Reklama

Nigdy nie byłem typem marzyciela, co to codziennie obstawia kupony z nadzieją na odmianę losu. Totka puściłem z nudów, stojąc w kolejce po mleko i chleb. Ot, taka zachcianka chwili. Gdy później sprawdziłem wyniki, serce dosłownie mi stanęło. Szóstka. Wszystkie liczby się zgadzały. Miliony na koncie. Przez kilka godzin chodziłem po mieszkaniu w szoku, nie mogąc zebrać myśli. To miała być tajemnica, coś mojego, dopóki nie ogarnę, co z tym zrobić. Niestety, w chwili słabości, powiedziałem o wszystkim rodzinie. I wtedy właśnie zaczęła się zupełnie inna gra. Taka, na którą nie byłem gotowy.

Kupon nie kłamał

Był zwyczajny piątek. Wróciłem z pracy zmęczony, z głową pełną niedokończonych spraw i listą zakupów w telefonie. W drodze do domu wstąpiłem do osiedlowego spożywczaka, wziąłem bułki, mleko i… skusiłem się na kupon Lotto. Sprzedawczyni, starsza pani z wiecznie rozmazanym tuszem do rzęs, rzuciła z uśmiechem:

– Może dziś panu szczęście dopisze.

Parsknąłem pod nosem i schowałem kupon do portfela, nie przywiązując do tego żadnej wagi. W domu rzuciłem siatki na blat i włączyłem telewizor. Wieczorne losowanie leciało w tle. Usiadłem na kanapie z piwem i wtedy, zupełnie bez emocji, wyjąłem kupon. Patrzyłem na ekran. Pierwsza liczba – pasuje. Druga – też. Serce zaczęło mi bić szybciej. Trzecia, czwarta, piąta… Szósta.

Wszystkie się zgadzały. Znieruchomiałem. Czułem, jak pot zalewa mi plecy. Sprawdzałem te liczby jeszcze kilka razy, każdą z osobna, każdą kombinację. Wszystko się zgadzało. Nie mogłem w to uwierzyć. Trzymałem w ręku kartkę, która nagle warta była więcej niż moje mieszkanie, samochód i wszystkie oszczędności razem wzięte. To była wygrana życia. I wtedy właśnie po raz pierwszy poczułem strach.

Nie chciałem im tego mówić

Nie planowałem nikomu o tym mówić. Serio. Chciałem najpierw pójść do kolektury, upewnić się, że wszystko się zgadza, a potem na spokojnie pomyśleć, co dalej. Ale nosiło mnie od środka. Nie spałem całą noc, łaziłem po mieszkaniu jak duch, głaskałem ten przeklęty kupon i próbowałem sobie wyobrazić, co zrobię z pieniędzmi. W końcu rano zadzwoniła moja siostra, z którą zawsze byłem blisko. Zaczęła jak zwykle – o pogodzie, o mamie, o tym, że dzieci chore.

– Coś taki rozkojarzony? – zapytała nagle. – Coś się stało?

Nie wiem, co mnie podkusiło. Może potrzebowałem, żeby ktoś podzielił ze mną ten absurdalny ciężar. Może to był głupi impuls. Wzdychnąłem i powiedziałem półgłosem:

Trafiłem szóstkę w totka.

Zamilkła. Przez długą chwilę była cisza.

– Serio?

– Tak. Miliony.

I to wystarczyło. Lawina ruszyła. Zanim się rozłączyliśmy, zdążyła powiedzieć, że mnie kocha, że się cieszy i że nie może się doczekać, aż pogadamy na spokojnie. Tyle że już godzinę później zadzwonił do mnie jej mąż. Potem kuzyn. Następnie mama. Wiedziałem, że zrobiłem błąd. Ale nie wiedziałem jeszcze, jak duży.

Telefon za telefonem

Telefon nie przestawał dzwonić. Od rana do nocy. Zaczęło się od tych najbliższych – siostra, jej mąż, mama, brat cioteczny. Potem znajomi, których nie słyszałem od lat. Każdy miał pytania, gratulacje, subtelne aluzje. I każdy, prędzej czy później, dochodził do tego samego tematu – pieniędzy.

– Wiesz, my z Anką planowaliśmy wymianę auta… – zaczął kuzyn.

– Może pomógłbyś mi spłacić kredyt, tylko trochę, na start… – mówiła moja mama, z głosem pełnym wyrzutów.

– A może byśmy zainwestowali razem, mam super pomysł na biznes – perorował kolega z podstawówki, którego ledwie pamiętałem.

Przestałem odbierać. Włączyłem tryb samolotowy, wyciszyłem powiadomienia. Ale i tak dostawali się do mnie drzwiami i oknami – przez Messengera, WhatsAppa, Instagram. W końcu pod moim blokiem zaczęła się kręcić ciotka, która mieszkała 200 kilometrów dalej.

Czułem się jak żywy bankomat z sercem i sumieniem. Ludzie nie pytali, jak się czuję, co planuję, czy sobie radzę z tym wszystkim. Chcieli tylko kawałka tortu. Każdy uważał, że mu się należy. A ja? Z każdym dniem miałem coraz mniej ochoty z kimkolwiek rozmawiać.

Rodzinne interesy

W niedzielę mama zaprosiła mnie na obiad. Klasyka – rosół, schabowy, kompot z jabłek. Udawała, że wszystko jest jak dawniej, ale widziałem napięcie w jej ruchach. Siostra patrzyła na mnie dziwnie, z mieszaniną troski i niecierpliwości. Gdy tylko skończyliśmy jeść, przeszli do rzeczy.

– Słuchaj, myśleliśmy… – zaczęła siostra, patrząc na mnie z wyuczonym uśmiechem. – Może wspólnie kupimy domek na Mazurach. Taki większy, na wynajem. Byłoby coś dla ciebie, dla nas, dla dzieci. Inwestycja.

Mama kiwnęła głową.

– I to by ci się opłacało. No i byłby powód, żebyśmy się częściej widywali.

– A potem może otworzymy kawiarnię. Taka rodzinna inicjatywa – dodała z entuzjazmem siostra.

Siedziałem w ciszy, obracając łyżeczkę w dłoni. Nawet nie czekali na moją decyzję. Oni już wiedzieli, że się zgodzę. Przecież jestem ich. Przecież wygrałem. Przecież mają prawo.

Tylko że ja wcale nie chciałem kawiarni, domku na Mazurach ani rodzinnych interesów. Chciałem ciszy. Chciałem świętego spokoju. Chciałem, żeby moje życie się nie rozsypało, zanim jeszcze zdążyło się zacząć od nowa. Wyszedłem bez słowa, zostawiając niedojedzony sernik.

Samotność wśród najbliższych

Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zamykałem się w sobie. Od momentu wygranej minął zaledwie miesiąc, a ja czułem się, jakbym przeżył rok intensywnej terapii bez terapeuty. Ludzie wokół mnie zmienili się nie do poznania. Ich spojrzenia mówiły jedno: „Co z tego będę miał?”. Nikt nie pytał, czy mam kogoś, z kim mogę to przeżyć. Nikt nie zastanawiał się, czy potrafię udźwignąć presję, jaka przyszła z pieniędzmi.

Zacząłem unikać spotkań rodzinnych. Odrzucałem zaproszenia, ignorowałem wiadomości. W sklepach nosiłem czapkę z daszkiem, żeby przypadkiem nie natknąć się na znajomych. Moja codzienność skurczyła się do czterech ścian i ekranu telefonu, którego i tak nie chciałem dotykać.

Najgorsze było to, że czułem się winny. Miałem pieniądze, których nigdy nie miałem. Mogłem pomóc, a jednak się wycofywałem. Bo przecież nie o to chodziło. Nie chciałem kupować sobie miłości. Nie chciałem rozdawać milionów za uśmiech. Tylko że nikt tego nie rozumiał. A może nie chciał zrozumieć.

Pieniądze zrobiły ze mnie wroga, zanim jeszcze zdążyłem się nimi nacieszyć. A ja, mając wszystko, czułem się bardziej samotny niż kiedykolwiek wcześniej.

Słońce po burzy

Sprzedałem mieszkanie i wyprowadziłem się do mniejszego miasta. Bez wielkich pożegnań, bez tłumaczeń. Po prostu zniknąłem. Nie zmieniłem numeru, ale rzadko go używam. Mam teraz mały dom na skraju lasu, kawałek ziemi, psa, który nie oczekuje niczego poza spacerem i miską. Cisza tu dzwoni w uszach, a wieczorami naprawdę widać gwiazdy.

Pieniądze są na koncie, bezpieczne. Nauczyłem się, że nie muszę ich ruszać. Żyję skromnie. Czasem pozwalam sobie na coś ekstra, jak dobra kawa albo porządne buty. I to wystarcza. Czasem ktoś z rodziny jeszcze napisze. Z pozoru miło, pytają co u mnie, jak się mam. Ale wystarczy chwila, żeby rozmowa skręciła w dobrze znane rejony – problemy finansowe, nagłe potrzeby, niezrealizowane marzenia.

Nie jestem zgorzkniały. Po prostu już nie wierzę w niektóre rzeczy. Wygrana w totka nauczyła mnie, że nic nie oddziela prawdziwego wsparcia od interesu tak skutecznie, jak gruby przelew. Gdybym mógł cofnąć czas, nie powiedziałbym nikomu. Ani słowa.

Kamil, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama