„Trafiłam 6. w totka, a rodzina wyciągnęła łapy po kasę. Nie zobaczyli grosza, bo wszystko wydałam na swoje fanaberie”
„W jednej sekundzie cały plan dobrej samarytanki wyparował. Zrozumiałam, że jeśli powiem im o wygranej, nic się nie zmieni. Nadal będę sługą, tylko w droższych dekoracjach. Oni wyssą ze mnie każdy grosz, a ja zostanę z niczym”.

Zawsze myślałam, że pieniądze szczęścia nie dają, ale to bzdura, którą wymyślili biedni, by pocieszyć się w swoim nieszczęściu. Przez dwadzieścia lat byłam służącą, bankomatem i terapeutką dla mojego męża, siostry i matki.
Harowałam dla nich
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, chociaż od tamtej pory minęło pół roku. To był szary, deszczowy wtorek w listopadzie – taki dzień, który wysysa chęć do życia, zanim jeszcze zdążysz wypić poranną kawę.
Siedziałam w kuchni, patrząc na stertę nieumytych naczyń w zlewie. Olek, mój mąż od piętnastu lat, wyszedł do pracy, rzucając tylko krótkie: „Nie zapomnij zrobić opłat”. Nawet na mnie nie spojrzał. Pracowałam na półtora etatu w księgowości, żebyśmy mogli spłacać kredyt, który wzięliśmy na mieszkanie. Wieczorami wracałam do domu, gotowałam obiad na dwa dni, prałam skarpetki męża i słuchałam narzekań mojej siostry Eweliny, która dzwoniła codziennie.
Ewelina miała dwójkę dzieci z różnymi partnerami i wieczne problemy finansowe. Byłam jej stałym sponsorem. „Pożycz dwie stówki do pierwszego”, „Mały potrzebuje na wycieczkę”. Nigdy nie oddawała. A ja chodziłam w tym samym płaszczu piąty sezon, bo zawsze było coś ważniejszego.
Czułam, że życie przecieka mi przez palce. Patrzyłam w lustro i widziałam zmęczoną kobietę o ziemistej cerze, z odrostami, na które szkoda było wydać pieniądze u fryzjera. Moje marzenia? Umarły gdzieś pomiędzy trzecią ratą kredytu a naprawą cieknącej pralki. Byłam trybikiem. Byłam nikim.
Trafiłam szóstkę
Tego dnia, wracając z pracy, weszłam do kolektury. Nie wiem dlaczego. Zwykle szkoda mi było tych kilku złotych, ale czułam taką beznadzieję, że musiałam zrobić cokolwiek, co dawałoby cień szansy na zmianę. Kupiłam jeden zakład na chybił trafił. Sprzedawczyni nawet się nie uśmiechnęła. Ja też nie.
Wyniki sprawdziłam dopiero dwa dni później. Siedziałam na toalecie – jedynym miejscu w naszym dwupokojowym mieszkaniu, gdzie miałam chwilę spokoju, zanim Olek zacznie dobijać się z pytaniem, gdzie są jego czyste koszule. Wyciągnęłam pomięty kupon z kieszeni jeansów i odpaliłam aplikację w telefonie.
Szóstka. Zamarłam. To nie była euforia. To był szok fizyczny. Serce uderzyło mnie w żebra tak mocno, że aż zabolało. Przeczytałam numery jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze dziesięć razy. Wstałam gwałtownie, upuszczając telefon, a potem, chcąc zrobić sobie herbatę na uspokojenie, wylałam wrzątek na stopę. Ból był otrzeźwiający. To działo się naprawdę.
Chciałam się podzielić
W tamtym momencie, stojąc w kuchni z poparzoną stopą i kuponem wartym fortunę w dłoni, moja pierwsza myśl była typowa dla „starej” Doroty: „Muszę powiedzieć mężowi. Spłacimy kredyt. Ewelina w końcu wyremontuje pokój dla dzieci. Mama będzie mogła pójść na prywatną rehabilitację”. Już miałam sięgnąć po telefon, by zadzwonić do męża, gdy usłyszałam dźwięk zamka w drzwiach. Olek wrócił wcześniej.
– Co tu tak śmierdzi? Znowu czegoś nie domyłaś? – to były jego pierwsze słowa po wejściu do domu. Nie „cześć kochanie”, nie „jak ci minął dzień”. Tylko pretensja.
– Oparzyłam się – wydusiłam, chowając kupon do kieszeni szlafroka.
– To uważaj bardziej. Słuchaj, matka dzwoniła. Musimy jej dołożyć do sanatorium. Powiedziałem, że przelejesz jej tysiąc złotych z oszczędności.
– Ale Olek… to są pieniądze na moją wizytę u dentysty. Ząb mnie boli od miesiąca.
– Nie bądź egoistką. Matka jest chora. Ząb może poczekać, weź tabletkę.
Spojrzałam na tego mężczyznę z brzuszkiem piwnym, roszczeniową miną, człowieka, który od lat mnie nie dotknął z czułością, a jedynie z przyzwyczajenia. Przypomniałam sobie siostrę, która dzwoniła tylko, gdy czegoś chciała. Matkę, która faworyzowała Ewelinę, a mnie traktowała jak dojną krowę.
Żądali pieniędzy
W jednej sekundzie cały plan „dobrej samarytanki” wyparował. Zrozumiałam, że jeśli powiem im o wygranej, nic się nie zmieni. Nadal będę sługą, tylko w droższych dekoracjach. Oni wyssą ze mnie każdy grosz, a ja zostanę z niczym – bez pieniędzy i bez szacunku do samej siebie.
– Dobrze – powiedziałam cicho, uśmiechając się w sposób, którego Olek nie mógł zrozumieć. – Przeleję jej.
Przez następny miesiąc żyłam w podwójnej rzeczywistości. Oficjalnie byłam tą samą szarą Dorotą. Chodziłam do pracy, gotowałam zupę pomidorową, słuchałam biadolenia Eweliny o tym, że jej konkubent znowu roztrwonił wypłatę, ale w środku płonęłam. Załatwienie formalności w totalizatorze zajęło chwilę. Kiedy pieniądze wpłynęły na moje nowe, tajne konto, poczułam się, jakbym wstrzyknęła sobie adrenalinę prosto w serce.
Pierwszy wydatek? Nie, nie dom. Wynajęłam apartament w hotelu w centrum Warszawy, tylko na popołudnie. Powiedziałam Olkowi, że muszę zostać dłużej w pracy na inwentaryzację. Weszłam do pokoju, który kosztował tyle, co moja miesięczna pensja. Zamówiłam szampana, truskawki i masaż. Leżałam w wielkiej wannie z hydromasażem, patrząc na panoramę miasta i płakałam. Nie ze smutku, ale z ulgi. Opłakiwałam lata, które straciłam na zadowalanie innych.
Ukrywałam się
Zaczęłam wydawać. Ostrożnie na początku, potem coraz śmielej. Kupiłam sobie torebkę Chanel. Nie podróbkę z bazaru, którą kiedyś wyśmiała Ewelina. Prawdziwą, pachnącą skórą. Trzymałam ją w skrytce, bo nie mogłam przynieść jej do domu.
Kiedy wychodziłam z biura, szłam do publicznej toalety, przebierałam się w nowe, jedwabne ubrania, brałam torebkę i szłam na kolację do restauracji, gdzie kelnerzy tytułowali mnie „Madame”. Przez trzy godziny dziennie byłam kimś innym. Potem wracałam, zmywałam makijaż, zakładałam znoszony dres i wracałam do roli kury domowej. Ale kłamstwo ma krótkie nogi, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wiedziałam, że to nie może trwać wiecznie. Czułam, że duszę się w naszym mieszkaniu. Ściany pokryte tanią tapetą zdawały się zaciskać wokół mojej szyi.
Przełom nastąpił podczas Wielkanocy. Zjazd rodzinny. Koszmar każdej kobiety w mojej sytuacji. Siedzieliśmy przy stole – ja, Olek, jego rodzice, moja matka, Ewelina z dziećmi i jej nowym fagasem. Oczywiście ja przygotowałam wszystko. Trzy dni stania przy garach.
Wydawali moją kasę
– Słuchajcie – zaczęła Ewelina, napychając usta moją sałatką jarzynową. – Mamy z Krzyśkiem plan. Chcemy otworzyć biznes. Salon kosmetyczny. Tylko potrzebujemy wkładu. Dorotka… – zwróciła się do mnie, robiąc maślane oczy. – Może wzięłabyś kredyt na siebie? Ty masz zdolność. My byśmy spłacali, przysięgam.
Moja matka pokiwała głową.
– Pomóż siostrze. Ty nie masz dzieci, masz lżej. Powinnaś wspierać rodzinę.
Olek dolał oliwy do ognia.
– No, w sumie moglibyśmy wziąć coś pod hipotekę, ale najpierw muszę zmienić auto. Moje Audi już ledwo zipie. Dorota, może weźmiesz nadgodziny w te wakacje? Nie pojedziemy nad morze, trudno, ale auto jest potrzebne.
Patrzyłam na nich. Na te chciwe, roszczeniowe twarze. Na plamy sosu na obrusie, który prałam ręcznie. Na siostrę, która nigdy nie przepracowała uczciwie roku. Na męża, który planował moje życie i moją pracę, by zaspokoić swoje potrzeby.
Miałam ich dość
Wtedy zrozumiałam. Oni nigdy się nie nasycą. Gdybym położyła teraz na stole walizkę z milionami, rzuciliby się na nią jak piranie. Nie usłyszałabym „dziękuję”. Usłyszałabym: „Dlaczego tak mało?”, „Dlaczego w takich nominałach?”, „A co z podatkiem?”. Podzieliliby te pieniądze między siebie, a mnie zostawili z niczym, może łaskawie pozwalając mi kupić sobie nową pralkę, żeby lepiej prało mi się ich brudy.
– Nie – powiedziałam.
Zapadła cisza. Widelec mojej matki uderzył o talerz.
– Co powiedziałaś? – zapytał mój mąż, mrużąc oczy.
– Powiedziałam: nie. Nie wezmę kredytu dla Eweliny. Nie będę brała nadgodzin na twoje auto. I nie będę już waszą służącą.
– Odbiło ci? – parsknęła siostra. – Co ty sobie wyobrażasz? Rodzinie się nie odmawia!
– Właśnie – wtrąciła matka. – Dorota, nie bądź podła.
Wstałam od stołu. Czułam absolutny, lodowaty spokój.
– Wychodzę – oznajmiłam.
– Dokąd? Siadaj! – krzyknął Olek, robiąc się czerwony na twarzy. – Kto posprząta ze stołu?
– Ty posprzątasz albo zgnijecie w tym brudzie. Mam to gdzieś.
Zbuntowałam się
Wyszłam z mieszkania i trzasnęłam drzwiami. Nie wzięłam niczego więcej. Żadnych ubrań, żadnych pamiątek. Wszystko, co tam było, śmierdziało przeszłością. Przez następny miesiąc nie odbierałam telefonów. Zablokowałam ich numery. Wynajęłam apartament, kupiłam meble, o jakich marzyłam.
Spędziłam tydzień w klinice medycyny estetycznej. Nie zrobiłam z siebie plastikowej lalki, ale zafundowałam sobie zabiegi, które wymazały z mojej twarzy 10 lat stresu i nieszczęścia. Nowa fryzura, zadbana cera, pewność siebie w spojrzeniu. Wydałam prawie dwa miliony w miesiąc. Ktoś powie: rozrzutność. Ja powiem: terapia. Kupiłam sobie auto. Czerwone. Zawsze chciałam mieć czerwone auto. W końcu musiałam się z nimi skonfrontować. Musiałam załatwić rozwód.
Podjechałam pod nasz stary blok moim nowym autem. Sąsiedzi wyglądali z okien, firanki się trzęsły. Czułam się jak gwiazda filmowa, która przyjechała odwiedzić slumsy. Weszłam do mieszkania. Był syf. Sterty naczyń, kurz, smród starego jedzenia. Olek siedział przed telewizorem w podkoszulku. Ewelina była u niego, pewnie znowu naradzali się, jak mnie zmusić do powrotu i uległości.
Chciałam to skończyć
Gdy mnie zobaczyli, zamilkli. Olek wstał, otwierając usta jak ryba wyrzucona na brzeg.
– Dorota? – wycharczał. – Co ty… jak ty wyglądasz? Skąd masz te ciuchy? Czyje to auto na dole?
To było typowe. Nie mógł uwierzyć, że sama do czegoś doszłam.
– Wygrałam szóstkę w totolotka.
Cisza, która zapadła, była gęsta i lepka. Widziałam, jak ta informacja dociera do ich mózgów. Widziałam, jak w ich oczach zapalają się małe, chciwe ogniki. Szok ustąpił miejsca kalkulacji.
– Szóstkę? – wyszeptała Ewelina. Nagle jej twarz się rozjaśniła, rzuciła się w moją stronę z otwartymi ramionami. – Dorotka! Siostrzyczko! Boże, wiedziałam, że los nam wynagrodzi! To cudownie! Będziemy ustawieni do końca życia!
Odepchnęłam ją delikatnie, ale stanowczo.
– Nie „my”, ja. Ja wygrałam.
Olek podszedł bliżej, już przybierając pozę pana i władcy.
– Kochanie, no… to zmienia postać rzeczy. Musimy usiąść, porozmawiać o inwestycjach. Trzeba spłacić ten kredyt, kupić dom, może działkę na Mazurach? Przebaczam ci tę ucieczkę, rozumiem, szok. Ale teraz jesteśmy razem, prawda? Wspólnota majątkowa.
Podlizywali się
Uśmiechnęłam się. To był ten moment, na który czekałam.
– Nie ma wspólnoty. Pamiętasz, jak zmusiłeś mnie do podpisania intercyzy przed ślubem, bo bałeś się, że ograbię cię z tego nędznego mieszkania po twoich rodzicach? Twój ojciec nalegał. Podpisałam. Wszystko, co wygrałam, jest moje.
Twarz Olka zrobiła się fioletowa.
– Jesteśmy małżeństwem! Należy mi się! Tyle lat cię utrzymywałem!
– Utrzymywałeś? – zaśmiałam się głośno. – To ja spłacałam twoje długi! To ja cię karmiłam! A co do pieniędzy… Wydałam już sporą część. Kupiłam apartament, samochód, biżuterię. Zainwestowałam w fundusze, do których nie masz dostępu.
– Co z nami?! – krzyknęła Ewelina, wpadając w histerię. – Mam chore dzieci! Potrzebuję pieniędzy! Jak możesz być taką egoistką?! Taplasz się w luksusach, a twoja siostrzenica nie ma na aparat ortodontyczny!
– Mogłaś iść do pracy. Prosiłam cię latami, żebyś ogarnęła swoje życie. Dawałam ci ostatnie grosze. Nigdy nie usłyszałam dziękuję. Teraz te pieniądze są dla mnie. Bo ja na nie zasłużyłam, przetrwaniem z wami.
Wyszłam stamtąd przy akompaniamencie przekleństw i gróźb, ale to nie był koniec. Piekło dopiero się rozpętało.
Jestem szczęśliwa
Marek wynajął prawnika, za pożyczone pieniądze, jak się dowiedziałam. Próbował udowodnić, że wygraną zataiłam celowo, działając na szkodę małżeństwa. Że jestem niepoczytalna. Moja matka dzwoniła do mnie, płacząc i wyzywając mnie na zmianę. Bolało? Tak, na początku, ale potem wsiadałam do mojego auta, jechałam do mojego apartamentu i patrzyłam na miasto. I ból mijał. Zrozumiałam, że oni nie kochali mnie. Kochali to, co mogłam im dać. Kiedy kurek z pieniędzmi i przysługami został zakręcony, ich miłość wyparowała. Więc dlaczego ja miałam czuć się winna?
Dziś jestem już po rozwodzie. Olek walczył, ale intercyza była niepodważalna. Z matką i siostrą nie mam kontaktu. Zmieniłam numer telefonu. Czasami wysyłam anonimowo paczki z prezentami dla dzieci Eweliny, bo one nie są winne temu, jaką mają matkę. Ale pieniędzy do ręki? Nigdy więcej.
Podróżuję. Uczę się języków. Zaczęłam malować obrazy. Spotykam się z mężczyznami, którzy zabierają mnie na kolacje nie dlatego, że chcą pożyczyć kasę, ale dlatego, że jestem dla nich intrygująca. Tak, wydałam wszystko na siebie. Kupiłam sobie życie, które mi ukradziono. Niektórzy nazywają to egoizmem. Ja nazywam to sprawiedliwością dziejową. Jeśli bycie szczęśliwą oznacza bycie potworem, to z przyjemnością nim będę.
Dorota, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o walentynkach we dwoje, ale mąż miał inny plan. Okupował kanapę i zajadał chipsy, gdy ja płakałam”
- „6 w lotto zmieniła moje życie w kłamstwo. Ukrywam kasę przed bliskimi, żeby niczego im nie sponsorować”
- „Wydałem majątek na narty we Francji i instruktora dla syna. Zamiast puchnąć z dumy na stoku najadłem się tylko wstydu”

