„W walentynki liczyłam na romantyczny wieczór. Zamiar czułych słówek od męża, słuchałam kazań teściowej”
„Na klatce schodowej rozległ się stukot obcasów. Otworzyłam drzwi i nagle poczułam, jak cały romantyzm tego wieczoru uchodzi ze mnie jak powietrze z przebitego balonu. Teściowa weszła raźnym krokiem, uśmiechnięta od ucha do ucha, ubrana w swój legendarny, landrynkowy sweterek”.

Każde małżeństwo marzy o chwili tylko dla siebie, zwłaszcza wtedy, gdy na co dzień gonią nas rutyna i obowiązki. Od dawna czekałam na taki wieczór — walentynki z moim mężem, bez dzieci, bez telefonów i bez zbędnych gości. Miałam przygotowane świece, ulubione wino, a w piekarniku już pachniała czekoladowa tarta. Niestety, życie znowu napisało dla mnie inny scenariusz. Kiedy zadzwonił domofon, byłam przekonana, że to kurier z bukietem róż, o którym Piotrek napomknął dzień wcześniej. Drzwi otworzyłam z uśmiechem i… wtedy zobaczyłam ją. Moją teściową w różowym sweterku, z walizką w jednej ręce i słoikiem buraczków w drugiej. I już wtedy, choć się starałam, poczułam, jak we mnie narasta złość i bezradność. Przecież tego wieczoru miało nas być tylko dwoje…
Spojrzałam na jej walizkę
W planie było tak: dzieci śpią u babci (tej drugiej, mojej mamy), mąż wraca z pracy, a ja mam kilka godzin na przygotowanie wieczoru. Umyłam włosy, włożyłam sukienkę, której nie miałam na sobie od lat, na stole rozstawiłam talerze z subtelnym wzorem, który wyciągam tylko na specjalne okazje. Kiedy usłyszałam domofon, przez moment zawahałam się, czy nie zadzwonić do Piotrka, żeby szybciej wracał, bo nie mogłam się doczekać.
Na klatce schodowej rozległ się stukot obcasów. Otworzyłam drzwi i nagle poczułam, jak cały romantyzm tego wieczoru uchodzi ze mnie jak powietrze z przebitego balonu. Teściowa weszła raźnym krokiem, uśmiechnięta od ucha do ucha, ubrana w swój legendarny, landrynkowy sweterek.
— No dzień dobry, Justynko! Coś ty taka zdziwiona? Przecież mówiłam, że mam dziś wolne i pomyślałam, że was odwiedzę. Ach, Piotruś wraca zaraz, to się spotkamy całą rodzinką! — rzuciła wesoło.
Spojrzałam na jej walizkę, słoik z buraczkami i… przez moment miałam nadzieję, że żartuje i zaraz wróci na dół. Niestety, już się rozsiadła na kanapie. Po chwili do mieszkania wpadł Piotrek z naręczem róż, rozejrzał się po salonie i mina mu zrzedła.
— Mamo? Co ty tu robisz? — zapytał z niedowierzaniem.
— No jak to co? Przyjechałam do was! I jeszcze ciepłe buraczki przywiozłam, bo wiem, że Justynka lubi.
Zaciskałam dłonie na brzegu blatu
Przez chwilę próbowałam łapać oddech, żeby nie powiedzieć niczego, czego mogłabym żałować. Teściowa tymczasem rozsiadła się w salonie, zdjęła płaszcz i zaraz przystąpiła do inspekcji mieszkania, jakby była u siebie. Piotrek, biedny, stał w przedpokoju z różami, które miałam dostać na romantyczny wieczór. Popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo, ale żadne z nas nie potrafi wydusić z siebie nawet słowa protestu.
— Ooo, jakie świece! — zachwycała się teściowa, nie zauważając lodowatej atmosfery. — A co to za okazja? Urodziny? Imieniny?
Cisza. Piotrek starał się ratować sytuację.
— Mamo, my dzisiaj planowaliśmy… No, taki wieczór we dwoje…
— Ach, to świetnie się składa! — przerwała mu beztrosko. To ja zaraz coś pomogę w kuchni, przynajmniej nie będziecie się nudzić.
Zaciskałam dłonie na brzegu blatu. Z piekarnika czuć było czekoladę, którą planowałam jeść w piżamie, rozmawiając tylko z mężem, bez świadków, bez recenzentów. Zamiast tego słuchałam teściowej opowiadającej o sąsiadce, która „też robiła tarty, ale jej to zawsze opadają”.
— Justynko, mogę ci jakoś pomóc? — zapytała w końcu, stojąc tuż obok mnie, tak blisko, że czuję zapach jej słodkich perfum.
— Nie, wszystko gotowe — odpowiedziałam, starając się być uprzejma.
— No to przynajmniej nakryję do stołu. — Już wyciągała sztućce, ustawiła trzy talerze. Trzy.
Piotrek bezgłośnie przeprosił mnie spojrzeniem, ale wiem, że i on czuje się bezradny.
— A na deser będą moje buraczki — dodała teściowa, jakby to była największa atrakcja wieczoru.
Usiadłam ciężko na krześle
Starałam się nie patrzeć na ten nieszczęsny różowy sweterek, który teściowa rzuciła niedbale na nasze jedyne, czyste krzesło. Jakby nie wystarczyło, że cały wieczór władała rozmowami, opowieściami o sąsiadkach i swoimi „dobrymi radami”. Za każdym razem, gdy sięgałam po widelec albo odsuwałam się od stołu, kątem oka widziałam tę landrynkową plamę, która przypominała mi, że nawet w walentynki nie możemy być tylko we dwoje.
Teściowa wciąż trajkotała. O wnukach, o cenach ziemniaków, o kolejnym genialnym serialu, który muszę zobaczyć. Piotrek próbował ją dyskretnie uciszać, a ja coraz bardziej czułam, jak wszystko, co przygotowałam na ten wieczór, obraca się w żart.
— Piotruś, a czemu Justynka taka mało rozmowna dzisiaj? — zagadnęła nagle teściowa, wbijając we mnie wzrok.
— Jest zmęczona, mamo — odparł Piotrek, próbując ratować sytuację. — Miała ciężki dzień w pracy.
— To może powinnaś częściej odpoczywać, kochanie. Ja tam zawsze mówię, że kobieta powinna dbać o siebie, bo mężczyzna… — zaczęła, ale urwała, gdy zobaczyła moją minę.
Usiadłam ciężko na krześle, próbując się uśmiechnąć, choć miałam ochotę uciec z tego mieszkania. Czułam, że jeśli jeszcze raz zobaczę ten różowy sweterek, wybuchnę.
Zacisnęłam zęby
Wieczór ciągnął się jak guma. Każdy gest teściowej drażnił mnie coraz bardziej — jak przestawiała kwiaty od Piotrka do swojego wazonu, jak krytykowała twardość makaronu, jak wchodziła do łazienki bez pukania, żeby „sprawdzić, czy ręczniki są miękkie”. Próbowałam skupić się na deserze, na ulubionej czekoladzie i czułych spojrzeniach Piotrka, ale zamiast tego łapałam się na tym, że liczę minuty do końca tego wieczoru.
W końcu, przy kolejnym opowiadaniu o tym, czego to nie robiła w pracy, spojrzałam na Piotrka. Miałam nadzieję, że coś powie, że zasugeruje mamie, żeby może już wróciła do siebie, bo późno, bo jutro rano praca… Nic z tego. Milczał, posyłał mi tylko przepraszające spojrzenia.
Teściowa, nieświadoma mojej frustracji, poprawiła swój sweterek, jakby podkreślając, że to ona tu rządzi. Gdy rozlała na niego trochę barszczu, westchnęła teatralnie.
— Ojej, znowu ten mój szczęśliwy sweterek! Bez niego nie byłoby żadnych walentynek, co? — rzuciła, śmiejąc się sama do siebie.
Zacisnęłam zęby, bo już czułam, jak narasta we mnie wściekłość. Jeszcze chwila i wiedziałam, że nie zdołam utrzymać języka za zębami.
Teściowa zamarła
Siedzieliśmy przy stole, a teściowa wciąż mówiła, nie zauważając, jak atmosfera gęstnieje. Piotrek jadł w milczeniu, wpatrzony w talerz, jakby chciał się w nim schować. Ja czułam, jak krew zaczyna mi pulsować w skroniach, a serce wali szybciej z każdym kolejnym jej komentarzem.
— No, Justynko, a wy na wakacje gdzie w tym roku? Mam kilka propozycji, mogłabym pojechać z wami, żebyście mieli z kim zostawić dzieci! — zaśmiała się, jakby to był świetny żart.
Wtedy już nie wytrzymałam. Głos mi zadrżał, ale nie mogłam się powstrzymać:
— Mamo, czy mama nigdy nie pomyślała, że my też chcielibyśmy czasem pobyć sami? Chociaż jeden wieczór w roku, chociaż walentynki?
Teściowa zamarła, trzymając łyżkę nad talerzem. Przez chwilę w pokoju trwała niezręczna cisza. Piotrek spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Justyna… — zaczął, ale przerwałam mu, już nie panując nad emocjami.
— Przepraszam, ale nie mogę już udawać, że wszystko mi pasuje. Chciałam dzisiaj być tylko z mężem, a mama... po prostu weszła, rozgościła się i nawet nie zapytała, czy nam to odpowiada.
Wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Słowa zawisły w powietrzu, a ja czułam ulgę zmieszaną ze wstydem.
Musiałam w końcu postawić granicę
Nikt się nie odezwał przez kilka długich minut. Teściowa powoli odłożyła łyżkę, podciągnęła rękawy swojego różowego sweterka i zerkała to na mnie, to na Piotrka, jakby nagle nie poznawała tej sytuacji. Widziałam w jej oczach zaskoczenie i zranienie, które potem zamieniło się w urazę. Piotrek próbował coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
Teściowa wstała, zaczęła nerwowo zbierać swoje rzeczy, mrucząc pod nosem:
— No cóż, nie chciałam przeszkadzać… Nie wiedziałam, że aż tak mi tu nie wolno być…
— To nie o to chodzi, mamo… — zaczął Piotrek, ale ona już pakowała walizkę, zakładała płaszcz i nawet nie chciała słyszeć wyjaśnień.
Patrzyłam, jak zamyka za sobą drzwi, czując się winna, ale też… trochę wolna. Piotrek objął mnie bez słowa. Przez dłuższą chwilę nie mogliśmy się odezwać. Wiedziałam, że tego wieczoru już nie uratujemy, że coś między mną a teściową pękło na dobre. Musiałam w końcu postawić granicę. Może nie wybrałam najlepszego momentu, może zburzyłam pozory rodzinnej zgody, ale wreszcie poczułam, że walczę o nasz związek.
Justyna, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie w pensjonacie w górach zapowiadały się cudownie. Do momentu, aż odkryliśmy coś w łazience”
- „Zgodziłam się zawieźć babcię do notariusza, bo chciała spisać testament. Dała mi coś, czego nie kupię za pieniądze”
- „Obiad na naszą 15. rocznicę ślubu skończył się wielką niespodzianką. Przez nią już nie mam męża”

