– U mnie wciąż ciepło – powiedziałem, zanim zdążyłem się zastanowić. – Jeśli chcesz, możesz wpaść na talerz gorącej zupy. Nic wielkiego.

Popatrzyła na mnie przez chwilę, jakby ważyła, czy wypada. Skinęła głową.

Chętnie. Naprawdę. Bo u mnie… – urwała i machnęła ręką, jakby reszta nie była warta tłumaczenia.

Usiadła przy stole, tym samym, przy którym przez lata jadłem z żoną. Zawsze uważałem go za zbyt duży dla jednej osoby. Teraz nagle przestał taki być. Postawiłem przed Beatą talerz, a ona ujęła łyżkę ostrożnie, jakby była u kogoś na chwilę, nie chcąc zostawić po sobie śladu.

Dobra – powiedziała po pierwszej łyżce. – Naprawdę dobra.

To jedno słowo wystarczyło, żebym poczuł coś znajomego. Kiedyś też tak było – gotowanie miało sens dopiero wtedy, gdy ktoś siedział naprzeciwko. Zauważyłem, że rozgląda się po mieszkaniu, ale dyskretnie, bez wścibstwa. Jej ramiona, wcześniej napięte, powoli opadały, jakby ciepło robiło swoje.

Dziwnie tu cicho – rzuciła z lekkim uśmiechem.

– Przyzwyczaiłem się – odpowiedziałem szybciej, niż chciałem.

Jedliśmy w spokoju. Między jedną łyżką a drugą padło kilka zdań o pracy, o awarii, o tym, że administracja obiecała coś „na dniach”. Zwyczajne rzeczy. A jednak czułem, jakby w kuchni zrobiło się gęściej, jakby powietrze nabrało znaczenia.

Kiedy skończyła, podziękowała, założyła buty i już przy drzwiach odwróciła się jeszcze raz.

– Jeśli można… może jeszcze kiedyś przyjdę? – zapytała, jakby mimochodem.

– Pewnie – odpowiedziałem. – Drzwi są dla ciebie otwarte.

Zostałem sam, patrząc na dwa puste talerze. Jeszcze ciepłe. Jeszcze tak znajome.

Stała się częstym gościem

Nie minęło wiele czasu, a Beata znów zapukała. Tym razem już bez wahania. Zdjęła buty, jakby robiła to od dawna, powiesiła bluzę na tym samym haczyku i weszła do kuchni, zanim zdążyłem ją zaprosić.

– Znowu u mnie zimno – rzuciła. – U ciebie zawsze tak przyjemnie.

„U ciebie” zabrzmiało dziwnie dobrze. Zacząłem gotować więcej, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Sprzątałem wcześniej, przestawiałem krzesła, pilnowałem, żeby chleb był świeży. Tłumaczyłem sobie, że to nic nie znaczy – przecież pomagałem sąsiadce, a nie zmieniałem życia.

– Nie musisz się tak starać – powiedziała któregoś wieczoru, widząc dwie potrawy na stole.

– I tak bym gotował – skłamałem bez wysiłku.

Przychodziła po pracy, czasem w sobotę „na chwilę”. Ta chwila rozciągała się na godziny. Opowiadała o biurze, o ludziach, z którymi pracowała, o zmęczeniu. Słuchałem uważnie, bardziej niż kogokolwiek od lat. Zauważyłem, że mój dzień zaczyna się kręcić wokół pytania, czy dziś zajrzy. Kiedy nie przychodziła, robiło mi się nieswojo, jakbym zapomniał o czymś ważnym.

– Marian, ty chyba wcale nie wychodzisz – zaśmiała się raz. – Zawsze tu jesteś.

– Ktoś musi pilnować kuchni – odpowiedziałem żartem, choć w środku poczułem ukłucie.

Coraz częściej łapałem się na tym, że planuję zakupy pod nią, a nie pod siebie. Racjonalizowałem to, mówiąc, że awaria się przeciąga, że jej ciężko, że to przecież tylko gościnność. A jednak, gdy zamykałem drzwi po jej wyjściu, cisza wracała cięższa niż wcześniej. Zrozumiałem, że mój nastrój zależy od jej kroków na korytarzu. To zaczynało być niebezpieczne.

Była mi coraz bliższa

Z czasem rozmowy zaczęły się skracać, jakby nie były już potrzebne. Siedzieliśmy obok siebie przy stole albo na krzesłach w kuchni i milczeliśmy w sposób, który nie ciążył. Przynajmniej mnie. Beata potrafiła patrzeć w okno przez dłuższą chwilę, a ja udawałem, że zajmuje mnie herbata, choć tak naprawdę chłonąłem sam fakt jej obecności.

Dobrze mi tu u ciebie – powiedziała kiedyś cicho. – Tak… spokojnie.

To jedno zdanie wracało do mnie godzinami. Spokojnie. Czy to znaczyło tylko tyle, że było ciepło i cicho? Czy może coś, czego bałem się nazwać? Zdarzało się, że śmialiśmy się nagle, z byle czego. Z jakiegoś słowa, z nieporadnej historii. Ten śmiech zostawał ze mną długo po tym, jak zamykałem za nią drzwi. Chodziłem po mieszkaniu, poprawiałem rzeczy, których nie trzeba było poprawiać, jakbym chciał zatrzymać ten dźwięk na dłużej.

Coraz częściej zadawałem sobie pytania, na które nie chciałem znać odpowiedzi. Czy ona też czeka na te wieczory? Czy to dla niej coś więcej niż przystanek między pracą a zimnym mieszkaniem? Patrzyłem na jej gesty, próbowałem czytać między wierszami.

Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – rzuciła raz, zakładając płaszcz.

Uśmiechnąłem się, ale w środku coś drgnęło. „Bez ciebie”. To brzmiało jak obietnica, choć pewnie było tylko wdzięcznością. Bałem się zapytać, bałem się postawić sprawy jasno. Lepiej było trwać w tym zawieszeniu, niż ryzykować, że to wszystko się skończy. Czułem, jak rośnie we mnie rozdźwięk. Ja byłem coraz bliżej, ona – jakby stała w miejscu. A jednak wciąż przychodziła. I to wystarczało, żebym odkładał prawdę na później.

Ogrzewanie wróciła, a ona nie

Dowiedziałem się przypadkiem. Na klatce, przy skrzynkach, ktoś z administracji zostawił kartkę o zakończeniu prac. Ogrzewanie przywrócone. Przeczytałem to zdanie dwa razy, a potem jeszcze raz, jakby miało zmienić znaczenie. Kartka wisiała krzywo, na taśmie, zupełnie obojętna wobec tego, co właśnie poruszyła.

Tego wieczoru Beata przyszła później niż zwykle. Już nie weszła z marszu do kuchni, już nie zachowywała się tak swobodnie. Usiadła, ale nie zdjęła swetra.

– Wiesz – zaczęła, mieszając łyżką w kubku – u mnie w końcu zrobiło się ciepło.

– Tak – odpowiedziałem. – Widziałem ogłoszenie.

Zapadła cisza inna niż dotąd. Krótsza, niecierpliwa. Zauważyłem, że je szybciej, jakby gdzieś się spieszyła.

– Pewnie będę teraz rzadziej wpadać – dodała, patrząc w bok. – Trochę się wszystko poprzestawiało.

Kiwnąłem głową. Powiedziałem, że rozumiem. Powiedziałem dokładnie to, co należało powiedzieć. Tylko że od tego wieczoru zacząłem liczyć. Dni między wizytami. Minuty rozmów. Słowa, które już nie chciały się rozciągać.

Przychodziła jeszcze kilka razy, ale „na moment”. Bez tamtego śmiechu, bez zostawania. Coraz częściej zostawiałem jedzenie nietknięte, czekając na dźwięk dzwonka, który nie nadchodził. A potem już nie przyszła wcale. Zrozumiałem to w kuchni, stojąc nad garnkiem z daniem dla dwóch osób. Ogrzewanie działało, grzejniki były gorące, a ja w środku marzłem bardziej niż wcześniej.

Miałem tylko złudzenia

Została cisza, ale inna niż ta sprzed miesięcy. Bardziej wyraźna, bez złudzeń. Przez kilka dni jeszcze nasłuchiwałem kroków na korytarzu, chociaż wiedziałem, że to bez sensu. Dzwonek milczał, telefon też. Nie było wielkiego pożegnania ani wyjaśnienia. Po prostu przestała być obecna, jakby nigdy nie siedziała przy moim stole.

Wracałem myślami do każdej rozmowy, do każdego uśmiechu. Sprawdzałem je w pamięci, jakby dało się znaleźć tam coś, co przeoczyłem. W końcu dotarło do mnie, że to ja dopisywałem ciąg dalszy. Że jej wdzięczność zamieniłem w nadzieję, a własną samotność w historię o bliskości. Beata nie zrobiła nic złego. Przyszła po ciepło – takie najprostsze, z kaloryfera i z garnka. To ja chciałem, żeby znaczyło więcej.

Któregoś wieczoru ugotowałem zupę tylko dla siebie. Jedną porcję. Bez czekania. Usiadłem przy stole i po raz pierwszy od dawna nie miałem pretensji do ciszy. Zrozumiałem, że nie ludzie odchodzą bez słowa. To złudzenia wychodzą pierwsze, kiedy przestają mieć powód, żeby zostać.

Marian, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama