Reklama

Chcieliśmy tylko jednej nocy, podczas której nie bylibyśmy rodzicami, pracownikami korporacji ani zarządcami domowego budżetu. Chcieliśmy cofnąć czas do momentu, gdy liczyliśmy się tylko my, parkiet i nasze splecione dłonie. I udało nam się. Cofnęliśmy czas, ale nie do chwil szczęścia, lecz do momentu, w którym moje życie rozpadło się na milion kawałków, choć z głośników wciąż leciały największe przeboje lat osiemdziesiątych. To miał być nasz renesans, a okazał się stypą mojego małżeństwa.

Zaśmiał się cicho

Stałam przed wielkim lustrem z szafy w naszej sypialni, próbując dopiąć zamek sukienki, której nie miałam na sobie od piątej rocznicy ślubu. Materiał opinał się nieco mocniej na biodrach niż kiedyś, ale wciąż czułam się w niej dobrze. Przede wszystkim kobieco, co ostatnimi czasy było towarem deficytowym w moim życiu. Odkąd dzieci poszły do szkoły, a my ze Sławkiem wpadliśmy w ten morderczy rytm praca-dom-zakupy-sen, zapomniałam, jak to jest być po prostu Otylią. Nie mamą, nie żoną, nie managerką średniego szczebla. Po prostu kobietą, która chce się podobać.

Sławek wszedł do pokoju, poprawiając mankiety koszuli. Wyglądał dobrze. Nawet bardzo dobrze. Siwizna na skroniach dodawała mu powagi, której brakowało mu, gdy mieliśmy po dwadzieścia lat. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się tym swoim ciepłym, bezpiecznym uśmiechem, który przez ostatnie piętnaście lat był moją przystanią.

— Wyglądasz obłędnie, Otylko — powiedział, podchodząc do mnie od tyłu.

Oparł brodę na moim ramieniu i przez chwilę patrzyliśmy na swoje odbicia. Para idealna. Tak o nas mówili znajomi. Nigdy nie kłóciliśmy się publicznie, zawsze wspieraliśmy się w towarzystwie, a nasze dzieci były zadbane i dobrze wychowane. Byliśmy tym obrazkiem, który inni chcieli powiesić na swojej ścianie marzeń.

— Denerwujesz się? — zapytał, wyczuwając napięcie w moich ramionach.

— Trochę — przyznałam. — To pierwsza taka impreza od wieków. Boję się, że będziemy tam stać jak dwoje wapniaków, nie wiedząc, co zrobić z rękami.

Zaśmiał się cicho, a ten dźwięk wibrował w jego klatce piersiowej, którą czułam na swoich plecach.

Będzie jak dawniej. Zobaczysz. Tylko my, muzyka i beztroska. Potrzebujemy tego.

Miał rację. Potrzebowaliśmy tego bardziej, niż chciałam przyznać. Ostatnie miesiące były dziwne. Sławek dużo pracował, brał nadgodziny, wyjeżdżał w delegacje. Ja z kolei uciekałam w opiekę nad domem, by nie myśleć o tym, że wieczorami coraz rzadziej ze sobą rozmawiamy, a coraz częściej gapimy się w ekrany telefonów. Ta impreza ostatkowa w lokalnym klubie miała być naszym nowym otwarciem.

Spojrzałam w jego stronę

Klub, do którego dotarliśmy taksówką, tętnił życiem. Kolorowe światła, dym, głośna muzyka — wszystko to uderzyło w nas od progu, przypominając czasy studenckie. Zostawiliśmy płaszcze w szatni i wmieszaliśmy się w tłum. Wokół nas bawili się ludzie w różnym wieku, ale dominowali nasi rówieśnicy, trzydziesto- i czterdziestolatkowie, którzy tak jak my, chcieli na jedną noc zapomnieć o kredytach i wywiadówkach.

Spotkaliśmy znajomych, Anetę i Tomka. Aneta od razu pociągnęła mnie w stronę baru, głośno komplementując moją sukienkę. Tomek wdał się w dyskusję ze Sławkiem o samochodach. Przez pierwszą godzinę wszystko szło zgodnie z planem. Śmialiśmy się, żartowaliśmy, a atmosfera rozluźnienia zaczęła w nas wsiąkać. Patrzyłam na Sławka z drugiego końca stolika. Rozmawiał o czymś żywiołowo, gestykulował. Dawno go takiego nie widziałam. Ostatnio w domu był cichy, wycofany, jakby wiecznie zmęczony.

Tłumaczyłam to sobie stresem w firmie, tym nowym projektem, o którym ciągle wspominał. Teraz jednak wyglądał na ożywionego, wręcz euforycznego. Cieszyłam się, że go wyciągnęłam. Może faktycznie nasza rutyna była tylko kwestią braku odpowiednich bodźców? W pewnym momencie Aneta nachyliła się do mnie i szepnęła:

Zazdroszczę ci Sławka. Tomek ostatnio tylko narzeka. A Sławek? Patrzy na ciebie, jakbyś była jedyną kobietą na sali.

Spojrzałam w jego stronę. Faktycznie, patrzył na mnie. Ale w jego wzroku było coś dziwnego. Coś, czego nie potrafiłam wtedy nazwać. To nie był ten sam bezpieczny zachwyt, co w sypialni przed lustrem. To było coś cięższego, mroczniejszego. Jakby smutek wymieszany z intensywnością chwili. Uśmiechnęłam się do niego, unosząc kieliszek z wodą gazowaną w niemym toaście, a on odpowiedział mi uśmiechem, który nie sięgnął oczu.

Oczywiście, że pamiętałam

Muzyka zmieniła tempo. DJ, wyczuwając nastrój sali, zwolnił rytm. Z głośników popłynęły pierwsze takty jakiejś sentymentalnej ballady. Sławek wstał i wyciągnął do mnie rękę.

— Zatańczymy? — zapytał.

— Oczywiście — odpowiedziałam, chwytając jego dłoń. Była wilgotna i gorąca.

Weszliśmy na parkiet. Tłum wokół nas kołysał się powoli. Sławek objął mnie mocno w talii, przyciągając do siebie tak blisko, że czułam każdy jego ruch. Położyłam głowę na jego ramieniu, zamykając oczy. To był ten moment, na który czekałam. Bliskość, intymność, my dwoje przeciwko światu. Czułam się bezpiecznie. Zapach jego wody kolońskiej mieszał się z zapachem moich perfum, tworząc mieszankę, która kojarzyła mi się z naszym domem, z naszym życiem. Przez chwilę myślałam o dzieciach śpiących u babci, o naszym planowanym remoncie kuchni, o wakacjach w Chorwacji, które mieliśmy zarezerwować w przyszłym tygodniu. Nasze życie było solidną budowlą.

— Otylia... — szepnął mi do ucha. Jego głos był dziwnie napięty.

— Tak, kochanie? — mruknęłam, nie podnosząc głowy.

Muszę ci coś powiedzieć. Nie mogę już tak dłużej.

Odsunęłam się odrobinę, żeby spojrzeć mu w twarz. W półmroku dyskotekowych świateł jego twarz wydawała się blada, a oczy szkliły się nienaturalnie. Atmosfera imprezy, ten cały szum, śmiechy, luźna atmosfera — to wszystko sprawiło, że jego mechanizmy obronne puściły. Czułam to. Coś pękło w tej idealnej fasadzie.

— Co się stało? Coś z pracą? — zapytałam z troską, bo tylko to przyszło mi do głowy. Że może stracił ten ważny kontrakt, o którym tyle mówił.

Pokręcił głową. Przestał tańczyć, choć wciąż staliśmy na środku parkietu, a inni ludzie ocierali się o nas, pogrążeni w swoich małych światach.

— Nie chodzi o pracę — powiedział cicho, a każde słowo zdawało się ważyć tonę. — Chodzi o nas. O mnie.

Serce zaczęło mi bić szybciej, ale wciąż nie dopuszczałam do siebie najgorszego. Myślałam, że może chce powiedzieć, że czuje się wypalony, że potrzebuje zmiany, może psychoterapii.

— Sławek, mów. Przerażasz mnie. — Ścisnęłam jego ramię.

Wziął głęboki oddech, jakby chciał nabrać powietrza przed skokiem do lodowatej wody.

— Pamiętasz moją delegację w listopadzie? Tę do Wrocławia?

Pamiętałam. Oczywiście, że pamiętałam. Wrócił z niej dziwny, wycofany, kupił mi wtedy te drogie kolczyki bez okazji. Myślałam, że to z tęsknoty.

— Tak — powiedziałam, a głos uwiązł mi w gardle.

— Nie byłem tam sam. To znaczy... na konferencji byłem. Ale potem... Otylia, ja cię zdradziłem.

Nie mogłam dokończyć

Świat się nie zatrzymał. To było najbardziej absurdalne w tym wszystkim. DJ wciąż grał tę samą rzewną piosenkę, para obok nas całowała się namiętnie, ktoś głośno zaśmiał się przy barze. A ja stałam tam, w mojej pięknej sukience, i czułam, jak podłoga usuwa mi się spod nóg.

— Co ty mówisz? — zapytałam, choć doskonale słyszałam każde słowo. Mój mózg po prostu odmawiał przetworzenia tej informacji. To nie pasowało do Sławka. Do mojego Sławka, który parzył mi herbatę z imbirem, gdy byłam przeziębiona.

— To była koleżanka z innego oddziału. To się stało tylko raz. Przysięgam, tylko raz — zaczął mówić szybko, chaotycznie, jakby wyrzucał z siebie truciznę, która trawiła go od miesięcy. — To był błąd. Największy błąd mojego życia. Żałowałem tego w tej samej sekundzie, gdy to się stało. Chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale nie potrafiłem. Bałem się.

Puściłam go. Moje ręce opadły wzdłuż ciała bezwładnie. Cofnęłam się o krok. On próbował mnie złapać, dotknąć mojej dłoni, ale odskoczyłam jak oparzona.

— Nie dotykaj mnie — syknęłam. To nie był krzyk. To był szept, ale tak lodowaty, że Sławek zamarł.

— Otylia, proszę... Kocham cię. To nic nie znaczyło. Byliśmy pijani, atmosfera, stres... To nie jest usprawiedliwienie, wiem, ale...

— Listopad? — przerwałam mu. W mojej głowie zaczęły układać się puzzle. — W listopadzie planowaliśmy urodziny syna. W listopadzie wybierałam z tobą kafelki do łazienki twojej matki. Ty w tym czasie...

Nie mogłam dokończyć. Obraz mojego męża z inną kobietą w hotelowym pokoju uderzył mnie z siłą fizycznego ciosu. Poczułam mdłości. Ten zapach, jego woda kolońska, dym papierosowy z sali, słodkie perfumy innej kobiety, która przeszła obok, wszystko to wymieszało się w duszącą chmurę.

— Dlaczego mi to mówisz teraz? — zapytałam, patrząc mu prosto w oczy. Widziałam w nich strach, ale też ulgę. Ulgę, że w końcu to z siebie wyrzucił. Zrzucił ten ciężar na mnie. Teraz to ja musiałam go nieść.

— Bo nie mogłem już patrzeć ci w oczy i udawać, że jesteśmy idealni — powiedział. — Dzisiaj, kiedy tak na mnie patrzyłaś, kiedy Aneta mówiła, jaka z nas wspaniała para... pękłem. Musiałem być szczery. Chcę naprawić to, co zepsułem, ale nie mogę tego zrobić na kłamstwie.

Szczerość. Wybrał sobie moment na szczerość. Na środku parkietu, podczas piosenki o miłości, w otoczeniu naszych znajomych.

— Naprawić? — zaśmiałam się histerycznie. — Ty właśnie zburzyłeś wszystko, Sławek. Nie ma czego naprawiać.

Nie widziałam już mojego męża

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie biegłam, choć każda komórka mojego ciała krzyczała, żeby uciekać. Szłam sztywno, z wysoko uniesioną głową, mijając ludzi, którzy wciąż się bawili. Widziałam kątem oka Anetę, która machała do mnie, pewnie myśląc, że idę do toalety albo po drinka. Nie odmachałam.

Sławek szedł za mną. Słyszałam jego kroki, słyszałam, jak woła mnie cicho po imieniu, ale nie zatrzymałam się. Dopadł mnie dopiero przy szatni.

Otylia, nie rób scen. Porozmawiajmy w domu — syknął, próbując zachować twarz przed szatniarką, która podawała mi płaszcz.

— Scen? — Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. — Ty się martwisz o sceny? Zniszczyłeś mi życie pięć minut temu, a teraz martwisz się, co pomyśli pani w szatni?

Wyrwałam płaszcz z rąk kobiety i wybiegłam na zewnątrz. Chłodne, nocne powietrze uderzyło mnie w twarz, przynosząc chwilową ulgę. Było zimno, padał mokry śnieg, a ja stałam w cienkiej sukience i szpilkach, drżąc nie z zimna, ale z szoku. Sławek wyszedł chwilę później. Próbował objąć mnie ramieniem, okryć swoją marynarką.

— Zostaw mnie! — krzyknęłam, tym razem głośniej. Kilka osób palących przed wejściem odwróciło głowy. — Nie wsiądę z tobą do jednej taksówki. Nie wrócę z tobą do jednego domu.

— Otylia, proszę cię. Masz dzieci, masz dom. Nie możesz tak po prostu...

— Mam dzieci — przerwałam mu, czując, jak łzy w końcu zaczynają płynąć po moich policzkach, rozmazując staranny makijaż. — Ja mam dzieci. Ty masz koleżankę z Wrocławia.

Wyciągnęłam telefon drżącymi rękami i zamówiłam przejazd. Sławek stał obok, bezradny, z opuszczonymi ramionami. Wyglądał nagle na starszego o dziesięć lat. Cały ten blask, który widziałam jeszcze godzinę temu, zgasł. Został tylko zmęczony, smutny człowiek, który popełnił błąd i teraz patrzył na jego konsekwencje. Obserwowałam go i nie widziałam już mojego męża. Widziałam obcego człowieka, który nosił jego twarz.

Wszystkie te lata, wspólne kredyty, wychowywanie dzieci, choroby, sukcesy, porażki — wszystko to nagle wydało mi się iluzją. Czy kiedykolwiek go znałam? Czy człowiek, który potrafi kłamać w żywe oczy przez cztery miesiące, przyjmując prezenty na święta, dzieląc się opłatkiem, sypiając ze mną w jednym łóżku, jest tym samym człowiekiem, którego poślubiłam?

Nie czułam już chłodu

Taksówka podjechała po trzech minutach. Wsiadłam do środka, nie oglądając się za siebie.

— Dokąd jedziemy? — zapytał kierowca, młody chłopak słuchający cicho radia.

Podałam adres mojej siostry. Nie mogłam wrócić do domu. Nie tam, gdzie wszędzie były jego rzeczy, nasze zdjęcia, zapach jego perfum. Nie byłabym w stanie spojrzeć na nasze łóżko i nie widzieć go z nią. Jadąc przez nocne miasto, patrzyłam na przesuwające się za szybą latarnie. Czułam się dziwnie spokojna. To był ten rodzaj spokoju, który przychodzi po wielkim wybuchu, gdy opada kurz i widać tylko zgliszcza. Wiedziałam, że jutro zacznie się piekło. Płacz, tłumaczenia, rozmowy z dziećmi, może terapia, może prawnik. Ale w tamtej chwili czułam tylko pustkę.

Wyjęłam telefon. Na tapecie miałam nasze zdjęcie z ostatnich wakacji. Uśmiechnięci, opaleni, przytuleni. Wyglądaliśmy na szczęśliwych. I byliśmy szczęśliwi, a przynajmniej ja byłam. On już wtedy musiał nosić w sobie zalążek zdrady, albo przynajmniej niezadowolenia, które do niej doprowadziło. Zmieniłam tapetę na systemową, czarną.

Przypomniałam sobie, jak przed wyjściem Sławek powiedział: „Będzie jak dawniej”. Mylił się. Już nigdy nic nie będzie jak dawniej. Tamta Otylia, która jeszcze trzy godziny temu przeglądała się w lustrze, pełna nadziei na romantyczny wieczór, przestała istnieć. Została kobieta w rozmazanym makijażu, jadąca taksówką w nieznane, z sercem pękniętym na pół. Ostatki. Nazwa tej imprezy nabrała dla mnie nowego, okrutnego znaczenia. To były ostatki mojego małżeństwa. Ostatnie chwile iluzji, w której żyłam. Muzyka w klubie pewnie nadal grała, ludzie nadal tańczyli, nieświadomi dramatów dziejących się obok nich. Ale dla mnie taniec się skończył.

Gdy taksówka zatrzymała się pod blokiem siostry, spojrzałam na licznik. Kwota była niewielka. Tyle kosztowała podróż od idealnego życia do samotnej matki z problemami. Zapłaciłam i wysiadłam. Nie czułam już chłodu. Czułam tylko, że muszę zdjąć tę sukienkę. Ten kostium szczęśliwej żony, który zaczął mnie parzyć żywym ogniem. Weszłam do klatki, a zanim drzwi się zamknęły, usłyszałam w oddali dźwięk klaksonu. Może to Sławek jechał za mną? A może to tylko miasto żyło swoim życiem, obojętne na mój koniec świata.

Otylia, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama