Reklama

Walizki stały już w przedpokoju, pachniały nowością i obietnicą śniegu. W głowie układałam ostatnie elementy układanki: paszporty, rezerwacja w tym absurdalnie drogim hotelu w Livigno, nowe narty Huberta. Mieliśmy świętować pięć lat małżeństwa.

Chciałam go zaskoczyć

Zawsze byłam tą zorganizowaną. Tą, która ma plan A, plan B, a w torebce nosi zapasowe baterie do planu C. Nasz wyjazd w Alpy nie był wyjątkiem. To nie była zwykła wycieczka na narty; to miał być Projekt Odnowa. Przez ostatnie pół roku czułam, że Hubert dryfuje. Był obecny ciałem, ale duchem błądził gdzieś, gdzie nie miałam wstępu. Tłumaczył to pracą, fuzją w firmie, stresem, rynkiem, inflacją – czymkolwiek, co akurat brzmiało wiarygodnie.

Kupiłam nam karnety, zarezerwowałam apartament z widokiem na ośnieżone szczyty i prywatnym jacuzzi, a nawet zapisałam nas na kurs win włoskich. Wydałam na to oszczędności, które odkładałam na „czarną godzinę”. Cóż, czarna godzina właśnie nadchodziła, ale nie w formie lawiny śnieżnej. Hubert wrócił do domu późno. Pachniał dziwnie – biurowym klimatyzatorem i czymś słodkim, czego nie potrafiłam zidentyfikować. Był nerwowy. Chodził po mieszkaniu jak tygrys w klatce, co chwilę sprawdzając telefon.

– Spakowana? – rzucił w przelocie, nie patrząc mi w oczy.

– Od dwóch dni – uśmiechnęłam się, próbując złapać jego wzrok. – Cieszysz się?

– Taa, jasne. Będzie super. Muszę wziąć prysznic.

Nie chciałam tego widzieć

Hubert poszedł pod prysznic, a jego telefon został na wyspie kuchennej. Nie jestem typem zazdrośnicy, która szpera w wiadomościach. Szanowałam jego prywatność, tak jak on szanował moją, ale technologia ma to do siebie, że bywa bezlitosna.

Mieliśmy zsynchronizowane tablety. Hubert kupił nowego iPada miesiąc wcześniej i najwyraźniej w pośpiechu nie wylogował się z chmury na starym urządzeniu, które leżało na kanapie, służąc mi do sterowania muzyką. „Bing”. Ekran rozświetlił się w półmroku salonu. Natalia z marketingu: „Nie mogę się doczekać, aż jej powiesz. Pamiętaj, obiecałeś, że po powrocie z gór będziesz już tylko mój. Tęsknię za Twoim dotykiem z wczoraj…”.

Czas dosłownie stanął w miejscu. To nie jest metafora literacka – naprawdę przestałam słyszeć szum wody pod prysznicem, buczenie lodówki, własny oddech. Wzięłam tablet do ręki. Dłonie mi drżały tak bardzo, że ledwo trafiłam palcem w ikonę wiadomości. To nie była jedna wiadomość. To była cała saga. Miesiące rozmów, zdjęcia, plany. Żarty z moich prób ratowania małżeństwa.

„Ona znowu kupiła jakąś bieliznę, myśli, że to coś zmieni” – napisał Hubert dwa tygodnie temu. „Biedna Iwona, nawet mi jej szkoda. Ale ty jesteś mój” – odpisała Natalia.

Udawał niewinnego

Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. To było fizyczne uderzenie, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Wszystkie te nadgodziny, te wyjazdy szkoleniowe, te nagłe spotkania zarządu… Wszystko było kłamstwem. Całe moje życie z ostatnich miesięcy było teatrem jednego aktora, a ja byłam jedynym widzem, który nie wiedział, że to komedia, a nie dramat.

Woda przestała szumieć. Hubert wyszedł z łazienki, wycierając włosy ręcznikiem. Wyglądał tak normalnie. Mój mąż, człowiek, z którym planowałam dziecko. Człowiek, który właśnie planował mnie zostawić, ale najpierw chciał pojechać za moje pieniądze na narty, żeby złagodzić cios.

– Coś się stało? – zapytał, widząc moją twarz. Stałam na środku salonu z tabletem w dłoni.

– Natalia z marketingu tęskni za twoim dotykiem z wczoraj – powiedziałam. Mój głos brzmiał obco. Był zimny, metaliczny, wyprany z emocji.

Hubert zbladł. To był ten moment, kiedy krew odpływa z twarzy tak szybko, że skóra staje się niemal przezroczysta.

– Iwona… – zaczął standardową śpiewkę każdego zdrajcy.

– Obiecałeś jej, że po powrocie z gór będziesz tylko jej. Więc po co w ogóle chcesz ze mną jechać? Żebyśmy wypili ostatnie wino nad grobem naszego małżeństwa?

Zaczęła się awantura

To była brutalna, słowna rzeź. Hubert przeszedł od zaprzeczania, przez bagatelizowanie, aż do ataku.

– Wynoś się – powiedziałam cicho.

– Co? Jutro wyjeżdżamy. Wszystko jest opłacone – prychnął. Bezczelność tego człowieka nie znała granic.

– Ja wyjeżdżam. Ty się pakujesz i idziesz do Natalii albo do matki. Nic mnie to obchodzi, ale jeśli rano zastanę cię w tym mieszkaniu, te zdjęcia z tabletu trafią do każdego członka zarządu twojej firmy.

Wyszedł. Trzasnął drzwiami tak mocno, że spadł obrazek ze ściany. Zostałam sama w ciszy, która dzwoniła w uszach. Siedziałam na podłodze, oparta o walizkę, i piłam wino z gwinta. Była pierwsza w nocy. Za pięć godzin miałam ruszać w trasę sama, do apartamentu dla nowożeńców.

Płakałam tak bardzo, że brakowało mi tchu. I wtedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się „Teściowa”. Kobieta z żelaza. Zawsze elegancka, zawsze krytyczna. Bałam się jej. Tolerowałam ją dla Huberta. Odebrałam, nie wiem dlaczego. Może chciałam usłyszeć, że to moja wina?

– Hubert jest u mnie – powiedziała bez powitania. Jej głos był suchy. – Powiedział, że oszalałaś i wyrzuciłaś go z domu przed wyjazdem. Że masz urojenia.

Postanowiła za mnie

Zaśmiałam się. To był histeryczny, pijacki śmiech.

– Urojenia? Twój syn śpi ze stażystką od pół roku i obiecał jej, że zostawi mnie po powrocie z Alp. Mam dowody na piśmie. Chcesz, to ci prześlę screenshoty.

Zapadła cisza. Długa, ciężka cisza.

– Prześlij – powiedziała krótko.

Wysłałam. Czekałam minutę. Dwie. Telefon zadzwonił ponownie.

– Co za idiota – syknęła. Nigdy, przenigdy nie słyszałam, żeby tak mówiła o swoim synku. – Ten niewdzięczny gówniarz. Czy rezerwacja jest bezzwrotna?

– Tak – chlipnęłam. – Wszystko opłacone. Hotel, skipassy, spa.

– Nie będziesz tam siedzieć sama i płakać w poduszkę – zdecydowała. – O której wyjazd?

– O szóstej rano.

– Będę o 5:30. Pakuję narty. Jedziemy.

– Słucham?! – omal nie upuściłam telefonu.

– Jedziemy, dziecko. Hubert zostaje na kanapie w moim salonie, a ja jadę z tobą. Zawsze chciałam zobaczyć Livigno zimą. I musimy się napić.

Pojechałyśmy razem

Kiedy teściowa wsiadła do mojego auta o 5:30, nie wyglądała jak typowa polska teściowa. Miała na sobie designerskie futro, sztuczne, ale wyglądające na milion dolarów, wielkie ciemne okulary i trzymała w ręku termos.

– Kawy z prądem? – zapytała, zapinając pasy.

– Prowadzę – bąknęłam, wciąż w szoku.

– To dla mnie. Ty prowadzisz, ja nawiguję i klnę na mojego syna.

Droga przez Niemcy i Austrię była surrealistyczna. Przez pierwsze dwie godziny panowała sztywna atmosfera, ale gdzieś w okolicach Monachium, kiedy teściowa opróżniła połowę termosu, tama pękła.

– Zawsze wiedziałam, że on ma słaby charakter – mruknęła, patrząc na alpejskie krajobrazy. – Po ojcu. Mój mąż też był taki łasy na nowości. Myślałam, że wychowałam Huberta lepiej, że wpoiłam mu zasady.

– Hubert mówił, że zawsze był twoim oczkiem w głowie – powiedziałam ostrożnie.

– Był, bo matka kocha bezwarunkowo, ale to nie znaczy, że jest ślepa. Widziałam, jak cię traktuje, jak traktuje dom jak hotel. Milczałam, bo nie chciałam być wredną teściową, która się wtrąca, ale zdrada? I to w taki sposób? Przed rocznicą? To jest brak klasy. A braku klasy nie wybaczam.

Chwytała życie

Wtedy zrozumiałam, że teściowa nie jest moim wrogiem. Jest kobietą, która też kiedyś została zraniona i która właśnie patrzy na porażkę swojego wychowania. Poczułam do niej dziwną nić sympatii. Do Livigno dotarłyśmy wieczorem. Apartament był obłędny. Wielkie łoże małżeńskie, kominek, taras.

– No cóż – teściowa rozejrzała się po pokoju. – Ja biorę lewą stronę łóżka. Hubert chrapie, mam nadzieję, że ty nie.

Rozpakowałyśmy się i poszłyśmy do hotelowego baru. To, co wydarzyło się przez następny tydzień, nadaje się na scenariusz filmu. Hubert dzwonił, pisał, błagał. „Przepraszam”, „To pomyłka”, „Wróćcie”.

Teściowa wzięła mój telefon, przeczytała jedną z wiadomości, po czym nagrała mu wiadomość głosową: „Synu, jesteśmy zajęte. Właśnie zamawiamy drugą butelkę szampana, a Iwona uczy się włoskiego z barmanem. Nie dzwoń, bo blokujemy numer. I nakarm kota, jeśli jeszcze pamiętasz, gdzie stoi miska”.

Okazało się, że moja teściowa to bestia na stoku. Kobieta po sześćdziesiątce jeździła szybciej i pewniej niż ja. Kiedy ja walczyłam o życie na czarnej trasie, ona robiła eleganckie skręty.

Nie krępowała się

Trzeciego dnia poznałyśmy Marco. Był instruktorem narciarstwa, miał około czterdziestki i uśmiech, który mógłby topić lodowce.

– Signora Barbara! – wołał, kiedy zjeżdżałyśmy pod wyciąg.

Teściowa flirtowała z nim bezwstydnie.

– Widzisz? – szepnęła mi, gdy siedziałyśmy w gondoli. – Życie się nie kończy, gdy facet okazuje się idiotą. Życie się wtedy dopiero zaczyna, bo pozbywasz się balastu.

Wieczory były najbardziej intensywne. Siedziałyśmy w jacuzzi na tarasie, z widokiem na gwiazdy, popijając wino. Opowiedziała mi historię swojego małżeństwa. O tym, jak ojciec Huberta odszedł do młodszej, jak została sama z małym dzieckiem i firmą, którą musiała ratować. Zobaczyłam w niej nie teściową, ale silną, zranioną i niesamowicie mądrą kobietę.

– Nie wracaj do niego – powiedziała mi piątego dnia, gdy leżałyśmy na leżakach w strefie wellness. – Będzie błagał, będzie przynosił kwiaty. Jego ego ucierpiało bardziej niż serce. On nie kocha ciebie, on kocha wygodę, którą mu dajesz. Ta Natalia to kaprys. Znudzi mu się za miesiąc, wtedy będzie chciał wrócić do mamusi-żony. Nie pozwól. Jesteś na to za dobra.

Rozpłakałam się, ale to nie były łzy rozpaczy. To były łzy ulgi. Usłyszeć to od jego matki? To było jak ostateczne rozgrzeszenie. Jak pozwolenie na bycie egoistką.

Podziwiałam ją

Ostatni wieczór spędziłyśmy w klubie. Było głośno, duszno i wspaniale. W pewnym momencie podszedł do nas jakiś młody Włoch i zaprosił teściową do tańca. Myślałam, że odmówi, że uzna to za niestosowne.

– Potrzymaj mi torebkę – rzuciła i ruszyła na parkiet.

Tańczyła tak, że ludzie robili jej miejsce. Śmiała się. Była wolna. Ja stałam przy barze, sącząc wino i patrzyłam na nią z podziwem. Wtedy dostałam ostatnią wiadomość od Huberta. Zdjęcie pustego mieszkania i podpis: „Bez Ciebie jest tu pusto. Kocham Cię”. Spojrzałam na telefon, potem na tańczącą teściową. Odpisałam: „To nie jest już 'nasze mieszkanie. To mieszkanie, z którego się wyprowadzam. A twoja matka właśnie pije szoty z Włochami i mówi, że jesteś największym błędem jej genetyki”. Zablokowałam numer.

Droga powrotna była inna. Byłyśmy zmęczone, ale czułam spokój. Z teściową ustaliłyśmy plan działania. Ona pomoże mi znaleźć prawnika i pomoże mi z podziałem majątku.

– Zniszczę go w sądzie, jeśli będzie trzeba – obiecała, gryząc kanapkę na stacji benzynowej. – Należy ci się połowa wszystkiego. A nawet więcej za straty moralne.

Pomogła mi

Kiedy podjechałyśmy pod mój blok. Hubert czekał na klatce z kwiatami. Wyglądał żałośnie. Nieogolony, wymięty. Teściowa wysiadła pierwsza. Podeszła do niego, wzięła bukiet róż i wrzuciła go do kosza na śmieci stojącego obok.

– Do domu – powiedziała tonem, który nie znosił sprzeciwu. – Mamy do pogadania o twoim braku kręgosłupa. A Iwona teraz wejdzie na górę, spakuje resztę swoich rzeczy i pojedzie do hotelu, który jej opłacisz. Zrozumiano?

– Mamo… – jęknął.

– Nie „mamuj” mi tutaj. Jazda.

Spojrzałam na niego ostatni raz. Nie czułam już złości. Czułam litość. Był małym chłopcem, który zepsuł zabawkę i myślał, że płaczem ją naprawi.

– Dziękuję za wyjazd – powiedziałam, ignorując Huberta.

Podeszła i przytuliła mnie mocno.

– To ja dziękuję, córeczko. Pamiętaj, co ci mówiłam. Głowa do góry. I zadzwoń do mecenasa w poniedziałek rano.

Został z niczym

Minął rok. Jestem po rozwodzie. Hubert próbował walczyć, ale przy wsparciu teściowej i jej prawnika, został z niczym, poza kredytem na auto i Natalią, która – jak przewidziała teściowa – zostawiła go po dwóch miesiącach dla kogoś z zarządu.

Mieszkam teraz w mniejszym mieszkaniu, ale jest ono moje. Mam spokój. I mam przyjaciółkę. W każdy pierwszy piątek miesiąca spotykam się z moją byłą teściową – teraz dla mnie Barbarą – na wino. Nie rozmawiamy o Hubercie. Rozmawiamy o książkach, o moich randkach i planujemy kolejny wyjazd.

Tym razem Dolomity. Bez facetów, tylko my, narty i świadomość, że czasami najgorsza zdrada w życiu może przynieść najbardziej niespodziewany sojusz. Patrząc wstecz, wiem jedno: straciłam męża, który nie był mnie wart, ale zyskałam rodzinę, której nigdy się nie spodziewałam. To była dobra wymiana. Życie pisze najlepsze scenariusze. Trzeba tylko mieć odwagę, by w nich zagrać główną rolę.

Iwona, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama