Reklama

Kiedyś myślałam, że jeśli będę milczeć i cierpliwie sklejać rodzinne pęknięcia, to wszystko się jakoś ułoży. Że wystarczy trzymać fason. Że jeśli ja będę udawać, że nic się nie dzieje, to może i inni się dostosują. Tak mnie wychowano. I tak wychowałam swoje córki – choć wyszły z tego zupełnie różne kobiety. Anna – starsza, zasadnicza, dumna. Zawsze zapięta pod szyję, z perfekcyjną fryzurą. I Klaudia – wolny duch, serce na dłoni, wiecznie w biegu, od lat za granicą. Jedna żyła tak, jak trzeba. Druga – tak, jak czuła.

Zostałam sama po śmierci męża. I jakoś to dźwignęłam. Ale dziś… dziś czuję ścisk w żołądku. Nadchodzi Dzień Babci. Chciałam, żeby był spokojny, żebyśmy – choć raz – usiedli razem przy stole. Bez udawania, bez awantur. Bez starych żalów. Ale coś wisi w powietrzu. Cisza przed burzą.

Julia – wnuczka – pomogła mi przy stole, teraz patrzy na mnie uważnie.

– Babciu, czemu jesteś taka cicha?

– Bo jak się już widziało za dużo, to człowiek przestaje się odzywać – odpowiedziałam spokojnie.

A w głowie miałam jedno: niech tylko wszyscy dojadą. Niech tylko zdążymy jeszcze pobyć razem. Choć przez chwilę.

Rozpętała się burza

Zebrali się wszyscy. Córki, zięciowie, wnuczki. Obiad pachniał, stół nakryty jak na święta, chociaż to tylko Dzień Babci. Siedziałam na swoim końcu stołu, z widokiem na każdego. Klaudia weszła ostatnia – z rozwianym szalikiem, jak zawsze spóźniona. Pocałowała mnie w oba policzki i rzuciła torebkę na krzesło.

– No, Anka, kucharka z ciebie jak z koziej... – zaczęła, ale Marek odchrząknął. Klaudia przerwała, uśmiechnęła się pod nosem i usiadła.

Anna zamarła, jakby połknęła kij.

– Wszystko w porządku, mamo? – zapytała słodkim tonem, ale w jej oczach czaił się lód.

Pokiwałam głową. Marek siedział sztywno jak manekin, jakby nie miał gdzie schować rąk. Tomek, mąż Klaudii, sięgnął po karafkę z winem. Trzeci raz.

– No ale naprawdę, Ania, wyluzuj. Marek już raz odleciał, to i ty masz prawo do błędów, nie?

Wszyscy zamarli. Sztućce stuknęły o talerze. Klaudia spojrzała na męża z mieszaniną zdumienia i satysfakcji. Anna nawet nie drgnęła – tylko uśmiech przyklejony na twarzy zbladł. Julia spojrzała na nią z niepokojem. Marek… Marek zbladł. Widziałam to wyraźnie. Jakby nagle zrobiło mu się duszno.

– Tomek, co ty mówisz? – Anna w końcu przemówiła, z głosem tak cienkim, że ledwo go usłyszałam.

– No tak tylko żartem… – wycofał się Tomek, ale już było po wszystkim.

W mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: „Zaczęło się.”

Awantura trwała w najlepsze

Zmywałam naczynia powoli. W kuchni pachniało jeszcze rosołem, a w zlewie piętrzyły się talerze. Dzwoniły o siebie cicho, jakby próbowały zagłuszyć krzyki z pokoju obok. Nie musiałam podsłuchiwać. Ściany tego mieszkania nie są grube.

– Mamo, co to miało znaczyć? – głos Julii. Drżał.

Nie twój interes – odpowiedziała Anna zimno.

– Nie mój interes?! Jestem waszą córką, do cholery!

Woda nagle zrobiła się zbyt gorąca, ale nie ruszyłam się. Trzymałam się gąbki jak ratunku. Dźwięk talerzy uspokajał mnie bardziej niż cokolwiek innego.

– Julia, nie teraz. To nie rozmowa na dziś.

A na kiedy?! Zawsze jest „nie teraz”! Od dziecka chowacie wszystko za zamkniętymi drzwiami, jakby prawda miała nas zabić!

Słyszałam, jak Marek się odezwał. Cicho, jak zawsze. On nie miał w sobie gniewu. Miał tylko wieczne „uspokajanie”.

– Julia, zostaw. Proszę. To… stara historia. Nie ma sensu do tego wracać.

– Właśnie że jest! Bo nie chodzi tylko o przeszłość. Wujek Tomek coś wie, ciocia Klaudia też. Tylko ja – jak zwykle ostatnia. Jak idiotka.

Zamknęłam wodę. Stałam chwilę bez ruchu, z dłońmi nad zlewem. W głowie dźwięczały mi słowa Julii. Miała rację. Ale też wiedziałam – ta prawda, którą tak chciała poznać, miała ostrze. I raz wypowiedziana – nie zniknie. W myślach powiedziałam tylko jedno: „Niech Bóg ich prowadzi. Ja już swoje zrobiłam”.

Wszystko się posypało

Wieczorem dom wydawał się bardziej obcy niż kiedykolwiek. Ania i Marek zamknęli się w pokoju gościnnym. Julia poszła na spacer, bez kurtki. Tylko Klaudia jeszcze krzątała się po kuchni, jakby szukała pretekstu, by zostać dłużej. Siedziałam w salonie, w fotelu, tym samym, w którym spał mój mąż przez ostatnie miesiące. Zegar tykał miarowo. W ciszy każde uderzenie było jak kropla sączącego się czasu. Przez cienkie drzwi znów doszły mnie szepty.

– Nie powinniśmy byli ukrywać tego tak długo – głos Marka. Cichy, potulny.

– A co miałam zrobić? Zniszczyć wszystko? Zdrada to jedno, ale upokorzenie Julii… Tego bym nie zniosła – Anna mówiła jak przez zaciśnięte gardło.

– Ale ona już wie. Tomek palnął, Klaudia też nie była ślepa.

– Wszyscy wiedzieli oprócz niej… – Anna westchnęła głęboko. – I oprócz mamy. Albo… może ona też wiedziała?

Zamknęłam oczy. Nie odezwałam się. Tak, wiedziałam. Ale milczenie było wtedy łatwiejsze niż obieranie stron.

Już wszystko wiem – nagle, jak cień, rozległ się głos Julii. Zimny, pewny, jakby dorosła w kilka minut. – Albo powiecie mi wszystko, tu i teraz, albo wychodzę stąd na zawsze. I nie liczcie, że kiedyś wrócę.

Zapadła cisza. Nikt nie umiał jej zatrzymać. Nawet Marek, nawet Anna, która dotąd kontrolowała każdą sytuację. A ja? Ja siedziałam bez słowa. Patrzyłam w ciemność za oknem. „To już nie moja sprawa. Niech teraz oni się rozliczają” – pomyślałam. Moja rola w tym przedstawieniu właśnie dobiegła końca.

Prawda wyszła na jaw

Zegar w kuchni wybił dziewiątą, kiedy usłyszałam, jak drzwi od pokoju Julii zatrzaskują się z hukiem. Tylko ten dźwięk i cisza po nim. Było już po wszystkim. Wiedziałam. Nie minęła minuta, jak Anna weszła do salonu. Blada, jakby cała jej perfekcyjna konstrukcja właśnie runęła.

– Mamo… – zaczęła, ale zatrzymała się w progu. – Wiesz, prawda?

Nie odpowiedziałam. Po co? Co miałabym powiedzieć? Że wiedziałam od lat? Że pamiętam noc, gdy przyjechała do mnie, zapuchnięta od płaczu, z walizką w ręce? Usiadła powoli. Mówiła cicho, ale każde słowo cięło jak brzytwa.

Marek miał romans, z naszą sąsiadką. Trwało to kilka miesięcy. Kiedy się dowiedziałam… uciekłam do Klaudii. Nie powiedziałam jej wszystkiego, ale wiedziała, że to coś poważnego. Byłam gotowa odejść.

Przez chwilę tylko słychać było tykanie zegara.

– Ale wróciłam, dla Julii. Bo miała wtedy czternaście lat. Byłam tchórzem. Bałam się, że rozpadnie się jej świat.

Spojrzała na mnie i wtedy, po raz pierwszy od lat, zobaczyłam w oczach mojej córki strach. Nie złość, nie kontrolę, tylko strach.

– Myślałam, że jak będziemy udawać, to wszystko się poskleja. Ale ona… ona się nie dała oszukać. Nie moja Julia.

Z korytarza dobiegł trzask drzwi. Julia wyszła bez słowa. Nie potrzebowała już odpowiedzi. Siedziałam w pustym salonie. Stół jeszcze zastawiony, talerze po deserze nietknięte. Spojrzałam na zegar. „W końcu prawda wyszła na jaw” – powiedziałam cicho do siebie.

Nie umiałam tego naprawić

Klaudia zadzwoniła rano. Z hotelu. Miała głos, jakby całą noc nie spała. Poprosiłam, żebyśmy się spotkały same. Bez Tomka, bez Zuzki. Tylko my dwie. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie w małej kawiarni. Klaudia miała rozczochrane włosy, bez makijażu. Rzadko widziałam ją taką prawdziwą.

– Nigdy nie chciałam wracać, mamo. Ale ty mnie o to poprosiłaś.

Kiwnęłam głową. Nie zaprzeczałam.

– Bo to już ostatni raz, Klaudia. Ostatni raz, kiedy możemy być rodziną, nawet jeśli to boli – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy.

Wyciągnęła z torby grubą kopertę. Listy. Kilkanaście, może więcej. Starannie związane wstążką, jakby trzymała w rękach coś cennego.

– To pisała do mnie Ania przez te wszystkie lata. Nie dzwoniła, nie odwiedzała, ale pisała. Po każdej kłótni z Markiem. Po każdej jego nieobecności. Pisała, że zazdrości mi wolności, ale nie potrafi się uwolnić.

Podsunęła mi kopertę. Nie sięgnęłam, nie chciałam ich czytać.

– Dzięki tym listom wiedziałam, że coś w niej umiera. Że się kruszy. Ale też, że nigdy się do tego nie przyzna.

Spojrzała na mnie uważnie.

– A ty, mamo? Ty naprawdę myślałaś, że to wszystko się samo naprawi?

Milczałam. W gardle miałam coś ciężkiego, co nie chciało przejść. Może wstyd, może żal.

– Chciałam was trzymać razem – powiedziałam w końcu. – Ale nie umiałam tego skleić.

W jej oczach pojawiły się łzy. W moich też. Ale żadna nie sięgnęła po chusteczkę.

Bożena, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama